Ku pokrzepieniu serc

Wszystkie myśli dnia umierają wieczorem, wszystkie te myśli, które ożywiały marzenia o kolejnym opowiadaniu, felietonie, tekście jakimkolwiek. Marzenia o skleceniu prozy, co na pierwszy i drugi rzut oka nie będzie „ku pokrzepieniu serc”, ale pokrzepi, choć nie wprost, ale niezauważalnie.

W sumie pokrzepienie ma sens, tylko pokrzepienie. Pokrzepiony może zająć się czymkolwiek, np. graniem na tablecie, trenowaniem piłki nożnej, spacerowaniem, czytaniem Bruno Shultza, badaniem wysokoenergetycznych neutrin, omiataniem szkieletu nad Morzem Martwym, kontemplowaniem symfonii Mykietyna, planowaniem strategii finansowej. No czymkolwiek czymkolwiek. Warunkiem brzegowym działań człowieka jest pokrzepienie. Pokrzepiony może i nie wiedzieć, że jest pokrzepiony, z kolei niepokrzepiony odczuwa wyraźny brak czegoś, nawet jeśli nie zdaje sobie sprawy, że chodzi o pokrzepienie.

Ciekawe, że ludzie oczekujący na pokrzepienie przejawiają często zadziwiającą wrażliwość na wszystko. Tak, jakby spodziewali się pokrzepienia (nawet nie nazywając go tak) w każdej chwili, bo potrzebują go po prostu. Czepiają się zdarzeń, ludzi, zbiegów okoliczności, przypadków, zmiany pogody, znalezionej monety na ulicy, przypadkowego, przelotnego uśmiechu, wiążą z nim nadzieje, że to ono, że już.

Kobieta zrobiona

Kobiety na ulicach, w zasadzie mówmy o dziewczynach, które wyglądają jak wyglądają, czyli dobrze, bo są po prostu zrobione. Gdyby nie ten ciuch, make up, wyższe buty, gdyby nie taka torebka, to nikt by oka i na chwilę nie zatrzymał.

Patrz, idzie. Wybielona, wyrównana jasnym pudrem twarz, lekkie cienie na policzkach, podkreślone nie za mocno powieki, rzęsy, brwi też ma się rozumieć. Umie malować, naprawdę umie. Dobry fryzjer też był. No ale nos… Nos duży, szczęka szeroka, kości wystające. Fryzjer widział i poprawił, jak mógł najlepiej. Odcień dopasował, jaśniejszy, przez to mniejsza twarz się wydaje, i przyciął pasemka nie za nisko, nie za wysoko, że głowa całkiem zgrabnie wygląda. Fryzjer specjalista.

Bluzeczka u góry nie za szeroka, że niby ramiona drobne, szerzej skrojona na piersi i węższa znów poniżej, że niby talia cieńsza niż naprawdę. Na brzuchu napięta lekko, przechodzi w kształtne jeansy, zaokrąglające pupę i wyciągające uda, niże kolan zwężane, ale nie za bardzo.

Idzie. Zgrabnie nawet idzie, musi się pilnować, bo takie nogi. Inaczej ciuch i make up na darmo. I jak staje, też ważne, gdy patrzy na rozkład jazdy, albo czeka, pod gablotą, przy ścianie. W takich butach iść niełatwo, choć jeszcze niezbyt wysokie. Chodzi prosto i pewnie, ze swadą, jak już taki ciuch i taki make up. Najgorzej, jak zrobiona dziewczyna idzie krzywo, albo zgarbiona, albo jeszcze z kwaśną miną. Mina w sumie najważniejsza, nieważne, że duży nos i szeroka szczęka. No i ręce grubawe. Jak dłonie grube, to wiadomo, że i reszta taka, nawet jak nie widać, pod bluzeczką i jeansami modelowymi. Mieszkałaby na obrzeżach miasta, chodziłaby w tym, co na bazarze kupi, fryzjer taki sobie podmiejski, to mało kto by oko zatrzymał. Zaraz by nochal wielki wyszedł i uśmiech przyćmił, i szeroka szczęka niesmak wzbudziła, i te palce na plastikowej torebce zaciśnięte.

