Odpocznij przed Świętami

Dostaję życzenia, wiadomości z różnych stron, chciałbym na nie odpowiedzieć, ale nie potrafię. Z większością tych osób łączą mnie przeżycia. Czy odpowiedzieć szybko, sztampowo, standardowo, automatycznie? Bo wejście w świat, który łączył mnie z każdym, wymaga czasu, siły, skupienia. To jak kolejny etap pisania powieści, którą zostawiłem – tydzień temu, miesiąc, pół roku temu, może kilka lat temu. Powrót, wejście w tamten świat – to prawdziwa mentalna podróż. To nie nie jest jak kliknięcie „lubię to” Wybaczcie – nie jestem w stanie tego zrobić. Czy w ogóle nie odpowiadać? Większość wolałaby pewnie jakiejkolwiek odpowiedzi, ale mnie trudno się do takich skłonić.

Czy wiecie, jak boli pierwszy dzień wypoczynku? A drugi? Nie mniej. Możliwe, że tak boli odwyk, że jakoś w tym stylu. Pierwszy dzień po pracy, w którym jestem nie do życia dla najbliższych mi ludzi i tylko bronię się przed tym, żeby nie być przykrym. Boli ciało, może nie boli, ale drętwieje, albo pada pod zmęczeniem, ale za chwilę rozpala się w nim dziwna energia, potem gaśnie z uczuciem łamania w kościach, swędzenia mięśni. Gdyby ktoś mógł mnie znokautować na ringu – możliwe, że poczułbym ulgę.

Najbezpieczniejsza jest samotność. W ciszy, gdy nikogo nie ma w domu, patrzę na pędzące chmury, przesuwające się za oknem, popychane silnym, zachodnim wiatrem. Z rana były mniejsze, cieńsze, teraz są grube, ale pędzą nie wolniej, przesuwa się po niebie wielki pociąg, to najcudowniejszy widok od kilku tygodni, najlepsze jest to, że ja nic nie mogę w tych chmurach zmienić, że one mają mnie za nic i zostawiają w spokoju. Mogę rozpłynąć się, już nie istnieję.

Niewinne a wyzwalające opowiastki z przeszłości

Czasem dajecie mi jakieś zadanie, a ja gadam bez sensu o czymś innym. Spotykamy się, żeby porozmawiać o problemie, a panu PK panu przychodzą do głowy jakieś dawne historyjki. Gada, śmieje się, jakby nieświadomy powagi sytuacji. Nauczyliście się to znosić (doceniam), ale jedno zdanie wyjaśnienia – to z powodu poszukiwania rozwiązania, którego na razie nie ma.

Wiem wiem, większość ludzi koncentruje się usilnie poszukując rozwiązania. Zgodnie z hasłem – jeśli bardzo będziesz chcieć, to dasz radę. Ale są sytuacje, w których nadmierna koncentracja nie pomaga. Są ludzie, którzy tak bardzo chcą, że emocje blokują znalezienie rozwiązania. Pamiętacie może, że najlepsze pomysły zdarzają nierzadko nie wtedy, kiedy ich poszukujecie? Pod prysznicem, na spacerze, na wyprawie w góry, gdy nic nie robisz oprócz leżenia na sofie.

Mam dziś taki problem i skręcam się od ponad godziny. Nikt nie widzi, więc mogę sobie pozwolić na skręty. Próbuję znaleźć sposób na odpuszczenie stresu. Rozumiem zupełnie, dlaczego sporo ludzi w pracy twórczej sięga po używki, które rozluźniają, poprawiają humor. Twórczość jest jak macanie w ciemności i mgle, nie ma żadnej gwarancji na nic. Oczywiście, można porzucić twórczość i skopiować coś, co się już samemu zrobiło kiedyś, z pewnymi modyfikacjami. Ale wewnętrzne dążenie do oryginalności, nawet wobec siebie (straszne dążenie), którego nie można odpuścić, staje się przymusem. To pułapka. Wielkie nieba – przymus, pułapka, wewnętrzne niepowstrzymane dążenie – to brzmi strasznie.

