Człowiek jest powodem niepokoju

W Rumunii, chodząc ulicami. Gdybym nie spotykał ludzi, byłbym spokojniejszy. Każdy człowiek powoduje jakieś emocje, a one nie dają spokoju. Gdyby ulice były puste, to jeszcze pozostawałyby ślady ludzkiej pracy, emocji i myślenia – czyli to wszystko, co można zobaczyć na ulicy w mieście. Żeby uzyskać całkowity spokój należało by zatem opuścić miasto i udać się w tereny, gdzie rzadko bywa człowiek… Jak na razie nie mogę sobie na to pozwolić.

 

Apteka o przedłużonym programie otwarcia 6-24

 

Kiosk sprzedaży biletów, utrzymywany zdaje się przez przedsiębiorstwo komunikacji, bo niczego innego się w nim nie sprzedaje. Widziałem próby wprowadzenia automatów, ale na razie stoją one zupełnie martwe, nawet bez etykiet.

Kiosk biletowy, Rumunia, Cluj-Napoca fot. Piotr Kubic

 

Więcej zdjęć oraz tekstów związanych z Rumunią na blogu fotograficznym.

Na rumuńskiej ulicy fot. Piotr Kubic

Zrozumieć kobietę…? Kiedy być facetem

– To powiedz w końcu, czy kobietę można zrozumieć? – postanowiłem zapytać Wieśka wprost. Odczekałem kilka dni po jego ostatniej tyradzie na ten temat, wcześniej nie śmiałem o nic pytać.

– Problem polega na tym, że myślisz właśnie tymi kategoriami, co wszyscy faceci – odparł dość spokojnie Wiesiek – słowo zrozumieć jest niefortunne. Wybij to sobie z głowy.
– Więc jednak nie – odparłem nie bez nuty triumfu.
– Nie chodzi o to, żeby zrozumieć – ciągnął niewzruszenie Wiesiek – ale aby poczuć.
– Aha…! Ok, rozumiem.
– Ty znowu z tym rozumieniem. Nic nie rozumiesz.
– No dobrze, to nie rozumiem. Spróbować poczuć… I co dalej?
– I to wszystko. Jeśli ci się uda, nie będziesz już o nic pytał.
– Skąd ty jesteś taki mądry? Że już wiesz, kiedy będę pytał a kiedy nie.
– Nie obruszaj się. Ta mądrość (skoro tak twierdzisz) i tak mi na nic.
– A dlaczego?
– A dlatego, że nawet jeśli poczujesz, albo wreszcie, co ci się marzy, zrozumiesz, to i tak na nic ci się to nie przyda.
– Nie przyda? Dziwne. Przecież kiedy wreszcie dojdę o co chodzi, to wtedy można coś poradzić. Znaleźć jakiś sposób, wyjście, zrobić to lub tamto.
– I tu właśnie widać twój męski, ograniczony sposób widzenia. Nie w tym przypadku! Nie jeśli chodzi o kobietę. Porzuć to, czego cię uczono na inżynierskich studiach. Powiązania skutek – przyczyna, akcja – reakcja i tak dalej. Porzuć logikę.
– Logikę?
– Tak. Porzuć też chęć zrobienia czegokolwiek.
– Jak to?
– A tak, bo wtedy jest już za późno.
– Nigdy nie jest za późno.
– No masz. Ja mu swoje a on swoje. Czy nie miałeś czasem wrażenia, że kobiety postępują zupełnie nielogicznie?
– Pewnie, i to nie jeden raz.
– No widzisz. Porzuć logikę a będziesz miał szansę coś z tego zrozumieć… To znaczy – poczuć. No nie wiem, jak to nazwać, ale wreszcie będziesz miał szansę, żeby już o nic nie pytać.
– Hm…
– Jest jeszcze jedno, o czym powinienem ci powiedzieć. A w zasadzie – przestrzec.
– Słucham.
– Bardzo możliwe, że kiedy wreszcie już poczujesz i dostaniesz to objawienie, które pozwoli ci o nic nie pytać, a w końcu zdasz sobie sprawę również z tego, że nic już nie można zrobić, to…
– No co? Gadaj szybciej.
– To zupełnie opadną ci ręce i odechce ci się wszystkiego.
– No pięknie. I tego mi życzysz?
– Sorry, ale to nie ja zaczynałem ten temat.
– To po to mam próbować zrozumieć, a w zasadzie poczuć, po to mam szukać objawienia, żeby mnie rozłożyło na łopatki?
– Jak chcesz. Jeśli chcesz być facetem…
– Czy chcę? Chyba nie mam innego wyjścia…!
– Otóż i to. No właśnie…

