Potęga mitu

Wczoraj kolega uległ wypadkowi, będąc w pracy. Wpisałem dwa słowa w wyszukiwarkę internetową i zobaczyłem całą stronę wyników, mnóstwo regionalnych portali o tym pisze mimo, że od wypadku minęły tylko 2-3 godziny.

Chodzi i klikalność. Hieny. Mnożenie statystyk oglądalności. Mięsem jest głównie ludzkie nieszczęście, żarłokami – zwykli, przeciętni obywatele. Oni się tego domagają, choć mogą zaprzeczać. Ale informatyczne statystki się nie mylą – tak jest, takie informacje ich interesują. Będzie rozkminianie – jak to się stało, dlaczego, kto był winien, kto kazał czy nie kazał, a jak upadł, co ma złamane, obrażenia wewnętrzne? Kręgosłup?

Bardzo wyraźnie odczuć można to zjawisko hien tedy, kiedy nieszczęście dotknęło kogoś bliżej. Problem ma poszkodowany człowiek, jego żona, martwią się dalsza rodzina i znajomi. Wielu z nich będzie walczyć o zdrowie, szukać lekarzy, rehabilitantów, możliwe, że przez resztę życia będzie wymagał szczególnej opieki. Problem ma dyrekcja, kierownicy, wszyscy odczujemy te kilka sekund. Dla tych wszystkich ludzi byłoby lepiej nie trąbić na cały świat o wydarzeniu. Zwłaszcza, że nie można opowiedzieć o nim bezstronnie, obiektywnie w szczegółach, bo po pierwsze – to nie jest niewiadome, po drugie im więcej szczegółów tym więcej krzywdzących domysłów, spekulacji, ocen, osądów.

Jestem w momencie życia, w którym prawie nie interesują mnie przekazy z drugiej ręki, bo przekonałem się, że przeważnie są nieprawdziwe. Nie interesuje mnie popularna opowieść, po historie mają swoje kolejne, głębsze dna. Jest ogromny kontrast między tym, jak było, a jak się o tym opowiada, co się powiela, jakie sensacje się snuje. „Potęga mitu” Campbella – kiedyś Tomasz Tomaszewski powiedział na zajęciach – musicie przeczytać tę książkę, żeby zrozumieć nie tylko fotografię, ale o wiele więcej. Przeczytałem i trochę czasu zajęło mi zrozumienie, o co chodzi. Dziś jest to jasne jak słońce.

Spontaniczność jest cudem

Przypominam sobie z dalszej przeszłości różne „dziwne” zachowania starszych ode mnie ludzi, które przez młodszych (w tym przeze mnie) były negatywnie oceniane. Uznawaliśmy je za objawy „starzenia”.

Przypominam sobie tych starszych ode mnie, z którymi dobrze się rozmawiało, wydawali się młodzi, prawie rówieśnikami. Zastanawialiśmy się wtedy my, młodsi, jak to jest, że jedni starsi są fajni, a inni – niefajni, nieprzyjemni. Szukaliśmy przepisu, żeby na zawsze pozostać młodzi – to tak się da, bo młodym się jest nie według wieku, ale poczucia i tak dalej.

Dziś czasem słyszę podobne zdania od młodych, młodszych. A jednocześnie otworzyła się przede mną jakaś spora przestrzeń, z wieloma planami, szczegółami, odcieniami, która świadczy – to nie jest takie proste.

Kiedy czasem próbuję mówić o tym, że to nie jest proste i że widzę skomplikowaną przestrzeń, to odczuwam, że młodsi nie kojarzą. Trzeba się wtedy dość szybko wycofać, bo im więcej mówienia, tym gorsze się robi wrażenie.

Jako młodszy też miałem nadzieję na porozumienia między ludźmi, ale im więcej dostrzegam, rozumiem i czuję, tym bardziej trafia do mnie, że porozumienie międzyludzkie to wydarzenie rzadkie na miarę zaćmienia słońca, a nawet rzadsze, bo trudniej je przewidzieć. Tak wiele szczegółów, momentów, poziomów musi się nałożyć w jednym czasie, że spontaniczność tego wydarzenia jest cudem.

Drobnym pocieszeniem, chociaż powinienem je nazwać małym wyciszeniem, jest świadomość, że przynajmniej niektórzy kiedyś znajdą się w tym samym momencie co ja, nastąpi nasze porozumienie, choć przesunięte w czasie tak bardzo, że mnie już nie będzie, nigdzie.

