Ach jak palą policzki

Zrobiłem to. Dzień jest taki krótki. Ale wybrałem się rowerem do pracy, 45 kilometrów, rano, po wschodzie słońca. Potem w nocy, trzy godziny po zachodzie wracałem.

To ważne dla rowerzysty – wschód i zachód słońca rozdzielają dwie epoki, dwa światy – ciemność i zimno, od jasności dnia. Zupełnie inaczej jedzie się gdy jest ciemno. Rowerzysta sam musie zadbać o oświetlenie, a kiedy chce jeździć po kilkadziesiąt kilometrów w zupełnej ciemności, musi ono być bardzo dobre. Technika jazdy w ciemności jest zupełnie inna, wymaga napiętej uwagi, na szali leży zdrowie i życie. Po trzecie – wokół wschodu i zachodu temperatura zasadniczo się zmienia. Temperatura ma wpływ na równowagę termiczną człowieka na rowerze, tym bardziej, kiedy spada poniżej 10 stopni, albo tak, jak dziś – jest jeszcze niższa. Po wschodzie lub po zachodzie słońca często zmienia się również wiatr – albo cichnie, albo wzmaga się, może też zmieniać kierunek. Kierunek jest ważny, bo ta sama trasa przejechana z wiatrem jest zupełnie inna, niż kiedy jedzie się nią pod wiatr.

Jest 21:30, kiedy wjeżdżam na podwórko. Po wejściu do domu zerkam na termometr – na zewnątrz minus jeden. Rzeczywiście, po drodze było coraz zimniej. Zabieram ze sobą zapas ubrań, ale jeszcze nie wykorzystałem wszystkich. Teraz, po wejściu do ciepłego domu, twarz okazuje się rozpalona. Rozpalona z przyjemnością. Ach, jak palą policzki.

Biała plama światła z lampki czołowej – jedyny znacznik, którego można się uchwycić, któremu trzeba uwierzyć. Wśród pól, pomiędzy trzcinami, na wiejskiej drodze, na stromym podjeździe (którego się ni widzi, czuje tylko, bo stawia opór), tylko jasnawa plama, kołysząca się wraz z ruchami głowy, drżąca na nierównościach.

Zimno. Sprawia, że drętwieją mięśnie, drętwieję cały, ale nie od razu zdaję sobie z tego sprawę. Chłód jest czymś normalnym, mimo opływającego postać chłodu ciało nagrzewa się mocno. Ale czasem ten chłód zaczyna przeważać, wyziębia, a nie od razu staje się to jasne. Najbardziej wychładzają się palce u stóp, mimo odpowiedniego ich ubrania. Trzeba ciągle sprawdzać (mentalnie, po prostu o nich pomyśleć), kontrolować sposób naciskania na pedały – by nie blokować dopływu krwi.

Szum powietrza na załamaniach kasku, na paskach opinających uszy i brodę. Ten szum czasem jest wściekły, tak, że zagłusza nadjeżdżające z tyłu samochody. Szumi najbardziej gdy jedzie się pod wiatr, ale czasem nie ma wiatru, a szumi bardzo. Może to zależy np. od wilgotności powietrza? Po powrocie i wejściu do domu, nagle, szumu nie ma. Ten nagły spokój jest oszałamiający.

Może to jest tak porywające, szczególnie dla faceta – zawężenie świadomości. Zimno, które zmusza do zamknięcia się w sobie, ciemność i tylko mała jasna plamka, w którą trzeba się z uwagę i nieprzerwanie wpatrywać, szum zmieniający natężenie, mijane ciemne kształty… Aby zawęzić świadomość niektórzy piją wódkę. A inni – wsiadają na rower nocą, gdy zimno, w listopadzie.

Na łąkach, za wsią, rosły wysokie trawy, za nimi trzciny, czyli – mokradła. Wąski asfalt przebiega blisko drogi kolejowej z Krakowa na Warszawę. Przejechał z hałasem rozświetlony pociąg, w jego wnętrzu – ludzie, którzy płaszcze i kurtki powiesili na wieszakach. Za kilka sekund pociągu już nie ma, pozostaje znów tylko szum i ciemność. Nagle, gdzieś z boku, dziwne dźwięki, jakby przepust wody, jakby ktoś łamał trzciny. Do poczucia zimna i spływającego po ciele potu dołącza jeszcze jedno – dreszcz adrenaliny. Ale nic się szczególnego nie dzieje, jadę dalej, dreszcz powoli mija, zimno i pot zostają, tylko tego ostatniego jest więcej.