Gorączka

Antek czują ją blisko, w piersi. Gdy bierze czasem nową książkę, albo otwiera program do animacji, zakłada nowy projekt, wchodzi na ulicę, na której nigdy nie był… Przeczuwa, że za chwilę coś się pojawi, wydarzy. Coś odsłoni się, wychyli zza kantu biurka, zza drzwi pokoju, zza znaku drogowego, budki z gazetami. To coś jest blisko, nowe, oczekiwane, tajemnica, której poszukiwał, która była mu potrzebna do czegoś, bardzo potrzebna, zapewne do dalszego ułożenia układanki. Jakiej dokładnie układanki, tego Antek nie wie, bo nie wybiega dalej wzrokiem ani wyobraźnią, a układanka jest szeroka i długa, sięga poza horyzont tam, z przodu, i niknie za horyzontem, tam skąd przyszedł Antek. 

Grzebanie się tu i teraz, w kawałkach codziennych puzzli, jest nudne i wyczerpujące, można się z nim jakoś zaprzyjaźnić, pogodzić, uznać za konieczne, wszakże pod tym warunkiem (!), że co jakiś czas, w dłonie, pod stopy, spadnie od strony nieba, wyłoni się z mgły, ten jeden fragment, inny niż wszystkie codzienne, którego będzie można włożyć w od dawna puste miejsce. Miejsce, które razi beznadziejnością, jałowizną, otępieniem, nie dające spokoju, uwiera w pamięci nawet w wolnych chwilach w ogrodzie lub w parku, nad jeziorem, w górach, i w snach przede wszystkim.

Rozumiecie teraz tę gorączkę? Pali. Antek czasem nie jest pewny, czy to nie choroba jakaś i gorączka trzydzieści dziewięć stopni, ale zgodziłby się i przyjął i chorobę, byle ten puzzel się objawił. Ryzykant z Antka, tak by powiedziało wielu ludzi, tak by powiedziała jego dziewczyna, gdyby miał dziewczynę. Tym bardziej by tak powiedziała, gdyby miał jeszcze dzieci, bo skoro nie żyje sam, to powinien być odpowiedzialny. A odpowiedzialność to nie szukanie jakichś puzzli, tylko nienarażanie rodziny na zajmowanie się chorym Antkiem, podczas gdy codzienność stoi w miejscu.

Czy Antek ma dziewczynę i ma dzieci? No ma… Powraca więc do codzienności i układając zwykłe puzzle na tyle sobie pozwala, że zagląda czasem za kant biurka, albo za okno, albo wdepnie, po drodze do pracy lub sklepu, na kawałek ulicy, na której jeszcze nigdy nie był. Wyciąga wtedy termometr z bocznej kieszeni małego, codziennego plecaka. I nie pozwala sobie na więcej niż trzydzieści siedem i pół.

Liczyłem na więcej

(aby poznać kontekst, przeczytaj krótki poprzedni wpis)

Dlaczego bywa tak, że kiedy liczy człowiek na porządną przygodę, kończy się ona, zanim się zacznie?

Torba spakowana, pidżama, kapcioszki, szczoteczka, maszynka do golenia, nawet sztućce i talerzyk, w pękatej, niewielkiej torbie. To wszystko wróciło do domu, razem ze mną.

Co za czasy! Że w trzy godziny da się załatwić konsultację lekarza specjalisty, i to za pieniądze z NFZ! I to w miejscu, gdzie pierwszy raz jestem, nikogo nie znam, żadnych zwyczajów nie znam, korytarzy nie znam.