Pobełkotać, czasem, można

Pierwsza w nocy, wróciłem z pracy. Gdybym się postarał, mógłbym wrócić 35 minut wcześniej. Ale odpuściłem tempo, spinanie się, zmuszanie.

Teraz nie powinienem zabierać się do pisania: wypływają same negatywy, depresyjne. Jak np. ta, że po skończeniu pracy o 22:00 wożę z drugiego końca Krakowa, dzieciom, rzeczy – instrumenty, na których grają, monitory komputerowe, walizki. Taszczę toboły z ósmego piętra, wszystko naraz, żeby nie krążyć dwa razy.

Teraz, w domu, nie idę od razu spać, pretekstem jest hipoglikemia, ale tak naprawdę czuję niedosyt. Tak jakby spać można było dopiero po mocnym akcencie, finałowym osiągnięciu mimo, że w ciągu dnia udało się załatwić, zorganizować, przeprowadzić niemało potrzebnych spraw. Sił starczyło, by wyciągnąć toboły z auta i wnieść do domu, do ciemnego pokoju, w którym śpiący, rozciągnięty kształt na łóżku uświadomił mi, że syn, wyjątkowo, wrócił do domu.

W pracy, dajmy na to, taki sukces, że udało się zrealizować skomplikowany spektakl bez większej wtopy, jeśli nie liczyć dziwnie rozstrojonego odsłuchu podczas jednej z piosenek. Już brałem winę na siebie przypominając sobie co tam mogłem zawalić. Ale ale – pomyślałem po chwili – przecież tak grałem kilka przedstawień do tej pory i było dobrze, więc koniec z siebie biczowaniem.

Tak więc jadąc samochodem w ciemności włączyłem stary, mój ulubiony osobiście przebój, który obecnie ma już pięćdziesiąt lat, a jej główny twórca nie jest w stanie nic już stworzyć niczego. Prosty, genialnie radosny utwór, bez krygowania się na intelektualizm, eksplozja optymizmu, która wyzwala pioruny w moim ciele. Mimo, że minęły dziesięciolecia od tamtego momentu, kiedy nagrałem tych kilka minut, przypadkowo, z radia na kasetę audio (analogową oczywiście), nie wiedząc, że stanie się dla mnie pomnikiem chyba już do końca życia.

Lecz te eksplozje emocji wypomniała mi ostatnio rodzina. „To nie jest normalne”, „popadasz w skrajności”, „z wiekiem jest coraz gorzej” – chyba na temat mojego zdenerwowania i wybuchu, który miał miejsce kilka dni temu, kiedy wyjeżdżałem spóźnony do pracy. Myślę sobie – jakie to bezwzględne, kiedy najbliżsi chwycą jedno zachowanie z tygodnia i punktują je przez kolejne tygodnie, jako przykład tego, kim jesteś. Córka przecież jest bardzo podobna, to raczej jej matka jest moim i jej przeciwieństwem. Zdenerwowanie dwudziestoletniej osoby jest ciągle jeszcze jakieś takie urocze, podczas gdy zdenerwowanie pięćdziesięciolatka – wyłącznie paskudne, niegodne.

Zdaniem połowy rodziny powinienem coś z tym zrobić, konkretnie – pójść do co najmniej do psychologa, niewykluczone, że do psychiatry. „Chory psychicznie przeważnie uważa się za zdrowego”, mam więc utrudnioną argumentację.

Żyję emocjami, życie polega na emocjach, inaczej nie ma sensu. A ponieważ dobre emocje chyba siłą rzeczy wiążą się z ich przeciwwagą, która prędzej czy później nadejdzie – pogodziłem się prawie z okresami nieokreślonego bólu, drętwego cierpienia, nawet z częstymi zmianami nastroju, które przykrywam jak mogę maską jako takiej zewnętrzności.

Wjeżdżając autem na podwórko zająłem puste od śniegu miejsce. Obok jest drugie, bardzo podobne – to po naszym poprzednim samochodzie, który dziś rano odprowadziłem do firmy o nazwie „end-car”. To był nasz czwarty samochód. Od lat kupujemy niemłode samochody i w naszej rodzinie dopełniają żywota. Jako student mieszkałem u przyjaciela stosującego tę samą strategię, będąc przy okazji mechanikiem samochodowym. Nauczył mnie, że z wielu awarii można jakoś wybrnąć, wiele mmożn przewidzieć tak, aby nie zaskoczyły w dalekiej drodze. A kiedy zdarza się, już ta ostateczna – pracownicy firmy „koniec samochodu” przyjeżdżają bezpłatnie lawetą, a nawet dodają parę stówek za złomowanie.