Dlaczego jadę rowerem 45 kilometrów do pracy? Czy sama praca nie zabiera wystarczająco dużo energii? Dlaczego potem wracam walcząc z ciemnością i obezwładniającym zimnem? Czy sam rozumiem, czy umiałbym uzasadnić, dlaczego to robię?

Nie jestem pewien… Czy to wzywa tajemnica? Jak to jest, czy można, czy się uda, czy będzie dobrze, czy mnie nie załamie? Czy chodzi o przeczucie, niewyjaśnione przekonanie – że warto, a nawet trzeba. Że jakąś wartość musi mieć przecinanie, przenikanie zimnego powietrza – samym sobą, siłą własnych mięśni, silnym, szybkim oddechem, którego rytm stabilizuje się automatycznie według wewnętrznego, nieuświadomionego schematu. Że przejechać kilkadziesiąt kilometrów w obezwładniającej aurze można tylko wtedy, gdy wejdzie się w pewien trans, pozwoli dojść do głosu determinacji, która czeka na uwolnienie. Czy chodzi o medytację – zamyślenie, odlot, zawężenie świadomości.

Nie wiem, czy rozumiem, ale z pewnością czuję. Ciekawe, że próby uzasadnienia wyglądają banalnie.

Skromna liczba

99 to skromna liczba. Dlatego w sklepach wypisuje się ją na metkach, zamiast 100. Dlatego niektóre osoby nie lubią zakupów, nie dlatego, że nie podobają im się ceny o jedną złotówkę niższe, ale dlatego, że handel okazuje się niezłą ściemą. Albo polubisz ściemę i zaczniesz z nią grać w kotka i myszkę, albo będziesz cierpiał.

Miechów Ogrodzieniec rowerem
Mapa pochodzi z aplikacji oraz strony internetowej mapy.cz, która wyznacza trasy dla rowerów szosowych i posiada nawigację offline

99 – taka okazała się liczba kilometrów po wykreśleniu trasy na mapie. Taka śmieszna, ale ciekawa, nie przekraczająca jubileuszowej granicy. Tamtego dnia w drodze zepsuł mi się licznik w rowerze. Ledwo po dwóch kilometrach wyświetlacz zaczął pokazywać wyłącznie zero, nie pomogły stukania, obmacywanie przewodów i resetowanie pamięci.

To denerwujące nie wiedzieć, ile się przejechało kilometrów, kiedy nie wiadomo też, ile pozostało do końca. Są jeszcze inne wrażenia – okazało się, że jadąc z licznikiem jakbym ścigał się z cyferkami prędkości. Kiedy rozpoczyna się podjazd, rowerzysta patrzy z lekkim zmartwieniem, jak maleje szybkość. Zastanawia się, jak temu zapobiec, próbuje mocniej naciskać na pedały, a w krótkim czasie odczuwa skutki – oddech i puls przyspieszają, pojawia się ból mięśni . To oczywiste podczas jazdy rowerem – ktoś powie – ale w przypadku długich dystansów zjawiska te trzeba precyzyjnie kontrolować. Jednym zdaniem – jeśli jadąc twoje ciało nie czuje, że jedziesz, to bardzo daleko zajedziesz. Jazda to ma być takie „niby nic”, „tak przy okazji”, coś nieprzeszkadzającego i niezauważalnego.

Dlatego wskaźnik prędkości przeszkadza wsłuchiwać się we własne ciało. W jego korespondencję z drogą – jej wzniesieniami, nierównościami. Zmienia widzenie krajobrazu i zakłóca szum powietrza, czasem delikatny i czasem wściekły. I przy zjazdach – nie wiadomo, jak szybko jadę – czy 50, czy może 60 kilometrów na godzinę? Ale czy to musi być ważne?

99 kilometrów to mój mały sukces, na który składa się wiele jeszcze mniejszych sukcesów. Początkowe uczucie fatalnej niemocy, chłodu, odrętwienia. Pierwsza góra, którą trzeba pokonać pokornie, leniwie, cierpliwie, prawie ze wstydem. To trwa jakieś 20-40 minut, czasem godzinę, aż ciało się obudzi. Potem można już ściągnąć wierzchnią warstwę ubrania, która okazuje się niepotrzebna. Spod niej, jak z kokona, wydobywa się motyl, który przetrwa w trasie następne godziny, może kilkanaście.