Dlatego lepiej pomyśleć o niewinnej i zabawnej historyjce, która zdarzyła się w przeszłości. Ona wyzwala, przynosi zapomnienie, odsuwa stres. Nie zawsze jest tak, że jeśli bardzo chcesz. Bywa tak, że lepiej nie chcieć tak bardzo, tylko leciutko, w domyśle, z tyłu głowy. A efekt będzie lepszy i mniej okupiony.


Moja córka, wczoraj: jestem szczęśliwa, cieszę się. Ale nie mogę się cieszyć za bardzo, bo potem zjazd będzie bolesny…

Błogie a bezowocne bajdurzenia

Zabrzmi patetycznie, ale wynika z wkurzenia. Plagą polską w organizowaniu jest marzycielstwo i bajdurzenie. Ludzi, którzy nie przeszli edukacji w zakresie tego, że dobra organizacja jest zjawiskiem wynikającym z wyobraźni, doświadczenia, planowania, ale nader – z żelaznej konsekwencji. Koniec kropka, reszta to słodkie mrzonki prowadzące w najlepszym razie do wzajemnych uśmieszków i poklepywania, że przecież znów wyszło fantastycznie.

Będąc studentem dostałem lekcję organizacji udzieloną mi (mimochodem) przez wieloletniego menadżera dużej amerykańskiej firmy. Organizowaliśmy razem warsztaty młodzieżowe, ja zajmowałem się w części zakwaterowaniem w Polsce. Pamiętam, że po jednym z maili, w którym opisywałem moje dokonania w projekcie, dostałem listę kilkunastu krótkich pytań. Zatkało mnie. Nie wiedziałem, o co mu chodzi. Miałem wrażenie, że się mnie czepia albo chce mnie przydeptać. Te możliwości jednak nie wchodziły w grę – nasza praca była wyłącznie charytatywna, nie wiązały się z nią żadne profity, awanse, nic, co by sugerowało, że ktoś może chcieć mi zaszkodzić.

Po kilku godzinach wróciłem do pytań i zacząłem na nie odpowiadać. Okazało się, że świetnie dotykają spraw, które przemyślałem ale i nie przemyślałem. Że mój starszy przyjaciel upewniał się, że wszystko sobie dobrze wyobraziłem, że załatwiłem to co trzeba w różnych miejscach i z różnymi osobami.

Teraz pracuję głównie jako specjalista foto-wideo, czyli gdzieś po jednej ze stron procesu tworzenia wartości niematerialnych. Doceniam bardzo menadżerów / producentów, którzy wiedzą i potrafią przekazać to, co trzeba zrobić. Którzy rysują wizję przed moimi oczyma tak, że po kilku dniach nie muszę totalnie przerabiać tego, co stworzyłem. Którzy mówią wprost o trudnościach i o tym, co im się nie podoba. Wspominam Was – mam nadzieję, że wiedzie o tym, bo dziękuję osobom, którzy dają mi taki komfort pracy. W którym całość sił można skierować na problem, a nie na to, że ktoś czegoś nie powiedział, nie przekazał, że ściemnił i co teraz z tym zrobić.

Bez podróży nie ma powrotu, nie ma sensu

Podróże podczas snu. Obrazy z nieznanych miejsc, polne drogi, ulice nierozpoznanych miasteczek. Poranne alarmy odgrywają melodyjki, opóźniane kliknięciem palca o kolejne dziesięć minut. Daremnie. Spać, jeszcze spać, nie budzić się, nie wstawać. Śnić w niepamięci, budzić się nie wiedząc, jaki dziś dzień tygodnia, gdzie jestem, skąd przyszedłem, dokąd zmierzam. Sen staje się życiem pierwszym, podstawowym, przeżywam dzień po to, by położyć się wieczorem i śnić.

Dawno nie byliśmy w podróży, i śnią mi się nieznane miejsca. Podróż jest sensem który nadaje sens powrotom. Bez podróży nie ma powrotu. Powrót nie może trwać wiecznie, wymaga kolejnej podróży. Sensem nie jest być w jednym miejscu.