Pierwszy nasz – ford – odjechał na lawecie, kiedy sprzęgło zaczęło ślizgać a na błotnikach były rdzawe plamy. BMW sprzedałem za – słownie – sto złotych, choć na umowie napisaliśmy „pięćset”, bo kupujący stwierdził, że „nie uwierzą w urzędzie podatkowym”. Mała renówka stanęła w mieście, kiedy pojechałem do paczkomatu. O złomowaniu kolejnego samochodu zdecydowałem, gdy jechałem do pracy i silnik odmówił posłuszeństwa. Wiedziałem, co się zepsuło, ale znałem ogólny stan auta – naprawa naprawdę się już nie opłacała, wobec innych niedomagań, z którymi jeździliśmy miesiącami.

Dojeżdżamy auta do końca ponieważ nie umiemy handlować. Czujemy, może nawet uważamy, że handel ma w sobie coś nieczystego, że nie można w nim osiągnąć sukcesu mówiąc całą prawdę. Nieumiejętność handlowania widać też w innych dziedzinach życia – wolimy zrobić coś charytatywnie czy wręcz za darmo, niż targować się, podawać kwoty, wymyślać powody, dla których należy się nam więcej.

A może to po prostu lenistwo, „zdolny ale leń”, które zasłaniały różnymi argumentami i dywagacjami, do których mamy dużą skłonność…

Warte, niewarte

Ostatnie miesiące pozwoliły mi na robienie tego, co lubię, kocham. Nie liczy się uznanie szerokiej publiki, wystarczy mi tych kilka osób, z którymi udało się znaleźć porozumienie, których cieszy moja praca, dzięki którym mam poczucie, że to, czego uczyłem się w ciągu lat już kilkudziesięciu, ma sens.

Mówią niektórzy ludzie znający się na rzeczy – jeśli tworzysz coś – piszesz, komponujesz – wyobraź sobie, że robisz to dla jednego, najlepiej – konkretnego człowieka. Nie dla tłumu i nie dla mas. Chyba, że chcesz osiągnąć „masowy” sukces, wtedy należ wziąć pod uwagę statystyki, a to jest zupełnie inna praca, pozbawiona swojej wewnętrznej wrażliwości i intymności.

Stąd pewnie bierze się spora liczba dedykacji, umieszczonych na pierwszych kartach – nie tylko powieści czy zbiorów wierszy, ale również np. prac naukowych – żonie, matce, ojcu, albo nieznanemu czytelnikom – np. Erykowi. To coś zupełnie przeciwnego do ogłaszania w

Klient z ulicy, proszę o wsparcie

Niesamowicie ważne jest wsparcie, które powinni otrzymywać ludzie pracujący bezpośrednio w kontakcie z klientami przychodzącymi „z ulicy”. Zobaczyłem to wyraźnie czekając na przyjęcie w jednej z najbardziej znanych sieci medycznych.

Przyszedł tam człowiek, który pomylił dni wizyty, pomylił lekarzy, i wybuch jego frustracji i gniewu wisiał w powietrzu. U kobiet, które z nim rozmawiały, można było wyczuć stan napięcia – chyba czekały, że lada chwilą usłyszą wymówki, oskarżenia. W spokojnych słowach, dobrze dobranych i wyważonych, powiedziały pacjentowi prawdę – dziś nie ma lekarza, ma pan wizytę jutro, na kolejne wizyty nie ma na razie terminów.

W tej sieci medycznej bardzo dba się o elegancję kontaktu z pacjentem. Nagle zdałem sobie sprawę, że ta elegancja, opanowanie, ale też spokój i brak napięcia, musi wynikać nie tylko ze starannych szkoleń, które przechodzą pracownicy recepcji. Oni muszą otrzymywać wsparcie od kogoś, kto nimi zarządza. Oni muszą znosić cierpliwie różne nastroje, sytuacje i problemy pacjentów, ale zrobią to o wiele lepiej, gdy ich szef/szefowa przekaże im swój spokój, zrozumienie. Nie wierzę, że można inaczej, no chyba, że trafi się na jakiegoś ideowego anioła.