Deszcz, który trzeba przeczekać. Kolejny kryzys sił. Zwykły chleb z pasztetem, który smakuje jak tort z najlepszych urodzin. Wiejski sklepik na uzupełnienie wody. Głupi kierowca samochodu, który prawie się otarł, choć mógł ominąć z daleka. Ogromna dziura w lesie, na zjeździe, przed którą trzeba było wyhamować do zera, długa prosta w pustce między polami, pod wiatr, ciągnęła się bez końca. Kombajn wyjeżdża zza stodoły, z polnej drogi, jakby nigdy nic, jakby kierujący nim rolnik od zawsze wiedział, że to rowery mają przed nim uciekać. I ucieka zaskoczony, szosowy rowerzysta, podskakując na spękanej, podziurawionej drodze, patrząc, jak wielki kolec potwora mija go o pół metra.

Oddzielna historia małych sukcesów podczas jazdy rowerem to zmaganie z cukrzycą. To jest inny świat, niepojęty dla niewtajemniczonych. To szkoła przetrwania, bo cukrzyk na insulinie się pomyli, trochę bardziej niż zwykle się myli, pozostaje tylko telefon na pogotowie. Ale to nie on będzie dzwonił, tylko ktoś, kto go znajdzie leżącego na drodze. Ach, niekoniecznie leżącego, może być również chodzący, biegający i dziwnie odpowiadający na pytania, a nawet rzucający się na przechodniów 🙂

Zamek Ogrodzieniec to dobry cel wyprawy, jego widok uzasadnia i wynagradza przejechane kilometry. Sam zamek jest ok, ale podzamcze, to które jest dzisiaj, oblepione sklepikami z pamiątkami i mnóstwem „atrakcji”, to profanacja. Kolarz, który ma za sobą ascetyczną trasę wśród „lasów i pól”, ze wstrętem przejeżdża główną aleją lawirując między tandetą. I cieszy się, że nie musi iść pieszo, że rowerem to tylko dziesięć, piętnaście sekund tej odrazy, i potem już tylko zamek.

Za późno wyjechałem. Zmrok zastał mnie przy powrocie. Walczyłem o każdy ułamek zaszłego już słońca. Ciemniejąca coraz bardziej droga wysusza spojówki od samego patrzenia. Coraz zimniej, już wrzesień. Wydobywałem zabrane zapasy ubrań, jak dobrze, że zabrałem je ze sobą. Podczas jazdy nie może być zimno. Można się pocić, to normalne, ale zimne mięśnie pracują wyraźnie gorzej.

Nie wiem, czy ten opis komuś się przyda. W ogóle wiele ludzkich osiągnięć wydaje się niepotrzebnych, choć może desperacko czasem szukamy ich uzasadnienia. Może inne wyzwanie byłoby pożyteczne komuś jeszcze. Może poszukiwanie uzasadnienia jest czasem niedobre, bo trywializuje poczucie sensu, które nie wymaga uzasadnienia, wytłumaczenia. Są chwile, kiedy czujemy, że to, co robimy, ma sens, choć trudno powiedzieć dlaczego. A właśnie poczucie sensu jest najważniejsze, a nie jego wytłumaczenie. Bez poczucia sensu człowiek przestaje istnieć – mentalnie – choć fizycznie jeszcze żyje. Jak długo? Dziś dowiedziałem się, że codziennie, średnio, piętnaście osób odbiera sobie życie.

Camping

Spacer wieczorem po campingu. Ciepła bryza, mrok, nikłe lampy tu i ówdzie i ludzie siedzący tu i ówdzie, w drobnym świetle lub mroku. Dzieci grają w zbijaka na placu między domkami, ledwo widać postacie, piłkę jeszcze mniej.

Jadą na camping, pod namiot, gdzie wszystko zależy od pracy ich rąk. Obok dużych przyczep, małe namiociki, jedni zwieźli cały dobytek, inni tyle, by przetrwać. Tymczasowość ludzkich planów, miejsca, posiadania: camping.

Bardzo blisko siebie, udają, że nie patrzą, ale patrzą przecież, tylko lepiej lub gorzej się z tym kryją. Wyciągają macki – kto pierwszy zagada, wszystko jedno o co, byle spojrzeć w nową twarz, niezobowiązująco, bo za dzień, dwa, pięć już nas tu nie będzie. Szansa zostawić po sobie dobre wrażenie, nie zepsute dłuższą znajomością, zresetować własne, zleżałe błędy międzyludzkie, wrócić z lepszym wizerunkiem siebie. Katharsis na campingu.

