Myślisz, że odespałeś

Myślisz, że po dwóch miesiącach szaleńczej pracy wystarczą trzy dni, żeby odespać. Więc odsypiasz. Jest niby lepiej, może naprawdę lepiej – przez chwilę. A jednak kilkakrotnie w ciągu dnia powracają epizody znużenia, które można przełamać aktywnością, pracą (znów), ale przecież nie o to chodzi. Zmęczenie jeszcze nie odeszło.

Po trzech, czterech dniach pojawiają się wędrujące bóle. Nad prawą nerką, następnego dnia nad lewą. Kłucie w lewym nadgarstku. Bóle w plecach mijają, zaczyna boleć lewy staw biodrowy. Łapiesz się na tym, że robiąc nagły skręt na ulicy, żeby ominąć człowieka, z powodu nagłego bólu tracisz równowagę. Po czterech dniach ból znika, ale w międzyczasie zaczyna kłuć prawa kostka. Kulejesz podczas chodzenia, ale nie przestajesz chodzić, robisz krótsze i dłuższe wycieczki. Szukasz sposoby – jak postawić stopę, żeby nie bolało? Potem kłucie znika.

Ciągle odsypiasz. Znasz przecież to uczucie lekkiego podniesienia, lekkości, spokoju, które można osiągnąć śpiąc tak długo, jak potrzebuje organizm. To uczucie pojawia się już, ale często i nagle znika. Odsypiasz więc dalej, udaje się znaleźć czas by usnąć dokładnie wtedy, kiedy czujesz ogarniającą falę snu. Śpisz dziesięć minut i budzisz się rześki, czasem śpisz półtorej godziny. Budzisz się bez budzika i świat staje się naprawdę kolorowy.

Nie opuszczają cię jednak sny. Spotykasz w nich ludzi z codziennej pracy. Co ciekawe, mózg oszczędza ci tych najgorszych wspomnień. Np. ostatniej nocy pojawiły się twoje „dobre duchy”, osoby najbardziej przyjazne, i dawały rady, albo chciałeś im pomóc – w kłębowisku spraw, logistyce piętrzących się problemów. Krążyłeś po budynku fabryki i nie mogłeś znaleźć wyjścia. Dziesiątki korytarzy, zapomnianych klatek schodowych, ogromny strych, wędrujące po nich gromady przyjezdnych, przypadkowych postaci, dziwnym trafem czujesz się za nich odpowiedzialny (to przecież „twoja” fabryka), ale nie możesz dojść tam, gdzie chcesz, za kolejnymi drzwiami – kolejny korytarz, schody, bez końca. Zrozpaczony chcesz się poddać i wtedy – budzisz się i słyszysz ćwierkanie wróbli, setki kilometrów dalej…

Cieplejszy wiatr łagodzi chłody

Łaskawość losu, dobrotliwość przyrody, splot okoliczności niepewnych i nieprzewidzianych – przygnały ciepły wiatr tej nocy. Wiesiek może powie: wiatr to wiatr, co z tego, że ciepły. Niech sobie mówi, a dwie noce wstecz przeszywało nas zimno. Budziliśmy się o świcie i odczytywali na termometrze cztery stopnie. Zaś dziś? Jedenaście? I to świtem! Jeszcze – tak, jeszcze!

Szum wiatru… A gdzie świerszcze…? No niech szumi, lepszy szum, zanim zamieni się w wycie wśród bezlistnych konarów. Jeszcze nie teraz, nie od razu… Szum liści, po odejściu świerszczy, ratuje od rozpaczy. Cisza w ogrodzie nieruchomo zdumiewa, zaraz po końcówce lata. Niepokoi… Jeszcze będzie dla niej miejsce, w grudniu i styczniu.

Nie! Tu – cisza wrześniowa…! „Czegoś brak” myśli przechodzień mijając puste krzaki porzeczek. A maliny jeszcze walczą.

Miejsce świerszczy, które już nie grają…

…zajęły orzechy spadające na blaszany dach.

Wystrzał, za każdym razem.

Orzech spada z wysokiego drzewa, orzecha, starego, starszego niż Antek, który, odkąd pamięta, pamięta orzecha stojącego za stodołą. Stodoły już nie ma, przerobiona na garaże. Wysoki dach zdemontowano, bo zbutwiały łaty, które dźwigały betonowe dachówki. Blacha jest lżejsza, i oddaje soczystym dźwiękiem wystrzału spotkanie z orzechem spadającym z orzecha.

Nikt nie wie, kiedy spadnie. Z dokładnością sekundników w elektronicznych zegarkach, smartfonach, komputerach, nie można poradzić na to, że orzech spada. Wieczorem, w ciemności, wystrzał wzdraga nami, jesteśmy na podwórku, a tu: „bach”. Albo jesteśmy w okolicach altany, albo nawet gdy zasypiamy w pokoju na piętrze z uchylonym oknem. „Bach”, „bach!”