Praca z ludźmi postronnymi wyczerpuje. Oczekiwania, roszczenia, pretensje są na porządku dziennym. Wychodzi jeden, natychmiast pojawia się następny. Każdy czegoś chce, to on jest „panem”, jemu ma się służyć.

Jeśli podobne pretensje, niezadowolenie, wrogość, odbiera pracownik z drugiej strony, pozostaje sam. Albo szuka innej pracy albo zamyka się w klatce, broniąc bardziej lub mniej rozpaczliwie swoich granic, terenu, na którym może czuć się bezpiecznie. Ale wtedy trzeba zapomnieć o otwartości, życzliwości wobec klientów.

Niesamowite jest to, jak kultura organizacji przenika do jej najniższych, szeregowych poziomów.

Telewizja wyemitowała mój materiał

Umieściłem na FB informację o wystawie moich zdjęć w Teatrze Barakah, otwarcie 27 września 2024. To wydarzenia zasługuje na dłuższą opowieść, ale teraz chcę napisać o czymś innym.

Dwa lata temu zrobiłem krótki filmik i umieściłem na FB. Otrzymałem wtedy 11 lajków.

Okazało się, że Telewizja Kraków wykorzystała dużą część z tego filmu. Zrobiłem zrzut ekranu mojego filmu, na który nałożone było logo TVP i podpis: źródło Piotr Kubic. Wtedy liczba lajków wyniosła… 101 (słownie: sto jeden).

Wniosek – samodzielnie dokonuje oceny zaledwie jeden człowiek na dziesięciu. Zaś 90% ludzi ocenia według tego, jak sugerują mu inni, których on uważa za autorytet. Telewizja ciągle jest autorytetem.

Zrozumienie tego mechanizmu jest kluczowe dla kogoś, kto np. chce być sławny, kto chce by słuchało go społeczeństwo. Gdybym chciał być politykiem, musiałbym wykorzystywać ten mechanizm jak i wiele innych. Problem w tym, że nie mogę się z tym pogodzić wewnętrznie. Zostałem jakoś zaprogramowany na to, że liczy się meritum, umiejętności, wiedza, poziom, godność człowieka, i że to ocenia się w bezpośrednim kontakcie. Powyższy przykład pokazuje, że nic z tych rzeczy nie musi mieć żadnego znaczenia, jeśli chodzi o popularność. Nie godzę się na to, nie obchodzi mnie to.

W tym tygodniu umieściłem informację o mojej wystawie. W ciągu 3 dni notka otrzymała 42 lajki i zero komentarzy. Dziś zamieściłem zrzut ekranu ze strony Radia Kraków z adnotacją, że Radio zaprasza na wystawę. Po godzinie lajków jest 39, internauci gratulują w komentarzach. Patrzę i uśmiecham się wewnętrznie, bo powstaje takie pytanie: a) bardziej zależy mi na popularności, czy b) na tym, aby moje prace fotograficzne nawiązywały kontakt z kimś, kto na nie patrzy?

Oczywiście, że zależy mi na b). Mam ochotę powiedzieć, że nie interesują mnie ci, co przyklaskują, choć nie wiedzą, komu i czemu. Buntuję się wobec efektu stada. Interesuje mnie istota, meritum, sens, nie opakowanie, otoczka, czyli – ściema, kluczenie, kombinacje, mydlenie oczu. Jakaś część wewnątrz oczywiście lekko żałuje – nie będziesz sławny (ha ha), ale trudno.

Nie czytajcie mi z twarzy

Tak, wyraz twarzy jest najszybszym sygnałem, jaki wysyła człowiek i jaki jest odbierany przez innych. Z wyrazu twarzy czytamy emocje, a w ułamek sekundy później już „wiemy”, czy stoi on w zgodzie np. ze słowami i czynami, czy jest w sprzeczności. Wyraz twarzy tworzy interpretację człowieka zanim zdąży on cokolwiek powiedzieć, wyrazić, zbudować zdanie, wytłumaczyć. Twarz jest interpretowana przez innych zanim zdążą oni cokolwiek świadomie pomyśleć, zastanowić się, rozważyć.

