Beniamin prezentuje

Inspiracja to wielka tajemnica. Jak wywołać u kogoś działanie, nie każąc mu wprost, nie manipulując nim w sposób nachalny, prymitywny? Pewnie każdy rodzic ma w swojej pamięci chwile, których się wstydzi, jako rodzic. Ja też mam. Mój syn, kiedy miał cztery, może pięć lat, wziął organki i dał w nie z całej siły, tak bardzo, że w końcu nie mogłem wytrzymać. Dźwięk był ordynarny, głośny, stał się dla mnie nie do zniesienia. Stłamsiłem wtedy mojego syna, który nie powrócił już do instrumentu.

Puchar Jaksy, Miechów, fot. Piotr Kubic

Ale robiliśmy w domu zabawy i ćwiczenia z aparatem cyfrowym. Zabrałem kiedyś dzieci na zlecenie – miałem fotografować rowerową jazdę na czas. Każdy z nas miał aparat fotograficzny, co widać na powyższym zdjęciu. Kilka dni potem Beniamin przychodzi do mnie i pokazuje mi nagrane przez siebie filmiki. Sam zrobił materiał do filmu. Dlaczego sam? Dlatego, że ja też wolałem pracować sam. Dlatego, że nikt swoją obecnością nie zaburzał delikatnej nitki, która ciągnie się w wyobraźni, w emocjach, nastroju.

Wziąłem nagrania Beniamina i zmontowałem. Oto efekt.

Zadania domowe

– Czy możemy oglądać bajkę?
– A opowiadania napisane?
– No nie…
– To pisać…!

 

S:
Loklaniem przybrotryk perczydełkiem porbędzie się korotolinów.

Komietralny spomiekietnik olmiętował przybiermek i portomaniał z zamietowania.

Zamieloszkolny olokot bomieletał porkientarem aż się kompalnie przygmiertolował.

Wormiestrzate pelkotoki poromieszkały colmekiem, łamielowały pokpoje.

 

B:
Dawno temu żył sobie kurczak mały i biegał po podwórku a świnka mówiła mu oj nieładnie kurczaczku przez ciebie krowa znosi jajka a kura daje mleko.

 

– W porządku, możecie oglądać, dwadzieścia minut.

 

Sara tekst

 

Beni tekst

Volki z wiązaniami Salomon

Jedziemy na Małe Skrzyczne

Sara i Beniamin. Jedziemy na Małe Skrzyczne.

Jadę na nartach. Mam Volki z wiązaniami Salomon, kupione za jakieś marne pieniądze, bo znajomy z mojego miasteczka przywozi takie z innych krajów, wypełniając całą furgonetkę. Chce mi się śmiać, ale nie potrafię tego dobrze tego wyjaśnić. Trzydzieści lat temu zaczynałem się uczyć jazdy na nartach, mając polski sprzęt Polsport Compact i wiązania Gamma. Narty były dla mnie za długie, ale takie udało się kupić. Wtedy też nie miałem pojęcia, co to narty carvingowe. Jazda na stokach w Polsce była walką o przetrwanie, bo nie znaliśmy pojęcia utrzymanie trasy.

Na zachodni sprzęt narciarski patrzyliśmy nawet nie z zazdrością, tylko podziwiając lśniące plastiki o pastelowych kolorach, pogodzeni z tym, że nie możemy go mieć. Było fajnie.

Dziś mam sprzęt i tak lepszy od tego, o którym kiedyś marzyłem. Te narty, których ktoś już nie chciał, po naostrzeniu jeżdżą genialnie w porównaniu do moich sprzed trzydziestu lat. I tak sobie myślę, że niczego więcej mi nie trzeba. Z pewnością nowe Volki z kolekcji 2014/2015 w cenie 3499, przecenione z 4999, biją moje na głowę. Ale wcale mnie to nie interesuje i chyba to mnie tak śmieszy.

Dziecięca fascynacja

…nie musi być tylko dziecięca. Mogłaby zostać i na dłużej. Niektórym się udaje ją zatrzymać. Nawet kosztem narażania się na werdykt niedojrzałości, szczególnie, gdy niesłuszny.

Centrum Nauki Kopernik, Warszawa, fot. Piotr Kubic

Sara i Beniamin w Centrum Nauki Kopernik, Warszawa.