Zrozumieć. Kamuflaż

Co jakiś czas Wiesiek spotyka się z twierdzeniami, że kobiet nie da się zrozumieć. Wiesiek opowiada mi o tym ze zgrozą w głosie szczególnie wtedy, gdy zdanie kobiet nie można zrozumieć wypowiedział w jego obecności mężczyzna. Wiesiek przychodzi do mnie o północy albo nad ranem i nie bacząc, czym się zajmuję, czy akurat się kładę albo czy nie mam zamiaru jeszcze wstać, pomstuje: „ja wtedy takiemu mówię, żeby zapytał jakąś kobietę, czy ona sama siebie rozumie”.

Wiem, o co mu chodzi. Dręczy go podejrzenie, że jesteśmy gorsi, bo czegoś nie rozumiemy, albo nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Wiesiek nie zauważył, że kwestia „tego nie zrozumiesz”, owo uniwersalne zakończenie co bardziej emocjonującej rozmowy, nie ma sensu stricte, a raczej jest przyznaniem się do niemocy. To trzeba czytać między wierszami, albo po prostu wiedzieć.

Próbuję Wieśkowi czasem tłumaczyć, że owa rzekoma niepoznawalność kobiet nie bierze się z faktycznej niepoznawalności, lecz raczej z o wiele większych niż nasze, męskie, umiejętności kamuflażu. A kamuflaż nie wynika znów ze złośliwości, sprytu, prób wymanewrowania męskiej części rodzaju ludzkiego, ale z desperackiej potrzeby podtrzymania własnego wizerunku: „cokolwiek by się działo, mam wyglądać pięknie”. Lecz tłumaczenia w takich chwilach na niewiele się zdają, po prostu muszę przeczekać, zupełnie jakby Wiesiek był wtedy kobietą. Oczywiście nie wspominam mu o tym, żeby nie przepełniać czary.

A i tak, kiedy Wiesiek ochłonie, wypomina mi moje słowa, mówiąc krótko: naiwność. Czytam jednak między wierszami, że to tylko papierowy rewanż za moją krytykę.

Na straconej pozycji

Wyobraź sobie, że w pewnym momencie życia dociera do Ciebie, że zawsze kibicowałeś słabszej drużynie. Odkrywasz to po latach, gdy już dawno wiadomo, że rówieśnicy wyprzedzili Cię w wielu sferach życia. W takim momencie wiele staje się jasne – skoro zwykle trzymasz ze słabszymi, nigdy nie będziesz najlepszy. Najlepszy staje się najlepszym, bo nie zawraca sobie głowy słabeuszami, tylko prze do przodu. Bo nie ustępuje im, nie pomaga, nie współczuje, tylko wyprzedza ich kiedy się tylko da, a jeśli trzeba, biegnie im po plecach.

Rola bramkarza w drużynie piłkarskiej jest z góry przegrana. Bramkarz to „ostatnia deska ratunku”, czyli ma ratować to, czego nie uratowali, albo co spartaczyli koledzy z drużyny. Napastnik najwyżej nie strzeli gola, ale bramkarzowi – strzelą prędzej czy później. Może mieć swoje pięć minut, jedną genialną paradę, ale wiadomo, że kiedyś polegnie, bo został postawiony w miejscu, w którym jest skazany na rozstrzelanie.

https://youtu.be/qJky0dnBMm8

Grać naiwnością to nie wstyd

Upalne lato na Manhattanie. Dwudziestolatek z Europy Środkowej wchodzi do sklepu fotograficznego. Tu wszystkie sklepy są klimatyzowane. Ogląda półki, chciałbym mieć choć jeden z tych aparatów, choć ten najtańszy. Chce zapytać o coś sprzedawców, ale ci nie kwapią się do rozmowy. Ponawia pytanie, a wtedy jeden z nich podrywa się, macha ręką i mówi coś chrapliwym głosem z nowojorskim akcentem.

Chłopak wychodzi na ulicę, gdzie czeka na niego starszy, szczupły i żwawy mężczyzna, jego opiekun i przewodnik. Młody relacjonuje mu sytuację w sklepie i to, że sprzedawca się zdenerwował.