Mimo tego, że proces ów jest automatyczny, błyskawiczny, nieunikniony, obezwładniający i bezdyskusyjny – proszę Was, nie czytajcie mnie z twarzy. Istnieją podejrzenia, zbierane przez lata, że twarz moja żyje własnym życiem, a ja o nim mało wiem. Nie chodzę z lusterkiem przed sobą, prawie się nie przeglądam przy innych okazjach. Przyznam, że rzadko patrzę sobie w oczy, bo są jakieś… przerażające? Przeraźliwe? Nie wiem, mam słabe pojęcie.

Prośba moja wynika z sytuacji, które pamiętam, a których nie potrafię wyjaśnić – kiedy ludzie patrzą na mnie i nagle coś się w nich zmienia. Są zaskoczeni, albo przestraszeni, twardnieją jakoś tak… Kiedy na to próbuję się uśmiechnąć, nierzadko sytuacja się pogarsza. Kilka razy ktoś zapytał mnie wprost (jestem mu za to bardzo wdzięczny): Piotrek, co ci się stało? Ja na to: Ale o co chodzi? Bo tak strasznie wyglądasz. Ja? Strasznie? Nic o tym nie wiem…!

Kwestia wynika też z przyczyn bardziej konkretnych i prozaicznych – coraz częściej jestem po prostu zmęczony. Częściej, ostatnio, muszę godzić przeciwstawne opcje, wymyślać nowe rozwiązania, częściej jestem niepewny. Częściej – jakbym mniej rozumiał świat, częściej bardziej wyczuwam ludzi i trudniej mi oderwać się od ich emocji. Coraz mniej jest ludzi, na których mógłbym się psychicznie oprzeć, czas widocznie, żebym to ja był oparciem dla innych, to jest zaskakująca konieczność, z którą trzeba się oswoić, pogodzić, znaleźć jej podstawy ale i granice. Młodsi patrzą i chcą widzieć człowieka, który wie, umie, rozumie, pomoże, wytrzyma, nie da ściemy.

Rozważałem chodzenie w ciemnych okularach, ale to jeszcze gorzej. Zakrywać twarzy nie mogę jak kobiety z Bliskiego Wschodu. Można bardziej unikać ludzi, ale to też staje się podejrzane. Nic się nie da zrobić…

Więcej, prędzej, dokąd…

Z wiekiem, z czasem, jest coraz więcej do załatwienia, zrobienia, tak ogólnie, generalnie, w życiu. Są to rzeczy trywialne, codzienne, w sumie nietrudne, ale każda wymaga zastanowienia, wejścia w jakąś sytuację, rozpatrzenia za i przeciw. Kiedyś trzy rzeczy załatwiałem przez pół dnia, teraz trzeba je zrobić w 30 minut, zajmując się jednocześnie pisaniem projektu, reagowaniem na telefony, notowaniem zadań, które trzeba zrobić później (kiedy będzie trochę spokoju, he he, czyli kiedy?), dyskusją z synem, który kolejnego dnia pod rząd chce zostać zwolniony z lekcji. A propos dyskusji – już wiem, że nie należy podawać wszystkich argumentów naraz, tylko dawkować, w zależności od tego, czy druga strona ma jeszcze chęć dyskutować.

O tych sprawach, rzeczach, które trzeba załatwić, nikt już nie chce słuchać. To nieciekawe, powtarzające się jak mantra, codzienne wątki. O zmęczeniu nikt nie chce słuchać, ani o momentach chwilach radości. Człowiek na moim etapie staje się nudny, powtarzalny, skupiony na sobie, o zmęczonej twarzy, której nie podratuje wymuszony uśmiech.

Najpiękniejsze chwile interakcji z ludźmi okazują się jednocześnie bardzo męczącymi. Czy powiedziałbym kiedyś, że radość męczy? Paradoksalnie – do najszczęśliwszych chwil zaczynają należeć te, w których po treningu wieczorem, zmęczony fizycznie, gdy już wszyscy śpią, w ciemności usiądę w kuchni przy książce. Na chwilę – tyle tylko, żeby zjeść zalecany po treningu posiłek. Cisza, bezruch, żadnego ludzkiego bodźca, na który reagowałby mój układ nerwowy.

Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku

Dziś kolejka kolejka do pobierania krwi jest dwa razy dłuższa. “Wchodzić po 2 osoby” głosi naklejka na drzwiach, ale przez szklane drzwi widać, że drugie okienko jest nieczynne.
– Jak to nieczynne, ktoś tam siedzi
– Ale nie rejestruje.
– Nie wiadomo, co robi.
– Udaje, że pracuje.