Zamek w Ogrodzieńcu

Byliśmy na zamku, który miał swoją świetność jakieś pięćset lat temu.

Ogrodzieniec i dzieci

– Tato, co się tak przyglądasz?
– Próbuję sobie wyobrazić, jak tutaj ludzie mieszkali. Jak wyglądali przez te okna, których już nie ma, albo stawiali kamień po kamieniu, przekładane gdzieniegdzie cegłami, na wysokości trzydziestu metrów, na skale…

Słowa, które wypowiadali, zostały zamknięte w tych kamieniach. Odgłosy zabaw, walki, jęki skazańców, są tutaj. Może i dobrze, że nie jestem w stanie ich usłyszeć.

Ogrodzieniec i dzieci (2)

Dni – cd.

Nie zdawałem sobie kiedyś sprawy z tego, że koncert można odegrać zupełnie bez emocji. A może jednak się mylę? Może to ja nie poczułem emocji. Wspominam koncert Kory i Maanam, albo Kazika z zespołem, i jeszcze parę innych. Fotografowałem wtedy, a będąc pod sceną, włożyłem do uszu stopery. Mimo tego trudno było mi wytrzymać z powodu szalonego wręcz poziomu dźwięku. Wspominam te koncerty jak wizytę w hali fabrycznej, a nie uczestnictwo w wydarzeniu kulturalnym. Po prostu – żadnych emocji, żadnych. Po co więc grać? Po co wchodzić na scenę? Kiedy po koncercie ktoś powiedział, że „to było fantastyczne i wzruszające”, na szczęście nie odezwałem się słowem.

Rzucałem raz po raz okiem na stanowisko realizatora dźwięku, który w centrum, między głośnikami i nie tak daleko sceny, leniwie, jakby w spowolnieniu, w nudzie, zajmował się nagłośnieniem. W nim nie widziałem też nic, żadnych emocji, nawet skupienia. A może to znów moje złudzenie? Myśląc o nim byłem pewien, że jest na wpół głuchy.

Wspominam koncert Brathanków. W niewielkiej, niskiej sali konferencyjnej ustawiono wielkie głośniki. Zanim zaczęli grać pomyślałem, że zdmuchną nas, słuchaczy, i od pędu dźwiękowego, przyjętego na klatę, zatrzymamy się dopiero na tylnej ścianie sali.

Nic podobnego. Przyznam się, że nie spodziewałem się po koncercie czegoś, co by mnie zachwyciło. Może właśnie dlatego mnie zachwyciło? Muzyka, którą znałem z radia, zdawała mi się prosta, nawet prostacka i nie wciągała mnie. Znając zaś techniki nagrywania płyt nie spodziewałem się czegoś wielkiego na koncercie. Różnice między muzyką z płyt, a muzyką na koncertach bywają zatrważające. Nie mówiąc już o tym, że na koncertach grywają wirtualne instrumenty, a nawet wirtualni wokaliści. Nagrany, mechaniczny podkład to jeszcze drobnostka. Nie ma znaczenia to, że sam wokalista stoi na scenie, trzęsie mikrofonem przed rozdzierająco otwartą twarzą. Sorry….! Sam nagłaśniałem pewnego artystę, który na próbie surowo nakazał mi wyłączyć mikrofon na drugiej zwrotce. Pot spływający mu z czoła był prawdziwy (chyba).

Czy muzycy rzeczywiścia grają i czują – to się prędzej czy wie. Kiedyś myślałem, że to oszustwo, ale jest to oszustwo tylko dla tych nie za bardzo doświadczonych i jeszcze niewprawionych. Przy okazji potwierdzam – Brathanki naprawdę tak grają, jak na płycie, a nawet lepiej. Najwyraźniej zespół poczuł i popłynął na fali słuchaczy i grali fantastycznie.

Kolejne wspomnienie. Przechodząc przez Rynek w Krakowie zobaczyłem wielką scenę, a na niej zespół przygotowujący się do koncertów. Jak to zwykle bywa w takich sytuacjach, jak to i na Dniach Miasteczka, o których pisałem – zwykle słychać jeden łomot, huk, gromy przetaczają się, a już szczególnie na Rynku Głównym w Krakowie, gdzie dźwięk krąży zamknięty między ścianami wielopiętrowych kamienic.