–––

Usnąć w miejscu, które nie jest moje. Które zobaczyłem tylko na chwilę i którego nigdy już nie zobaczę. Ale zostanie we mnie, nawet jeśli nie w uświadomionych wspomnieniach. To przyśni się jeszcze kiedyś, albo rozpoznam je podczas kolejnej wyprawy, do zupełnie innego miejsca, kraju, u innego, niepodobnego do innych człowieka.

Trudno mieć pretensję do burzy

Kilka dni temu, po pracowitym dniu, chciałem jak najszybciej znaleźć się w domu. Czekałem na tramwaj, wszak tablica informuje, że zaraz przyjedzie. Ale nie doczytałem napisu, który mniejszym drukiem płynął pod spodem – wykolejenie tramwaju i zablokowanie trasy.

tramwaj nie przyjedzie



Tak sobie myślę, że nie miałbym pretensji do burzy, trzęsienia ziemi, do drzewa, które zwali się na mój samochód, choćby i na mnie. Bo burza, trzęsienie, drzewo, nie obiecują mi niczego. Ale odruchowo mam pretensję do producentów, handlarzy, sprzedawców, marketerów, copywriterów, którzy zapewniają, że wszystko będzie OK, tymczasem nie jest.

Skoro już postawiono tablice informujące o przyjazdach tramwajów, postawiono dużym kosztem, przedsięwzięciem inżynierskim, logistycznym, programistycznym, to niech nie wprowadzają w błąd, tuż przed północą.

Obok przystanków podjeżdżały autobusy zastępcze, kierowcy wychylali się przez okienka i wołali do oczekujących na tramwaj: nie przyjedzie, nie przyjedzie! Proszę wsiadać!

Ach, niezwykłe wręcz jest obserwować, jak zaskoczeni, zdezorientowani ludzie, w ciemnościach zrywali się do biegu, szukali najkrótszej drogi do autobusu, omijali barierki, w mroku stawiali stopy na trawnikach, pomykali nad krawężnikami…

Zapis o córce

Za krzakami, których nazwę trudno odszukać w pamięci, za płotem z betonu, otaczającym dawną kotłownię, jest na ścieżce mały przystanek. Roztacza się stamtąd widok na dolinkę i na pola. Na skraju wydeptanej ziemi i trawy leżała kartka.

 

Moja córka pomalowała pokój w połowie na biało, w połowie na czarno. Nie protestowałam, pomyślałam – niech zrobi eksperyment, najwyżej będziemy przemalowywać. Teraz czuję, że efekt jest trudny do opisania. Sufitem, skośnie, przebiega linia podziału. Przeciwległe ściany są w różnych kolorach, czarne sąsiadują ze sobą, podobnie białe. Na białej ścianie jest wyjście na balkon, zajmujące prawie całą szerokość pokoju.

Bo to klitka jest.

Wejście natomiast – z drugiej strony, w bocznej ścianie. Wchodząc widzi się tylko dwie czarne płaszczyzny, które sprawiają… jednak okropne, niestety przerażające wrażenie… pustki. Że tam nic nie ma, że nawet nie można się oprzeć, bo ręka nie napotka oporu i całe ciało spadnie w bezdenną, nieograniczoną przepaść, jak w zapomnienie, niebyt, nicość. Ale już po wejściu i zwróceniu się w lewo dostrzega się białą ścianę, a na jej końcu – jasne wyjście na balkon.

Tam, na bieli – nastrzyknięte, nakropione, natrząśnięte – różnokolorowe, wesołe nacieki, kropki, mazy, zatarcia… Jak drobne nitki, liany, których można się złapać, by nie spaść w czerń. 

To jest mocne.