Na drzwiach do rejestracji przyklejono sporo innych ogłoszeń, jak.
– Godziny poboru materiału 7:00-13:00
– Zachować odstęp
– Prosimy NIE stawiać moczu na blacie

Wreszcie wchodzę do rejestracji, podchodzę do lady, tam kolejny napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”. Nie mam dziś moczu. Zza szyby wita mnie twarz dziewczyny:
– Proszę.

Podaję skierowanie i chwilowo nie mam nic do roboty.
– Nie widzę pani, bo na szybie, dokładnie na wprost, naklejono napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”
– Tak, tak ma być.
– Ale na blacie też jest napis o moczu.
– Nie wiem pan, ilu pacjentów stawia mocz na blacie.
Rozglądam się, gdzie można postawić mocz i nigdzie nie widzę miejsca.
– A gdzie w takim razie można postawić mocz?
– U nas moczu się nie stawia! Mocz oddaje się w pokoju pobrań!

Dostaję numerek 4467 i wychodzę na korytarz. Tam, na dużym ekranie, widzę liczbę 4468.
– Rety, spóźniłem się! Mój numer już przeszedł!
– Spokojnie, niech się pan nie boi, będzie pana numer.
– Ale jak, skoro jest już następny?
– Niech pan uważa, te numery pokazują się znienacka.

Rzeczywiście, tu ciągle wchodzą, wychodzą osoby, wreszcie ukazuje się numer 4467. Z wrażenia zapomniałem, szukam karteluszka, muszę sprawdzić, czy to rzeczywiście mój. Wchodzę. Wewnątrz są dwa stanowiska, lewe jest wolne, a niewysoka blond kobieta pyta mnie o nazwisko. Kogoś mi mi przypomina, zastanawiam się, czy mogliśmy chodzić razem do szkoły.
– Ostatnio schudłem, powinno być łatwiej znaleźć…
– A były problemy ze znalezieniem?
– Raczej nie, ale wie pani, wolałbym nie stwarzać problemów.
– To może z drugiej ręki?
– Nie mam pojęcia, pani na pewno wie lepiej proszę wybierać.

Za oknem, daleko, na horyzoncie, obracają się szybko wielkie-malutkie wiatraki. Ranek jest słoneczny i nawet ciepły, mimo, że wiatr. Pielęgniarka podaje komendy: proszę popracować, zacisnąć, rozluźnić. Coś tam robi przy ramieniu, ja widzę wiatraki.
– Na horyzoncie, daleko, kręcą się wiatraki…
– Widzi pan, nawet nie wiedziałam, ma pan lepsze widoki niż ja.
– Jest dziś wietrznie, widać wierzby kołyszące się w parku obok szpitala.
– Nie zauważyłam…

Na koniec przykłada gazik do zagięcia w łokciu i sprawnie zakleja.
– Pamięta pani, że kiedyś nie dawano takich plastrów po pobraniu krwi?
– Pewnie, że pamiętam. Nie widać tego po mnie…?

“Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku” – mówię do siebie, bezgłośnie.

Życie a ciśnienie tętnicze

Po latach zmagania się z sobą, głównie w celu zrozumienia samego siebie, a to tylko po to, żeby życie (własne) wreszcie uczynić spokojniejszym, doszedłem do następującego wniosku. Wszystkiemu winna jest skłonność naszej całej rodziny (ze strony ojca) do niskiego ciśnienia. Zaczynamy funkcjonować dopiero wtedy, kiedy coś nam podniesie ciśnienie. Dlatego na przykład mój ojciec całe życie pije kawę. Może też dlatego ja nie piję – nie chciałem tego uzależnienia.

Niskie ciśnienie tętnicze nie wydaje się problemem, ale powoduje szereg psychologicznych konsekwencji. Na przykład gdy mamy niskie ciśnienie, wszystko nas boli, nic nam się nie chce, a także widzimy świat w czarnych barwach. W rodzinie ojca większości jego braci twierdziła co najmniej dwa razy dziennie, że to już koniec, i że czują, że niedługo pociągną. Co stoi w sprzeczności z faktami – wyrośli w wiosce na wysokich wzgórzach, gdzie do tej pory nie ma asfaltu (położono zdaje się płyty betonowe), a kamienista ziemia była im przez całe życie kamieniem u szyi. Krowy szło się pasać boso, codzienne jedzenie to brukiew. Cała rodzina niezwykle wytrzymała, dożywała w dobrym stanie fizycznym późnego wieku.