W pewnym momencie zespół zaczął grać. I od pierwszych dźwięków słyszę, że ludzie w zespole czują się – od razu, od jednej chwili. Że każdy dźwięk ma swoją intencję, mieści się wśród innych, zarówno tych blisko jak i tych daleko. Bez łomotu! Po minucie czy dwóch przestali grać, i pożałowałem, że była to tylko próba.

A może właśnie dlatego, że była to próba?
Bo pamiętam próbę pewnego jazzującego zespołu z miłą, znaną w Polsce wokalistką. Próba była fantastyczna, płynęła od emocji do emocji, z właściwym ich rytmem, prosto, otwarcie, z zabawą. Zaś koncert stał się drętwy. I jakby napuszony, pełen zgrywy, pozowania. Nie mogłem tego słuchać i dziwiłem się, gdzie zginął ten luz, szczerość i prosta zabawa…

Ostatnie wspomnienie. Stoję w kulisach opery w Stuttgarcie. Za chwilę rozpocznie się Czarodziejski flet. Jeszcze nie wiem, co mnie czeka. Przy zamkniętej kurtynie orkiestra gra uwerturę. Potem podnosi się kurtyna, na scenę wchodzi artysta ubrany w zwykłe ubranie, nie różniące zbytnio się od tego, jakie noszą ludzie na ulicy w Stuttgarcie (taki kostium i scenografia). Jeszcze kilka sekund, a ja dalej nie wiem, co za chwilę poczuję. Zaczyna śpiewać, a mnie coś się nie zgadza. Bo słyszę dźwięki solisty i towarzyszącej mu orkiestry dokładnie tak, jakbym właśnie włączył świetne nagranie opery. To nagranie dobiega jednak wprost od wykonawców. Nie ma żadnych głośników, ani realizatora, który w razie czego wyłączy śpiewakowi mikrofon na drugiej zwrotce. Oni to robią naprawdę.

Tato myślał

Tata miał spać w domu. Rodzina miała korzystać z ładnej pogody i pójść do parku – na rolki oraz rower. Tata jednak zebrał się w sobie, i pojechał z rodziną. Pomyślał, że może zdrzemnie się chwilę w samochodzie. Ale i to w końcu wydało się niezbyt mądrym pomysłem. Mądrym niemądrym – mało praktycznym. W sumie – nie do zrealizowania.

Tato, chodź

Od miedzy do miedzy

Zimno, ciepło. Zimno. W rytm mijanych drzew, budynków. Chłód znów, tam, gdzie cieniem kładzie się kształt bloku na zeszłorocznej jeszcze trawie. Popycham rowerek Beniego, od miedzy do miedzy. Przynajmniej tak sobie wyobrażam. Choć jedziemy alejką osiedla, zwiedzając dziecięce place zabaw, to pamiętam, że kiedyś były tu pola. Te miedze pozostały w mojej pamięci, nawet Sara nie może o nich wiedzieć, choć teraz śmiga tędy rowerem. Tutaj stawała para koni, z wozu zdejmowano pług, który za chwilę miały ciągnąć, pochylając głowy na długich szyjach, z wysiłkiem, krok za krokiem.

Powiewa pranie rozwieszone na balkonach, na czwartym piętrze, porusza nim zimny wiatr, tak samo jak tamtymi czasy, gdy stała tu chata i między jabłonkami przeciągnięto szary sznur do wieszania bielizny.

Przy szkole stojącej nad opadającym stromo stokiem – plac zabaw, jak wirtualny, wyłożony miękką kostką, ogrodzony, z regulaminem przy wejściu, pouczającym i zabraniającym wszystkiego, co niezgodne z przeznaczeniem. Stojący tu kiedyś sad nie miał instrukcji chodzenia po drzewach; dzieci, ciągnąc po ziemi wyrwane z chaszczy chabiny budowały własny świat, z wyobraźni.

Dalej, od miedzy do miedzy, rozrasta się cmentarz. Na nim teraz ci, co kiedyś w tej chacie. Gdzie? Tam, przy metalowych, przerdzewiałych krzyżach, z zatartymi tabliczkami, nawet bez zwykłych płyt z betonu, nie marmuru, i bez mogił z ziemi, bo rozmyły je śniegi i deszcze, przez trzydzieści lat.