– Zdenerwował się, ponieważ zadawałeś dobre pytania – odpowiada przewodnik. On właśnie nie pozwolił młodemu na samodzielne poruszanie się w tej dzielnicy. To zbyt niebezpieczne.

Chłopak do dziś wspomina to wrażenie, że sprzedawca nie chciał z nim rozmawiać, ponieważ zorientował się szybko, że chłopak niczego nie kupi. Ale w odpowiedzi opiekuna kryje się coś szczególnego – że ważniejsze są pytania niż bezsensowne odpowiedzi.

– Najważniejsze jest czy osiągniesz to, czego chcesz, a nie czy zachowasz twarz i udowodnisz wszystkim swoją słuszność – takie zdanie, po latach, powtarza sobie czasem chłopak. Ważniejsze są pytania, a czasem nawet niezadane pytania. Bo np. car Piotr I Wielki wprowadził zarządzenie: „Podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego”. 

Naiwnością, chyba nawet bardziej tą udawaną, można zajść nierzadko dalej niż ujawnianiem swojej świadomości. Być naiwnym to nie jest wstyd, a być naiwnym skutecznie, to nierzadko chronić otoczenie przed pośmiewiskiem. Za co ono niejednokrotnie ci się odwdzięczy (i to wcale nie sarkazm, tylko najprawdziwsza prawda).

Jedno niewytłumaczalne zdanie

Gdy za cały kontakt człowieka z człowiekiem ma wystarczyć jedno zdanie, rzucone bez większego zastanowienia, dotyczące byle czego, sytuacji zmyślonej, problemu wyimaginowanego, choć sprawiającego wrażenie poważnego i istotnego? I zanim pomyślisz, zanim się zastanowisz, co odpowiedzieć – głupio, że próbujesz się zastanowić, tracisz tylko czas. Bo tego kogoś już nie ma, odszedł, rzucając promienisty uśmiech przez ramię. I nie wiadomo o co chodziło i po co to było.

Nie myśl, proszę, że to głupie i idiotyczne. Dla swojego dobra nie myśl tak. Nie szukaj tłumaczeń, że to nieumiejętność, kompleksy, płycizna osobowości albo nagląca potrzeba powiedzenia czegokolwiek. Odsuń i tę myśl, że to jest chore, a nawet tę, że do niczego niepodobne. Że to kretyńskie wręcz. Za nic w świecie nie sądź, że chodziło tu o ciebie i że twoja osoba odgrywa jakąś rolę. Porzuć nadzieję, że chodziło o niewinną zabawę, bo to przecież bez znaczenia, skoro ona jakoś zupełnie ciebie nie bawi. Proszę nie złorzecz w myślach. Odrzuć ufność, że chodziło o jakikolwiek kontakt. Ot po prostu przelatujący ptak upuścił coś akurat.

Jedyne, o czym możesz pomyśleć, to przypomnieć sobie, że Mrożek po prostu nie zabierał głosu w towarzystwie. I że lekko podejrzewasz, dlaczego tak robił.

Jesienny liść przykrywa stare chodniki. Nadchodzi nowa pora roku, a wraz z nią – zmiana. I choć ludzie wokół będą oczekiwać, że pozostanie stare, to nie wiedzą nawet, że oni sami już nie są tymi samymi. Niepotrzebnie, nieświadomie czekają na te same gesty i słowa, ale ich już nie będzie. Jest jakiś czas, jak okres fali, w którym przetacza się cykl, i fala jest już w nowym miejscu, poprzednie pozostało tylko w pamięci. Można tego bardzo chcieć, prosić: niech powróci, ale na próżno. Zachować spokój można tylko, gdy zaakceptuje się zmianę. Zaakceptuje, że wszystko się zmienia, nawet, jeśli bardzo tego nie chcemy.

Telefon i kultura

Dzwoni telefon. Odbieram i przedstawiam się.
– Piotr K…., słucham.
– Halo?!?!
–…Piotr K…., słucham.
– Ojej, przepraszam panie Piotrze, szukamy fotografa, ale akurat nie pana. No tak się złożyło…
– Nic nie szkodzi, proszę bardzo. Pozdrawiam wszystkich.