To krawędź, rozłam, grań, ostrze, rozchwianie…


To jej mocna wizja, jej decyzja, jej wykonanie, jej zapamiętanie, stanowczość, upór, jej praca. Moja córka nie jest leniwa. Potrzebuje poczucia sensu, wewnętrznego przekonania, którego rzadko nabywa w szkole.

kot pielgrzymem (2)

Antek został sam na piętrze, jego rodzina wychodzi właśnie do pracy i szkoły. Zeszli schodami do wyjścia, teraz pewnie ubierają buty i kurtki. Naraz Antek słyszy krzyki, ale zamiast kłótni, tego tonu dobrze znanego, głosy podobne, tylko w ekscytację wpadające. Antkowi coś podrywa się w piersi, ale nie daje się ponieść, przechodząc w przedpokoju zawraca spokojnie i idzie w stronę korytarza. Kocica wypada zza zakrętu i bez zatrzymywania się czy wahania biegnie do kuchni. Miałczy wściekle. Staje przed środkową szafką, tam, gdzie pojedyncze drzwiczki i karma dla kotów. Za kocicą biegną dzieci, rzeczywiście, nie kłócą się tym razem. 

Antek podrywa zwierzaka, który wygina się i rzuca niecierpliwie. Jest wychudzony, sierść mu się lepi. W cztery dni można tak schudnąć…?

Ani jeden samochód

Niedziela. Noc. Od piętnastu minut nie przejechał ani jeden samochód. Może dłużej. Czy miasteczko zamarło, może świat się skończył, a Wiesiek nic o tym nie wie. Siedzi w swoim pokoju, leży w swoim łóżku, mógłby już spać, przymierza się do spania, zaraz będzie spał. A nie wie.

Zaraz! Teraz coś słychać! Niewyraźnie… Może przelatujący samolot…

Teraz wreszcie ciężarówka…

Wiesiek odwraca się nieznacznie, w pościeli. Chciałby złożyć hołd temu, kto wynalazł łóżko, a potem złożyć hołd sobie, że teraz leży w wynalazku, i naprawdę nic nie robi, tylko nasłuchuje odgłosów miasteczka.

Sięga pamięcią lata wstecz, gdy kładł się o północy wiedząc, że do rana nie odetchnie. Nie przestaną gonić jego myśli, że kilka godzin minie tak szybko jak parzenie herbaty, na które w ciągu dnia nie miał czasu. Że rano nie poczuje ulgi. Wiesiek czekał tylko na jedno marzenie senne, by przyśniła mu się podróż do miejsca, w których nigdy nie był. „Kiedyś tak nie będzie” – myślał – „kiedyś nie będę prosił o jeden sen, bo sny będą mi się śnić na jawie, moje życie będzie pięknym snem”.

Ten moment nie nadchodził. Skończył studia, obronił dyplom, założył rodzinę… gonitwa pozostała. Wiesiek nie wiedział, że przez lata ciągnięcia dwóch szkół, swoich fascynacji i życia towarzyskiego, wpadł w rytm, który go upajał i zniewalał. Chciał spokoju wtedy, gdy pętla zaciskała się na dobre, lecz kiedy tempo życia opadało, pojawiające się wolne chwile zapełniał kolejnymi zadaniami. Pobyt w łóżku, sen, wydawał mu się stratą czasu. Podobnie posiłki. Z tym, że podczas jedzenia można równolegle się czymś zająć.

Jak to się stało, że Wiesiek otrzeźwiał? Zachorował. Ha ha, ale proste, prawda? Zachorował i to nie raz, a jedna z chorób pozostała z nim na dobre. Na zawsze. No nie przesadzajmy – tylko do śmierci. Wiesiek stosował różne metody, żeby i o niej zapomnieć, ale ona się przypomina; najskuteczniej wtedy, gdy Wiesiek leci nad lasami i polami, upojony wolnością, wstrząsając posadami świata, jego świata, własnego, wewnętrznego, wyobrażonego. Zaraz po tym wstrząsy przenoszą się na jego świat rodzinny, a chwile kończy upadek Ikara, niekiedy zwijającego się w konwulsjach. Nie, Wiesiek jeszcze nie umiera, ale staje się cichy, spokojny. Na tydzień, dwa, może trzy.

Powiedzmy to inaczej – Wiesiek nie otrzeźwiał – tylko dostał hamulec. Czasem może coś mu zaświta, przyjdzie do głowy, żeby położyć się wcześniej, zanim całkiem padnie. A wtedy leży, bez książki, smartfona, bez nagrań audiobooków i filmów dokumentalnych. I słucha, czy ulicą przejeżdżają samochody. Tak samo słuchał, gdy miał pięć lat, nie mógł zasnąć, a dziadek nie przyszedł, żeby opowiedzieć historię o tym, że kosmonauci polecieli na Księżyc i zabrakło im tlenu…

W trawie



Nudności

Jest niedobrze. Znaczy – nudności. Jakby się chciało wymiotować. Ale się nie zwymiotuje. To może najgorzej. Wymioty przynoszą ulgę, przynajmniej na chwilę. A tak – ulgi nie będzie.