Wieczory zapadają wyraźnie wcześniej, niż na początku wakacji. Opłakujemy je, w ciszy, w duszy, nie dając po sobie poznać wobec ludzi niezainteresowanych, pędzących gdzieś, ignorantów. Ciemność wzmacnia wrażenia, a o wrażenia nam chodzi. W pierwszych sześciu dziesiątych sekundy ludzki układ nerwowy jeszcze nie wie, co się stało, słyszy tylko „bach” i całe to nieco ponad pół sekundy tkwi w niepewności, zanim rozum orzeknie: spoko, to tylko orzech na blaszanym dachu. 

Skoro nie ma świerszczy, Antek czeka na kolejny orzech. Nie jeżdżą samochody w sobotę wieczorem, spadają orzechy. Jeszcze pięć uderzeń, aż zaśnie.

Gdybym mógł…

…umierając, wydać z siebie jedno słowo, zdanie, wiersz, opowiadanie, miniaturę muzyczną, fotografię, która podtrzyma ludzi na duchu i sprawi, że z jasną twarzą rozpoczną kolejny dzień

wiedząc, że kiedyś i tak umrą

to byłoby mistrzostwo

które nie będzie mi dane

Ani jeden samochód

Niedziela. Noc. Od piętnastu minut nie przejechał ani jeden samochód. Może dłużej. Czy miasteczko zamarło, może świat się skończył, a Wiesiek nic o tym nie wie. Siedzi w swoim pokoju, leży w swoim łóżku, mógłby już spać, przymierza się do spania, zaraz będzie spał. A nie wie.

Zaraz! Teraz coś słychać! Niewyraźnie… Może przelatujący samolot…

Teraz wreszcie ciężarówka…

Wiesiek odwraca się nieznacznie, w pościeli. Chciałby złożyć hołd temu, kto wynalazł łóżko, a potem złożyć hołd sobie, że teraz leży w wynalazku, i naprawdę nic nie robi, tylko nasłuchuje odgłosów miasteczka.

Sięga pamięcią lata wstecz, gdy kładł się o północy wiedząc, że do rana nie odetchnie. Nie przestaną gonić jego myśli, że kilka godzin minie tak szybko jak parzenie herbaty, na które w ciągu dnia nie miał czasu. Że rano nie poczuje ulgi. Wiesiek czekał tylko na jedno marzenie senne, by przyśniła mu się podróż do miejsca, w których nigdy nie był. „Kiedyś tak nie będzie” – myślał – „kiedyś nie będę prosił o jeden sen, bo sny będą mi się śnić na jawie, moje życie będzie pięknym snem”.

Ten moment nie nadchodził. Skończył studia, obronił dyplom, założył rodzinę… gonitwa pozostała. Wiesiek nie wiedział, że przez lata ciągnięcia dwóch szkół, swoich fascynacji i życia towarzyskiego, wpadł w rytm, który go upajał i zniewalał. Chciał spokoju wtedy, gdy pętla zaciskała się na dobre, lecz kiedy tempo życia opadało, pojawiające się wolne chwile zapełniał kolejnymi zadaniami. Pobyt w łóżku, sen, wydawał mu się stratą czasu. Podobnie posiłki. Z tym, że podczas jedzenia można równolegle się czymś zająć.

Jak to się stało, że Wiesiek otrzeźwiał? Zachorował. Ha ha, ale proste, prawda? Zachorował i to nie raz, a jedna z chorób pozostała z nim na dobre. Na zawsze. No nie przesadzajmy – tylko do śmierci. Wiesiek stosował różne metody, żeby i o niej zapomnieć, ale ona się przypomina; najskuteczniej wtedy, gdy Wiesiek leci nad lasami i polami, upojony wolnością, wstrząsając posadami świata, jego świata, własnego, wewnętrznego, wyobrażonego. Zaraz po tym wstrząsy przenoszą się na jego świat rodzinny, a chwile kończy upadek Ikara, niekiedy zwijającego się w konwulsjach. Nie, Wiesiek jeszcze nie umiera, ale staje się cichy, spokojny. Na tydzień, dwa, może trzy.