Gdyby nie fakt, że numer widnieje w mojej książce telefonicznej, nie zorientowałbym się, kto dzwoni. Z samej rozmowy też bym się nie dowiedział. Głos z pewnością był mi znajomy, lecz gdyby nie nazwa, która pojawiła się na wyświetlaczu, to zachodziłbym w głowę, kto to był, skąd go (konkretnie: ją) znam, z czym mi się kojarzy, gdzie go (ją) spotkałem, przy jakich okolicznościach. Na koniec nadmienię, że telefon pochodził z jednej z ogólnopolskich organizacji zrzeszającej ludzi kultury.

Tworzyć, marzenie w etapach

Rozwój artysty charakteryzują różne etapy i przeszkody do pokonania. Jedną z nich jest opór otoczenia. Opór ten istnieje również nawet wśród najbliższych, znajomych, w jego kręgach, nawet tych, artystycznych.

Wynika on chyba z zaskoczenia. „Co? On maluje? Aha, coś tam sobie maluje. No dobrze, niech maluje. Sam fakt, że maluje nie świadczy o tym, że ma coś wspólnego z artystą. Bo artysta, wiadomo, to Picasso, Rafael, Van Gogh. A ten kim jest? Lekarz? Inżynier? Kierownik zmiany, sprzedawca w Tesco, bezrobotny? Co on namalował? Ktoś to widział? Ktoś wystawił?”

Lecz nie chodzi chyba tylko o zaskoczenie. Oto ktoś pretenduje do grona artystów. Nawet, jeśli tak naprawdę nie pretenduje. Lecz sam fakt malowania, nie takiego sobie od soboty, tylko malowania malowania, stawia malującego w oczach otoczenia w roli pretendenta. Oczywiście aspirującego, nieudolnego, takiego, który „jeszcze wiele musi się nauczyć”, „może kiedyś”, ale pewnie i tak się nie nauczy.

Studenci i absolwenci szkół artystycznych są w innej sytuacji. Na nich niejako ciąży obowiązek bycia artystą. Jeśli magister malarz sprzedaje marchewkę, jest jeszcze bardziej godny pożałowania. Nawet, jeśli nie przestał malować.

Zaskoczenie wynika zdaje się z niedowierzania, a to z ukrytej zazdrości, która pojawia się jako pierwsza. Wyprzedza wszystkie inne uczucia, ma tę przewagę, że jest najbardziej prosta, prymitywna. Najprymitywniejsze mechanizmy mają w mózgu najkrótsze ścieżki neuronowe, dlatego wyprzedzają wszystkie inne, szczególnie te bardziej cywilizowane. Zdają sobie z tego sprawę sami zainteresowani, dlatego próbują walczyć ze zjawiskiem, każdy jak umie najlepiej. Mimo to i tak czasem przegrywają. Jeśli nie-artyści zazdroszczą artystom, to zazdrość w gronie samych artystów przewyższa czasem tę pierwszą kilkukrotnie.

Zazdrość początkowo nie dotyczy sukcesów, bo tych jeszcze nie ma. Lecz wynika z faktu, że komuś udało się już pokonać jego własne, wewnętrzne bariery. Z ich istnienia zdają sobie sprawę ci, którzy próbowali, nawet jeśli im się nie udało. Jedną z barier jest organizacja czasu, wręcz całego życia. Trzeba stworzyć całą niezależną płaszczyznę życia, odgrodzić się od nawet najbardziej kochających, zamknąć drzwi i wrzasnąć „wara”, jeśli trzeba. Niewielu się to udaje, choć wielu marzy o tym, „by tworzyć”.

Inna bariera to objawienie się światu. Związana jest z przełamaniem lęku. Z przygotowaniem się na występowanie w roli osoby publicznej. Na to, że „jeśli zapytają, trzeba coś odpowiedzieć”. Że ktoś wzruszy ramionami, ktoś wyśmieje a inny wytknie poważne błędy i nieuctwo. Z przygotowaniem się choćby na to, że z trzydziestu przyjaciół, którzy obiecali przyjść na wernisaż, przyjdzie jeden.

Dlatego wielu artystów nie przekracza tego progu, tworzą do szuflady. A potem te szuflady, razem z ich biurkami, znajduje się w sortowniach śmieci.