Jest jedenasta dwadzieścia wieczorem. Co było rano? Rano to jak tydzień temu. Tak dawno. Zwolnienie pisane w zeszycie kontaktów, błaganie w oczach dziecka, rodzic, który nie chce być srogi, ale nie może na wszystko się zgadzać, ciasto wiezione do szkoły, śnieg na oponach, kamera w dłoni i statyw z suwakiem, gorąca czekolada, walizka na kółkach, dwie dziewczyny w czerni siedzące przy kawie, wstęga czarnej drogi wśród białawych pól, dziki parking w Krakowie, spotkanie na przystanku, automat biletowy w autobusie, portier z numerem klucza siedemdziesiąt trzy.

Ktoś coś mówił, ktoś się uśmiechał, ktoś ustąpił drogi i powiedział przepraszam. Ktoś zaproponował, że pomoże, przeniesie, potrzyma, podpowie. Zadzwoni, poczeka, dowie się, zastanowi.

Kable dźwiękowe na scenie i pliki wideo kopiowane do komputera, scenariusz w dłoni, zielone światełka na mikserze dźwięku. Kolega, który biegnie z butelką wina i mówi: to dla ciebie. Dla ciebie.

Ktoś wziął te dziwne papiery księgowe, wypełnił wszystkie rubryki i kazał podpisać. Tylko podpisać. Sylwia. Niespodziewanie.

Próba i spektakl. Spektakl – pierwszy raz. Przemierzanie wzrokiem scenariusza, głos inspicjentki Magdy, jej nowy głos w głośnikach wewnętrznego interkomu, w całym teatrze. 

Spektakl, premiera, znane od dawna twarze, wspólna chwila. Chwila. Jak chwila. Miasto nocą, tramwaj, autobus, zmęczeni ludzie, kobiece twarze z utrzymującym się jeszcze makijażem. Śnieg na trawniku też utrzymał się jeszcze. Trzaśnięcie drzwiami kierowcy i znów wstęga czarna, wśród czarnych pól.

To było dawno. Niedawno. Przed chwilą, jak przed tygodniem. Należy teraz zamknąć oczy, ale tak trudno to zrobić. Bronią się, znajdują ciągle preteksty. Zamknąć na siłę, ogłuszyć, dobić. Jutro też jest dzień… Będzie dzień…

Znajomy, co pracuje w teatrze

Znajomy, co pracuje w teatrze powiedział, mi, kilka dni temu, że zdał sobie sprawę z czegoś. I tak go to zdziwiło, że aż tąpnęło nim. Myślę o tym i wydaje mi się to ciekawe, ale bardziej dziwne. Bo on w tym teatrze pracuje już trochę, to znaczy nawet długo, więcej jak dziesięć lat, i dopiero teraz zdał sobie sprawę?

On tam musi siedzieć przy przestawieniach. Tłumaczył mi, co robi i po co siedzi, ale nie bardzo zapamiętałem. No ale jak siedzi, to chyba fajnie, może sobie oglądać sztuki po kilka razy, może i podglądać, jak to jest tam z tyłu, za sceną. Powiedziałem mu, że ma fajnie, a on na to – a co ty myślisz, że u nas jest fajniej niż na przykład, w urzędzie? No pewnie, że fajniej (ale nie powiedziałem tego). On dalej – czy ty byś chciał widzieć, co tak naprawdę się w urzędzie dzieje? No tego to bym nie chciał widzieć. Ale w teatrze tak.

No dobra, pomijając szczegóły, myślę o tym, co on powiedział. Że siedział akurat przy jakiejś komedii, ludzi było dużo, cały teatr, śmiali się, że hej. I kiedy oni się tak śmiali, to w pewnym momencie, nagle, pierwszy raz od dziesięciu lat pomyślał: z czego ci ludzie się śmieją? Z takich durnych rzeczy się śmieją. Im głupsze, tym bardziej.