Odkąd pamiętam ojca – wyprzedzał wszystkich z tempie pracy. Choć niewielkiego wzrostu, dość szybko poddawały mu się styliska łopat czy siekier, nosidła wiader, a w ostatnim czasie – kółka kosiarek do trawy, które nie wytrzymywały jego tempa pracy.

Gdy miałem 10 lat rodzina jeździła na wakacje z funduszy uzyskanych ze zbioru agrestu. Mieliśmy tego mnóstwo w ogrodzie. Na początku wakacji ojciec, wujek, babcia, dziadek, ale też ciotka i mama (mieszkaliśmy w domu trójrodzinnym, trzypokoleniowym) po powrocie z pracy o godz. 15:00 zasiadali do krzaków agrestu. Wiaderka i skrzynki wypełniali zielonymi kulkami, zawożonymi potem do punktu skupu. Wieczorem ojciec czasem podsuwał mi palce i igłę, zaciągał pod silną lampę i mówił – wyciągnij mi ten kolec, bo sam nie dam rady. Palce u dłoni miał ponabijane igłami agrestu. Rwał agrest w takim tempie, że nie przejmował się kolcami.

Ojciec w wieku 75 lat zbiera czereśnie

Wracając do ciśnienia (tętniczego) – dopiero zadania podnoszące nam ciśnienie sprawiają, że jesteśmy pracowici, zaangażowani. Przy niskim ciśnieniu – leżymy, lenie; narzekamy na rozmaite bóle, nie widzimy sensu życia i mamy przeświadczenie, że za chwilę umrzemy.

W świecie, w którym coraz mniej pracuje się fizycznie, a coraz częściej – umysłowo i emocjami – jest nam trudniej. Nastręczają się niezbyt pozytywne podniety ciśnienia. Oczywiście, pozytywnie działają: zachwyt, szczęście, zaciekawienie. Ale, niestety, skuteczniej ciśnienie podnosi złość. Nie ma to jak natknąć się na absurd – w urzędzie, w pracy, na ulicy, gdziekolwiek. Kiedy zobaczymy absurd, nasze ciśnienie wreszcie rośnie do poziomu normalnego, myśli zaczynają się klarować, pojawiają się wnioski i rozwiązania problemów. Układanka tego świata zaczyna mieć sens. Nie ma to jak spotkać idiotę, który mówi nonsensy. Im większe emocje, tym lepiej pracuje nasz mózg. No niestety. Wściekłość – ach! – ależ ona rozjaśnia życie!

Te obserwacje i płynące z nich wnioski nie są chlubne. Od czasu, kiedy zorientowałem się w czym rzecz, próbuję podmieniać złe emocje na dobre. Ale okazuje się, że dobre czy złe – emocje są bardzo męczące. Wszystko jedno, czy te silne, czy słabe (nie wiem nawet, czy jest sens ich stopniowania), bo te subtelniejsze wywołują jeszcze większe wrażenia. Jestem w sytuacji bez wyjścia. Marzeniem byłoby wzorować się na ludziach, którzy potrafią spokojnie analizować tabelki (jak moja dziewczyna). I czasem to się udaje, ale na krótką metę. Dobre i to, ale nie mam długich perspektyw na zasadniczą zmianę siebie (spójrzmy prawdzie w oczy – 3/4 życia za sobą)(zresztą już czuję się tak, jakbym po południu miał nie żyć).

Powracając do emocji, tych dobrych – jest ich bardzo dużo, wręcz przesyt. Choć początkowo wywołują uczucie szczęścia, później pozostawiają większe zmęczenie. Wiele fantastycznych emocji płynie z kontaktów z ludźmi, więc je także powinienem ograniczyć. Przepraszam Was, jeśli to źle brzmi, ale pomyślcie – ostatecznie to i tak dla Waszego dobra. Piękno trzeba umieć sobie dawkować, podobnie jak absurdy tego świata 🙂

(wpis został umieszczony w kategorii „Czy to żartem czy serio)
(poniżej – przykład sytuacji wywołującej silne emocje pozytywne)

Stanisław Słowiński i Tomasz Kukurba podczas koncertu na Letniej Scenie Radia Kraków 2023, fot Piotr Kubic.