Co się dziś przyśni, może Eden z powieści Lema…

Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku

Dziś kolejka kolejka do pobierania krwi jest dwa razy dłuższa. “Wchodzić po 2 osoby” głosi naklejka na drzwiach, ale przez szklane drzwi widać, że drugie okienko jest nieczynne.
– Jak to nieczynne, ktoś tam siedzi
– Ale nie rejestruje.
– Nie wiadomo, co robi.
– Udaje, że pracuje.

Na drzwiach do rejestracji przyklejono sporo innych ogłoszeń, jak.
– Godziny poboru materiału 7:00-13:00
– Zachować odstęp
– Prosimy NIE stawiać moczu na blacie

Wreszcie wchodzę do rejestracji, podchodzę do lady, tam kolejny napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”. Nie mam dziś moczu. Zza szyby wita mnie twarz dziewczyny:
– Proszę.

Podaję skierowanie i chwilowo nie mam nic do roboty.
– Nie widzę pani, bo na szybie, dokładnie na wprost, naklejono napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”
– Tak, tak ma być.
– Ale na blacie też jest napis o moczu.
– Nie wiem pan, ilu pacjentów stawia mocz na blacie.
Rozglądam się, gdzie można postawić mocz i nigdzie nie widzę miejsca.
– A gdzie w takim razie można postawić mocz?
– U nas moczu się nie stawia! Mocz oddaje się w pokoju pobrań!

Dostaję numerek 4467 i wychodzę na korytarz. Tam, na dużym ekranie, widzę liczbę 4468.
– Rety, spóźniłem się! Mój numer już przeszedł!
– Spokojnie, niech się pan nie boi, będzie pana numer.
– Ale jak, skoro jest już następny?
– Niech pan uważa, te numery pokazują się znienacka.

Rzeczywiście, tu ciągle wchodzą, wychodzą osoby, wreszcie ukazuje się numer 4467. Z wrażenia zapomniałem, szukam karteluszka, muszę sprawdzić, czy to rzeczywiście mój. Wchodzę. Wewnątrz są dwa stanowiska, lewe jest wolne, a niewysoka blond kobieta pyta mnie o nazwisko. Kogoś mi mi przypomina, zastanawiam się, czy mogliśmy chodzić razem do szkoły.
– Ostatnio schudłem, powinno być łatwiej znaleźć…
– A były problemy ze znalezieniem?
– Raczej nie, ale wie pani, wolałbym nie stwarzać problemów.
– To może z drugiej ręki?
– Nie mam pojęcia, pani na pewno wie lepiej proszę wybierać.

Za oknem, daleko, na horyzoncie, obracają się szybko wielkie-malutkie wiatraki. Ranek jest słoneczny i nawet ciepły, mimo, że wiatr. Pielęgniarka podaje komendy: proszę popracować, zacisnąć, rozluźnić. Coś tam robi przy ramieniu, ja widzę wiatraki.
– Na horyzoncie, daleko, kręcą się wiatraki…
– Widzi pan, nawet nie wiedziałam, ma pan lepsze widoki niż ja.
– Jest dziś wietrznie, widać wierzby kołyszące się w parku obok szpitala.
– Nie zauważyłam…

Na koniec przykłada gazik do zagięcia w łokciu i sprawnie zakleja.
– Pamięta pani, że kiedyś nie dawano takich plastrów po pobraniu krwi?
– Pewnie, że pamiętam. Nie widać tego po mnie…?

“Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku” – mówię do siebie, bezgłośnie.

Niewyjaśnione

Najciekawsze jest to, co trudno wyjaśnić. „Nie ma szczęśliwszego momentu dla badacza jak ten, w którym zorientuje się, że nic nie rozumie” – cytuję z pamięci profesora Jana Chwedeńczuka, fizyka naukowca.