Nic dziwnego, powiedziałem, ludzie chcą się rozerwać, przychodzą i się śmieją. Ale on dalej, że widział, jak reżyser wymyśla i co każe aktorom (bo ten mój znajomy też na próbach musi siedzieć, ale fajnie) i że potem ludzie z tego się nie śmieją. Ale jak jakiś aktor się potknie, to wtedy się śmieją. Albo jak zaklnie, choć tego nie było w scenariuszu, to dopiero się śmieją. Podobno potem ten reżyser idzie do domu i aktorzy grają już bez niego, ale za to z widzami. I że aktorzy, jak widzą, że ludzie się nie śmieją z pomysłów reżysera, to sami coś tam wymyślą, zmienią, poprawią, dodadzą jeszcze jakieś ku… albo spie…… i ludzie mają ubaw. 

Trochę nie rozumiem mojego znajomego, bo teatr to przecież dla ludzi jest i nawet dobrze, jak aktor coś tam zmieni, lepiej niż w filmie, bo w filmie aktor już niczego nie zmieni i jak reżyser go ustawił i zaklepał, tak zostaje do końca świata. W ogóle wydaje mi się, że znajomemu chyba się w głowie lekko przestawiło, za długo pracuje w teatrze i najzwyczajniej zaczęło mu się nudzić. Pewnie tak jest, bo sam powiedział, że bierze smartfona, ewentualnie książkę, jak na spektaklu nie ma nic do roboty, i jakoś daje radę wytrzymać.

Nosek

Zobaczył ją kiedy przeszła ulicę na przejściu dla pieszych. Brunetka, średniego wzrostu, może dwadzieścia trzy lata. Twarz raczej wąska, biała, ciemne oczy, lekkie piegi, drobna bródka. Ale zaciekawił go jej nos. W zasadzie nosek. Niewielki. Lekko podgięty do góry na końcu, bardzo delikatnie.

Już gdzieś widział taki nosek i teraz nie dawało mu to spokoju. Chciał się lepiej przyjrzeć, ale na przeszkodzie stał czas. Brak czasu. Kobieta, dziewczyna, szła z przeciwnej strony, zaraz go minie, po czym zniknie w głębi ulicy, wśród tłumu dziewczyn i mężczyzn. Miał więc może… dwie, trzy, może cztery sekundy? Im była bliżej, tym więcej mógł zobaczyć, ale tym większą prowokował osobliwość, z pewnością ją dziwił, bo kobiety dostrzegają takie nieco dłuższe spojrzenia. Dostrzegają tym bardziej całkiem długie spojrzenia, albo serię krótkich spojrzeń, po każdym z nich wiadomo, że będzie następne.

Kobiety nawet nie muszą tych spojrzeń widzieć, czują je, stojąc czy idąc tyłem do obserwatora, czują na przestrzał szerokiej ulicy, przez szybę tramwaju lub kawiarni, zza płotu, z taksówki, jadąc rowerem. Kobiety o tym spojrzeniach po prostu wiedzą.

Tak więc mając trzy, co najwyżej cztery sekundy i wiedząc, że dziewczyna i tak już zauważyła, że on…, że patrzy, że nie jest jak inni przechodnie, postanowił grać va banque i patrzeć po prostu. Tyle, że nie obleśnie, sprośnie, nieprzyzwoicie czy nieobyczajnie, patrzeć zwyczajnie, jak tylko najzwyczajniej mógł, patrzeć do ostatniej chwili, do momentu, gdy się miną, bo oglądać się za nią nie było sensu, bo i tak nie zobaczyłby już jej noska… No chyba…! Chyba że ona też by się odwróciła…

Co ona mogła począć w ciągu paru sekund, mogła spojrzeć na niego spojrzeniem wybranym z całej gamy spojrzeń, od obojętności, znudzenia, zaskoczenia, zdziwienia, do zainteresowania, uśmiechu, może… nadziei. Ale on nie chciał wzbudzać żadnego z tych uczuć, w ogóle uczuć, nie chciał jej przeszkadzać, niepokoić, nie chciał być zauważony, chciał tylko przyglądnąć się noskowi, którego już kiedyś widział, pewnie na innej twarzy, u kogoś zupełnie innego. I na sekundę przed tym, jak się minęli poczuł, że jest jej wdzięczny, bo udała, że o niczym nie wie, niczego nie czuje, nie widzi go, a jednak jej twarz na chwileczkę znieruchomiała, patrzyła przed siebie w ten sam punkt, o jeden moment za długo.

Może opowie komuś potem, albo napisze na blogu, że jeden facet molestował ją spojrzeniem. No trudno. Ryzyko. Pomyślał, że przeprasza, nawet jeśli ona nigdy nie usłyszy przeprosin, nawet się ich nie domyśli.