Popycham rowerek Beniamina, a Sara śmiga, bo tutaj cmentarz jeszcze nie całkiem się rozrósł, i jak dobrze popatrzeć, to te miedze są tu jeszcze, bokiem. Porosłe dzikimi badylami, wspominają może czasy, gdy pszenicę, albo żyto, dzieliły sobą; i przezroczyste prawie, czerwone płatki polnych maków.

Od miedzy do miedzy idę i ja teraz, ciągle. Tej pierwszej prawie już nie pamiętam, tę drugą mam gdzieś przed sobą, chyba jeszcze jej nie widzę. Tej, której nie przejdę, przy której zostanę, choć moje dzieci pojadą rowerkami dalej.

Ćwiczenia z pisania o niczym

„Chowaliśmy się…” mam ochotę napisać. Nie wiem dlaczego akurat to właśnie, ale czuję, że tak chcę. Nie wiem też, co dalej – chciałbym „chowaliśmy się w krzakach”, ale „krzakach” brzmi mi nie za dobrze. Szukałem zdjęcia, które odzwierciedli mój nastój, nie tak łatwo znaleźć. W końcu – może to:

Stąd wzięło się niedokończone zdanie „chowaliśmy się” – ze wspomnień dzieciństwa, z obrazów jak na zdjęciu. „My” czyli Krzysiek, mój kuzyn, dwa lata młodszy ode mnie, i ja. Razem dorastaliśmy, w domu i na przydomowym podwórku, zamkniętym z drugiej strony stodołą. Tam zaczynał się ogród, zacieniony wysokimi jabłoniami, takimi, które dziś można zobaczyć tylko w zdziczałych pozostałościach ogrodów. Drzewa były wysokie, tył stodoły tonął w cieniu i chłodzie nawet w najbardziej upalne dni lata. Nie wyglądało to tak ładnie, jak na tym zdjęciu – bo zdjęcie  ma „podciągnięte” kolory i kontrast. Dlaczego ma „podciągnięte”? Bo jak powiedział jeden z moich szacownych nauczycieli fotografii – dziś zdjęcia bez obróbki komputerowej nie da się oglądać.

Tak więc – chowaliśmy się w…. no właśnie, w czym? Chciałem napisać „w czeluściach”, ale znów to nie to. Ze słownika wyrazów bliskoznacznych wybieram „głębiach”; tak więc:

Chowaliśmy się w głębiach ogrodu, który był wtedy dla nas jak cały kontynent. Jak kontynent ograniczony precyzyjnie wydeptanymi ścieżkami, poza którymi zaczynały się ogrody sąsiadów – inne kontynenty. Czasem i tam się zapuszczaliśmy, ale na krótko, wiedząc, że tam nie wolno, i niebezpiecznie. Zaś wyjście na ulicę, choćby nawet „ul. Ogrodową”, pokrytą tłuczonym kamieniem, było jak spacer w kosmosie, i jak kosmos – zabronione.

Nasz świat kończył się niewiele poza bramą. Marzenia, by wyruszyć rowerem na asfaltową drogę kończyły się szybko, we śnie, wraz z przebudzeniem, niewzruszone wobec błagań: „śnij dalej!”. Marzenia, które po latach spełniały się z nawiązką, w samotności, na przekór ludziom, którzy mogliby, w imię „bezpieczeństwa i ogólnego sensu”, im przeszkodzić.

Jonasz z Niniwy

Oto film powstały na warsztatach artystycznych Zatonie 2012. Jestem z nim związany nie tylko tym, że podczas jego kręcenia panowała świetna, luźna i pełna wolności atmosfera, ale i tym, że potem spędziłem nad nim, wraz z przyjacielem Michałem, pełne dwa weekendy, nie wychylając nosa zza drzwi mieszkanie i zza monitora komputera. Nie licząc samotnych godzin poprawek, renderowania, ciągłego oglądania 🙂

Film miał swoją premierę w ostatnią sobotę w kinie Rialto w Poznaniu. Oto zdjęcie z premiery – za chwilę odsłoni się ekran i zobaczymy nasze „dzieło” 🙂

Premiera

A oto i sam film