W ostatnim tygodniu zajmowałem się montażem nagrania wideo spektaklu „Zimne ognie” napisanego i wyreżyserowanego przez Macieja Sajura w Teatrze Bagatela. Przy tym spektaklu byłem już wcześniej, podczas prób przed premierą, a też potem, już w trakcie gry przed publicznością – miałem zadanie w kulisach i tylko słuchałem, w zasadzie – słyszałem mimochodem, nie patrząc na scenę.

Powtarza się jedno bardzo silne wrażenie – scena solowa Ewy Mitoń miażdży wszystko. Dlaczego? Myślę o tym intensywnie od kilku dni, ale to myślenie rozpoczęło się w czerwcu, czyli cztery miesiące temu. W jego trakcie przychodzą mi do głowy różne uzasadnienia, rozwiązania, wyjaśnienia. Ale po kilku godzinach przestaję w nie wierzyć. Pozostaje stwierdzenie: nie wiem.

W tej scenie Ewa jako aktorka musi zagrać dwie postaci naraz. Jako postać w spektaklu – właśnie aktorka – zostaje do tego zadania zmuszona z powodów typowo teatralnego bałaganu, niedociągnięć organizacyjnych, może też nieodpowiedzialności czy kaprysu innej aktorki, która nie zjawiła się na spektakl. I Ewa gra jednocześnie dwie postaci, które dialogują ze sobą, rozpoczynają przyjaźnie, lecz w trakcie rozmowy wzrasta napięcie, konflikt, determinacja, zostaje podjęta życiowa decyzja.

Praca przy montażu nagrania zintensyfikowała moje pytania. Obraz wideo, oglądany w dodatku w zaciszu pracowni, wyrwany z kontekstu teatralnego – jest nieubłagany. Oprócz planu ogólnego mam zbliżenia z dwóch kamer. Widać wszystko. I w tym, co robi Ewa, wydaje się nie być żadnej skuchy, wątpliwości, niepewności. Ewa idzie jak po sznurku, eskalując bez zmyły emocje, aż do końcowego trzaśnięcia drzwiami, które jest triumfem, choć otoczone jednocześnie porażką. Gasną światła i na widowni rozlegają się brawa.

Szał paniczny

Próbuję dokończyć album z fotografiami teatralnymi, nad którym pracę rozpocząłem… kiedy to było…? Prawie rok temu. Praca idzie jak po grudzie, oczywiście zastanawiam się – dlaczego. Czy dlatego, że jestem świadom, jak taki album obnaży mój sposób widzenia, który, „oczywiście”, okaże się zbyt małostkowym i niedojrzałym? Czy dlatego, że ciągle mam wrażenie, że nie dotarłem do tego, co czai się wewnątrz mnie, tej wizji, do której nie doszedłem. Ona tam jest, ale kiedy zaczynam ją przekładać na konkret – czyli określone zdjęcia, ułożone według założonego planu – to wizja rozmywa się. Rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami. To bardzo trudny moment, choć na początku wcale nie wydaje się taki trudny, ba, nawet nie wiem, że on nadejdzie. Kiedy po wstępnym ułożeniu zdjęć wracam do nich za chwilę, godzinę, pół dnia, dzień, dwa, tydzień, i oceniam: słabe, nie o to chodzi, a o co chodziło, dlaczego nie robi wrażenia, dlaczego się nie składa w narrację.

„Dyktanda” Stanisława Lema w Teatrze Barakah, 2014, fot. Piotr Kubic

Przepytałem moich bliskich, udało się namówić Beniamina, żeby oglądnął to, co już mam. Miałem niewielką nadzieję, że mi pomoże, ale bardziej liczyłem na to, że zobaczy coś dla niego nowego, zdobędzie doświadczenie takiej „dziwnej pracy”, która dla mnie, w jego wieku, w ogóle nie była pracą, była wręcz dziwactwem i fanaberią. A teraz spędzam nad nią godziny, dni, i rozrywa mnie jakaś mieszanina uczuć, „szlag mnie trafia”, bo mam 140 tysięcy zdjęć teatralnych, i co – i nic…?