Dlaczego trafiają na śmietnik? Bo stworzenie czegoś, w bólach, wieloletnich dociekaniach, kształtowaniu warsztatu, techniki, umiejętności posługiwania się środkami wyrazu, stworzenie czegoś interesującego, niebanalnego, to… dopiero początek. Potem pojawia się kolejne pytanie – co z tym zrobić? Jak pokazać? Komu? Nagle artysta odkrywa, że jemu podobnych są setki i tysiące, i każdy z nich stworzył coś bardziej lub mniej podobnego. Po co więc były te lata harówki?

Jeśli na temat twórczości pojawi się artykuł w prasie, wywiad w radiu, nie mówiąc już o telewizji, to pewna grupa znajomych zaczyna się martwić, czasem też i sprawdzać, czy „artyście woda sodowa do głowy nie uderzyła”. Najbardziej fatalne byłoby dla niego zrobić coś, co potwierdzi ich spodziewania. I jakby się nie starał, nie uważał, to zawsze zrobi coś, co zostanie jednoznacznie odczytane i skomentowane: no tak, do tego doprowadza sława.

Być sobą

– W życiu dość wielu ludzi przychodzi taki moment, w którym zaczynają być wreszcie sobą…
– …aha…
– …z różnych względów. Jedni, przyparci do muru przez życie, dotarłszy do dna, w dramatycznej sytuacji, mówią w końcu „ja to chromolę” i zaczynają mówić to, co naprawdę myślę i robić to, na co mają ochotę. Po prostu nie mają już nic do stracenia.
– Rozumiem.
– Inni, przeciwnie. Osiągnęli w życiu coś, co potwierdziło ich wartość. Przestają się przejmować ocenami, opiniami innych, nie martwią się, że wyjdą na dziwaków, nienormalnych. I nagle, dajmy na to, facet czterdziestoletni nagle zaczyna nosić wytarte jeansy i farbuje włosy na zielono, choć do tej pory trzymał się raczej elegancko i w kanonie.
– Tak.
– Tacy wiedzą, że tego, co mają, nikt im już nie odbierze. Dorobek jest trwały, nie podatny na krytykę czy szyderstwo.
– Logiczne.
– Ale jest jeszcze jedna grupa ludzi, którzy z czasem również zaczynają być sobą, lecz wcale nie wychodzi im to na dobre. A tym bardziej ich otoczeniu.
– Ciekawe…
– Oni, gdy byli młodsi, czuli na sobie wzrok innych – rodziny, rodzeństwa, męża, żony, szefa w pracy – i to ich powstrzymywało. Czuli się zniewoleni, to prawda, i marzyli o momencie, w którym będą wolni. Słuchali w radiu, telewizji, może czytali o tym, że warto być sobą, że to korzyść nad korzyściami, jak mówi przysłowie „lepszy w wolności kąsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”.
– Przypominam sobie.
– A jednak nie jestem tego pewien.
– Czego?
– Że lepiej im być sobą, niż czuć trochę powstrzymującego zniewolenia.
– Dlaczego?
– Bo gdy są sobą okazuje się, że kiepsko na tym wychodzą. Wcale nie objawiają czegoś miłego, przeciwnie, okazuje się, że to bestie kłótliwe, wiecznie niezadowolone, pełne roszczeń i nieustannego myślenia o sobie.
– Hm….
– Znajomi, przyjaciele, sąsiedzi przestają ich poznawać, a z nowymi wersjami starych postaci nie spieszą się zawierać znajomości.
– Aż tak?
– No tak. Człowiek, z którego wychodzi nagle „prawdziwy on”, ale jest to „on” paskudny i wstrętny…

Cisza. W szklaneczkach wino. To dlatego, że Wiesiek ostatnio przerzucił się na wino, nie pija już piwa. Powód? Piwo tuczy. Namówił mnie do wina. Powiedział „nie chcę pić sam” i zrobił taką minę, że uległem. Nie widziałem też teraz, co powiedzieć. No rzeczywiście, miał rację. Ale z drugiej strony czego on się spodziewał? Że z człowieka, po iluś tam latach, wyjdzie nagle anioł? Anioł już był, anioły bywają zwykle na początku. A potem, prędzej czy później, każdy zaczyna być sobą. I chyba rzadko okazuje się aniołem. Czyżby wszystkie poradniki nakłaniające do bycia sobą działały z premedytacją odzierając z anielskich skrzydeł? Czemu miałoby to służyć?

Myślę sobie. Cisza trwa. Dopijamy czerwony płyn z przezroczystych szklaneczek. Za oknem jesienna temperatura. Spada. Jest już poniżej dziesięciu stopni.