Powiedzmy to inaczej – Wiesiek nie otrzeźwiał – tylko dostał hamulec. Czasem może coś mu zaświta, przyjdzie do głowy, żeby położyć się wcześniej, zanim całkiem padnie. A wtedy leży, bez książki, smartfona, bez nagrań audiobooków i filmów dokumentalnych. I słucha, czy ulicą przejeżdżają samochody. Tak samo słuchał, gdy miał pięć lat, nie mógł zasnąć, a dziadek nie przyszedł, żeby opowiedzieć historię o tym, że kosmonauci polecieli na Księżyc i zabrakło im tlenu…

W trawie



Zapomniana dolinka

Wśród osiedla położonego na górze, dużym pagórku, jest dolinka. Przecina ona stok pagóra, po jego północnej stronie. Na stromych zboczach rosną świerki. Zaczyna się niewinnie, jak wąwóz ukryty wśród zwykłych pól, jak wąska ścieżka, której kontynuacji nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Dolinka układa się dziwnym trafem między wysokim zboczem z lewej strony, a skarpą z prawej. Na szczycie lewego zbocza stoi rząd domów, które miały ambicję na wille, gdyby ich właścicielom nie zabrakło funduszy na wykończenie. Na skarpie z prawej strony ciągnie się rząd garaży, blaszaków. Budżetowa wersja ambitnych marzeń. Gdzieś tam dalej, ponad blaszakami i za domami, leży się osiedle bloków, obejmujące górną część góry.

Dołem opadającej dolinki, którą może należałoby nazwać parowem, prowadziła ścieżka. Do czasu, gdy ktoś nią chodził. Gdy miał po co chodzić. U dolnego jej wylotu otwiera się lejkowato płaska łąka, zamknięta z drugiej strony ogrodzeniami prywatnych gospodarstw.

Dzieciarnia i nastolatki przychodzili tam zimą, gdy napadało więcej śniegu, pojeździć na sankach i nartach. Do wyboru były krótkie, ale bardzo strome zbocza, albo dłuższa trasa wzdłuż ścieżki. Pędzili w dół, dopóki starczyło prędkości, potem zatrzymywali się, odwracali i patrzyli w górę.

Nie było wyciągu, narty musieli zakładać na plecy, sanki ciągnąć sznurkiem albo brać pod pachę i wspinać się z powrotem. Jeśli chcieli znów zjechać. Nie było pośpiechu. Koniec zabawy wyznaczał i tak krótki, zimowy dzień.

W dwa tysiące osiemnastym roku dolinka ciągle jest, lecz trudno odnaleźć do niej wejście. Czy ktoś wykupił wokół niej teren? Czy właściciele blaszaków wyznaczyli ściśle swoje granice tak, że nikt nie może się przecisnąć? Czy ścieżka zarosła? Czy na dole, u wylotu dolinki, zrealizowano nowe inwestycje i łąka przestała istnieć? Śniegu podczas zim prawie nie ma. Czy ktoś jeszcze zjeżdża na nartach tam, gdzie nie ma wyciągów?

Wieje na drodze z Krakowa

Dziś wieje, na drodze z Krakowa na północ. Wieje pewnie też na drogach z Krakowa w innych kierunkach, ale Wiesiek nie jest w stanie tego sprawdzić. Zresztą „dziś” będzie jeszcze tylko przez dwie godziny. Potem północ, a zaraz po północy, jutro. Całkiem możliwe, że jutro też będzie wiało.

Wiesiek zaciera ręce. Kiedy wieje, jest w innym świecie. Mentalnie. Wtedy Zośka, żona Wieśka, z trudnością może się z nim dogadać. Wiesiek chodzi zamyślony, uśmiecha się do siebie, a kiedy pyta go, o czym myśli, odpowiada „o niczym”. Przyparty do muru mówi „takie sobie, nawet trudno powiedzieć, głupoty, nic ciekawego, śmiałabyś się”. „To bym się pośmiała” mówi Zośka, ale już poirytowanym tonem i Wiesiek przestaje wierzyć, że naprawdę by się śmiała. Tym bardziej milczy. Ona odbiera milczenie jak obrazę, więc w sekundzie jest wściekła, lecz Wiesiek, milcząc, przynajmniej nie oddaje złem za złe. Przy okazji nie powie też czegoś, czego potem musiał żałował.

O przepraszaniu Wiesiek nie myślał, bo o wiele łatwiej jest milczeć, niż potem próbować przepraszać. Czasem przepraszanie jeszcze bardziej denerwuje osobę przepraszaną, co jest doprawdy dziwne, bo nic tak przecież nie potwierdza racji przepraszanego, jak przeprosiny. Najwyraźniej jednak jest w przeprosinach coś drażniącego, może to, że przepraszany powinien, przynajmniej w teorii, wybaczyć. Lecz on, tu: ona, czyli Zośka, kiedy jest wkurzona, nie przebacza, bo musiałaby wyhamować szybko swoje wkurzenie, a to jej nijak nie pasowało. Może gniew ma w sobie jakiś składnik „świętości”, gniew nie może minąć tak od razu, bo to by znaczyło, że nie bardzo był uzasadniony. A człowiek, który się gniewa, a nie ma racji, wychodzi na idiotę.