Beniamin już na wstępie strzelił uwagą w dziesiątkę – zdjęcie na okładce jest za słabe, trzeba je przenieść na tylną część okładki. Ma rację! Potem, wspólnie, znaleźliśmy kilka kolejnych ogniw łańcucha fotograficznego, zajęło to godzinę, może więcej, ale posunąłem się do przodu. Wczoraj – moja dziewczyna dawała swoje uwagi, ona częściej zadaje trudne pytania, lecz one sięgają tam, gdzie ja nie sięgam. Początkowo się buntuję, ale potem wracam i myślę, znów od nowa. Zaczynanie od nowa, a przynajmniej – nie banie się tego, na tym polega ta praca…

Nie pochwalę się

W poprzednim wpisie nadmieniłem, że siadam do montażu wideo. Dziś patrzę na tamtą pracę z perspektywy czasu, cieszę się, że ją skończyłem z sukcesem, ocenionym przez zleceniodawcę. Mógłbym się pochwalić efektem końcowym, ale się nie pochwalę.

Pisząc konkretniej – ja jestem zadowolony z mojej pracy, bo udało się przejść po linie zawieszonej nad ruchliwą ulicą, dokonać ekwilibrystyki skrojenia czegoś co wciąga, mimo niewielkiej ilości materiału. Mój osobisty sukces i satysfakcja, ale nie sukces w szerszym, ogólnym kontekście.

Kontekst. To kwestia kluczowa. Fotografia istnieje w jednym kontekście, a nie istnieje w innym. Wypowiedziane słowo działa w jednym kontekście, a nie działa w innym. Typowy zabieg np. polityków, którzy już coś powiedzieli, a potem okazuje się to gafą – zmieniają kontekst swojej wypowiedzi na rzekomo inny, niż był faktyczny. Ludzie pamiętają słowo, ale bardzo rzadko potrafią nazwać kontekst, ponieważ one jest bardziej złożony. Stąd tak łatwo wmówić im, że kontekst był inny.

Tak więc mój filmik zadziałał dobrze w kontekście, do którego został stworzony. Ale Wy nie macie tego kontekstu. Dla Was filmik stanąłby w rzędzie, serii, nawale, całej fali filmików, które oglądaliście przed minutą, sekundą, przeglądając internet. W takim kontekście mój materiał będzie szary, nieznaczący, taki zwykły, pospolity, jak tysiące innych.

Czy doskonale wiedział, co robi…?

Siadam do montażu wideo. Mam już około 75% materiałów, w tym tzw. mięso – czyli sedno, główną treść krótkiego filmu, który ma powstać. Ale to „mięso” jest jeszcze „z kością” i „podrobami”. Porozrzucane w różnych częściach „surowca”. Trzeba je wypreparować i połączyć w odpowiedniej kolejności – smaków, faktury, treści – aby powstało danie, przy którym widz powinien zapomnieć, że powstało z „mięsa”.

Nawet, jeśli film ma mieć kilka minut – widz powinien dość szybko zapomnieć, że jest to film, twór w rzeczy samej sztuczny. Niech widz wskoczy w historię, która w dużej części tkwi w nim samym – wtedy jest szansa na wchłonięcie odbiorcy.

Kiedy siadam do montażu, przeważa mnie poczucie niewiedzy. Jakbym jeszcze nie był gotowy, jakbym nie wiedział, jak to zrobić. Ale muszę zacząć, bo zobowiązałem się dotrzymać terminu. Więc oglądam kawałki i najtrudniejsze jest znoszenie tego, że ciągle niewiele rozumiem. Trzeba opanować strach, cierpliwie, spokojnie szukać, przykładać różne części. Zaczynam od poszukiwania tego, co najbardziej przemawia. Teraz na przykład szukam „od końca”, żeby nie przywiązywać się do kolejności, w jakiej materiał był nagrywany.