O tym myślał Wiesiek jadąc autem, gdy światła wydobywały z ciemności przemykające kształty drogi z Krakowa. Nikomu teraz nie przeszkadzała zamyślona twarz Wieśka, mógł więc poświęcać się temu, co przywiewał mu wiatr, zachodni, zdaje się. Tak, zachodni, bo kierownicę Wiesiek musiał trzymać mocniej lewą ręką, żeby mu auto schodziło na prawo, od tego wiatru.

Po drodze jest miejscowość Widoma. Trochę śmieszna nazwa, tak, jakby mieszkała tam kiedyś jakaś niewidoma. I w pewnym momencie stał się cud, że przejrzała na oczy. Po dwudziestej drugiej, nocą, wyłączają we wsi wszystkie światła na drodze, może sołtys wychodził z założenia, że i tak wszyscy widzą. A może na przekór policjantom, którzy chcieliby łapać na terenie zabudowanym, ale jak jest ciemno, to dają spokój.

Gdy wieje tak mocno powietrze staje się przezroczyste. Na horyzoncie, albo blisko horyzontu, którego przecież nie widać, bo jest ciemno, migają ogniki. Wiesiek wyobraża sobie, że niejeden z nich stoi na rozwidleniu dróg. Że podchodzi do samotnej lampy w środku pól, przysiada u jej podstawy, sterczy tak przez pół godziny i słucha wiatru. Potem wybiera inny ognik na horyzoncie, zmierza do niego, i odnajduje lampę, tym razem na skraju lasu. Tutaj szum jest przeraźliwy. Wiesiek, jadąc autem, wyobrażał sobie tę przeraźliwość. I to, że las w lecie szumi inaczej niż w zimie. A świeże, wiosenne liście szumią delikatniej niż te wyschnięte, jesienne.

Kilka notatek z rzeczywistości

1. Na ulicy przed domem pojawiły się koleiny w śniegu. To sukces. Śnieg ledwo pokrył trawę na skarpach po obu stronach ulicy. Gdyby trawa była strzyżona, śnieg przykryłby ją całkowicie. Ale na naszej ulicy, na szczęście, nikt nie kosi trawy, a już na pewno nie kosiarką. Kiedyś wujek kosił kosą, dla królików. Ale królików już nie ma.

Skoro są koleiny w śniegu na ulicy, na asfalcie, to znaczy, że drogowcy nie posypali. I dobrze, że nie posypali, bo od posypki psują się buty i rdzewieją samochody. Co z tego, że siedmiokroć zabezpieczone przed korozją. A buty zimowe, kiedyś, też się tak nie psuły. Że mniej wtedy sypali, to fakt, ale i skóra na butach była chyba lepsza. Niech żyje śnieg, niech przestaną narzekać niedojdy i kiepscy kierowcy. Kiedyś ojciec zawrócił z drogi dopiero jak mu się „maluch” zawiesił na spodzie auta i koła zawisły w powietrzu. To było między wsiami, gdzieś tam w stronę Nowego Korczyna. Ojciec zostawił nas w aucie, matkę z dwójką dzieci, i poszedł do wsi po łopatę. Dopiero wtedy ojciec powiedział: wracamy. A dziś, ten śnieg co spadnie, ledwo parę centymetrów, to dziecinada, nic więcej

2. Kiedy Beniamin usypia, lubi mieć kogoś obok siebie. Czasem woła ojca, jak ojciec jest w domu. Ojciec kładzie się obok niego, Beniamin się do niego przytula. Trwa to kilka minut. Potem Beniamin odwraca się na plecy, albo do ściany i zaczyna oddychać miarowo. Ojciec wtedy wie, że syn jeszcze nie śpi. I jeśli ojciec wstanie, to Beniamin westchnie i powie głośno „ja wcale nie śpię”. A rano będzie przysięgał, że nic takiego nie mówił.

Ojciec więc musi poczekać jeszcze chwilę. Nie ma nic do roboty, patrzy na zgaszoną lampę na suficie, zerka na syna. Beniamin ma wielką twarz jak na dziewięciolatka. Dziewięć? A kiedyż on się urodził? To ma chyba osiem. Tym gorzej. Wielki chłop, na ośmiolatka. Jak dobrze pójdzie i chłopak dożyje osiemnastki, będzie z niego monstrum. Może nawet w drzwiach się nie zmieści. Ojciec leży i nie mając nic do roboty, próbuje wyobrazić sobie syna, który przerasta go o co najmniej głowę. Czy to możliwe? Pewnie, że możliwe. Trzeba się zacząć przyzwyczajać już teraz, w wyobraźni.

3. Na ulicy zniknęły koleiny. Ha, jednak drogowcy posypali! Nie mieli wyjścia, przecież rano i tak obsmarują ich w internecie. Jakby drogowcy mieli patent na drogowe cuda i łapali spadający śnieg zanim dotrze do asfaltu. Szkoda tych kolein. Ale na pocieszenie pojawia się mgła. Wychodzi spomiędzy domów osiedla. Niech będzie chociaż mgła.