Może najtrudniej uwolnić się od myśli, że to, co zrobię będzie kiepskie w moich własnych oczach. Że nie ma efektów „pośrednich” – bo albo jest to, co mnie satysfakcjonuje, czego widzę sens, albo zrobiłem dziadostwo i praca pójdzie do kosza. Uwolnienie się od tego lęku to podstawa pracy twórczej, w przeciwnym razie – nigdy nie skończyłbym niczego, nie pokazał niczego, bo zawsze byłoby „nie gotowe”.

Przypominam sobie wywiad radiowy ze Stanisławem Lemem, któremu zadano pytanie – jak powstała powieść „Niezwyciężony”? Mam to nagranie, autentyczny głos Lema:

– Tak mi się napisało. Doprawdy nie wiem, jak się napisało i nie jestem w stanie powiedzieć, co bym napisał, gdybym tego nie napisał. Powieść jest nie za krótka, nie za długa, taka w sam raz.

Tymczasem ta powieść to świetna realizacja sztandarowego schematu scenariusza np. filmowego. Starannie skonstruowany przebieg napięć, żadnego zbędnego wątku czy detalu, kulminacja, i zwycięstwo, które jest raczej przegraną rodzaju ludzkiego. Po drodze – znakomite opisy wplecione w najdramatyczniejsze akcje, psychologia człowieka, oczywiście szeroka wiedza naukowa.

Kiedy w średniej szkole muzycznej pani dyrektor mówiła, że Bach doskonale wiedział, co komponował, to powstawało we mnie wzburzenie. Przecież w sztuce, zwłaszcza w muzyce, która istnieje tylko w akcji, liczą się przede wszystkim emocje, nawet jeśli połączone lub bazujące na intelektualizmie. Przecież nie chodzi o to, żeby wiedzieć (kij z tym, co mi po wiedzy), ale żeby czuć. Rozumiem, że tym sposobem pani dyrektor chciała nas zachęcić do zgłębiania wiedzy muzycznej i pewnie zachęciła, nawet jeśli się buntowaliśmy.

Pogodzić się z bezsilnością, przyznać, że nic nie wiem, to dobry początek. Szukać wątku, znaków, tego, co najważniejsze…

PS. Czasem w różnych kręgach twórczych można zauważyć rzekome objawienia. Pada pytanie – co zrobić, jak to zrobić – i już ktoś ma gotową odpowiedź. Zaś zastanowienie, trawienie tematu, rozpatrywanie różnych możliwości – postrzegane jest jako słabość, amatorka, dyletanctwo. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie.

Splątane sznurówki

Wróciłem z urlopu, przeczytałem maile, ogarnąłem kalendarz na najbliższe dni, wykonałem parę telefonów, popchnąłem parę spraw do przodu. Ale najgorsze, z czym walczę – to strach. Poczucie, że muszę wytężyć wszystkie siły, żeby poukładać kłąb, który na razie leży przede mną – jak splątane sznurówki. Nie zjadłem śniadania i mechanicznie biorę się za prace, które nie są potrzebne – żeby tylko oddalić to, co trzeba zrobić najszybciej. A może nie wiem, nie jestem pewien, co trzeba zrobić najszybciej, i w ten sposób mózg próbuje uzyskać trochę więcej czasu na zastanowienie…? Walczę z ogarniającą falą stresu, ale – zabawne – z tym nie da się walczyć, bo walka sama w sobie, z definicji, zawiera element stresu. Więc co robić…?

„Olać”. Tak tak, na to słowo moi rodzice załamywali ręce, a kiedy próbowałem oponować – pomstowali: jaka nieobowiązkowość! Mieli rację, wcale nie byłem obowiązkowy jako dziecko i nastolatek. Potem wtłaczałem w siebie obowiązkowość przez lata. Odsuwanie nieprzyjemnych spraw na później, z obawy, że „będzie bolało” – tak przeważnie było. Zamiast odsuwać – chwytać byka za rogi. Odnajdywać przyjemność w czymś, co wcale nie wydawało się przyjemne. To się da robić…

Dziwny jest ten strach… Przecież mam dobre życie. Na razie nie żyję w wojnie, nikt mnie nie prześladuje, mój stan zdrowia jest wręcz bardzo dobry.