Tradycja upada. W rejestracji bierze się numerki, nie ma równych i równiejszych. Dyskutować z rejestratorką nie ma po co, tak szybko przeglądnęła dokumenty, które w dłoni mej uwidziała, i dwie minuty nie minęły, jak wyekspediowała nas dalej, piętro wyżej. Opowieści przygotowane miałem, szczegóły dramatyczne, nazwiska, kontakty, adresy, ale na nic się zdały, ucięte jednym tej kobiety zdaniem.

Lekarz – tutaj tchnęło wspomnieniami, jakie mam z przeszłości – spóźnił się godzinę wedle grafiku wiszącego na drzwiach. (Ale jakich drzwiach, przesuwających się samoczynnie i bezszelestnie, otwieranych elektronicznym kodem!) Cóż jednak, że się spóźnił, jak w ciągu trzydziestu minut nadrobił zaległość. Rozdzielił gremium na dwie grupy i przyjmował prawie po dwóch naraz. Przy tym rzeczowy, cierpliwy i tłumaczący do znudzenia. Tak więc mimo starań naszych, by na oddział szpitalny się dostać, zdołał ów felczer zagadać nas i zbałamucić tak, że ochotę straciliśmy do ponownych pytań i nalegań. I to wszystko bez wrzasku i bez obrazy. Odesłał mnie do domu.

Zanim więc słońce najwyżej stanęło, już byliśmy załatwieni, na trotuarze przed wielkim budynkiem, zaskoczeni i bezczynni. Tylko przy wyjeździe z parkingu przyszło trochę się zżymać, cyfrę za postój usłyszawszy, ale że kasjerka odmalowana i miła, a i to jedyny koszt dziś w szpitalu owym, tak i humoru na koniec nie straciliśmy.

Skoro pije piwo

Chwytać się sensu. W tym momencie, w tej sekundzie jest sens, pisania. Skąd i jak, nie wiadomo. Za chwilę może go nie być. Czy jest on uzasadniony, to inne pytanie. Lepiej nie pytać, jeśli chce się pisać. A się chce, tylko autocenzura nie pozwala. Wyłączyć autocenzurę, przez zapomnienie (się), alkohol, albo silne uczucie – szczęścia, rozpaczy, pustki, przeładowania.

Chciał napić się piwa. W lodówce czekało od dziesięciu dni. Butelka. Otwieracz. Kapsel. Szklanka. Gdzie szklanka? W szafce nad blatem, po prawej stronie. Czyste, lśniące szklanki, umyte wprawną ręką. On czystych nie chce. Nie zasługuje na tak czyste, skoro pije piwo. Plebs pije piwo. Ci lepsi – wino, wreszcie koniak, a przynajmniej wódkę. Po drugie – nie umie tak dobrze myć szklanek. Tak dobrze myje jego dziewczyna. Która nie protestuje przeciwko piciu piwa, nawet napije się pół łyczka, i lekko skrzywi: „z lodówki…?” Niemniej jednak on przeczuwa, że ona znosi, albo nauczyła się znosić, to znaczy: nie reagować na piwo. A po drugie – po prostu nie fair jest brać idealnie przezroczystą szklankę do piwa. Dlatego przegląda szafkę i szuka szklanki takiej z białymi plamkami, na której ściankach zostały ślady wody, takiej twardej, jak w tej okolicy. Szklanki, którą sam umył, kiedyś, w zimnej wodzie i ze zbyt małą ilością płynu do mycia naczyń. Taka szklanka nie jest brudna, ma tylko zacieki powstałe podczas suszenia. To zwykły węglan wapnia czy magnezu. Po prostu nie wygląda zbyt dobrze, ale tak naprawdę jest okej. Okej dla niego i dla piwa.

W swoim podejściu, pomyślał, próbuje być w miarę sprawiedliwy. Nie wymaga wiele. Skoro już pije piwo, nie oczekuje luksusów. Skoro będzie śmierdział piwem, niech pije ze skazitelnej szklanki. Potem sam ją umyje, w zimnej wodzie i ze zbyt małą ilością płynu do mycia naczyń. To w imię oszczędności. Bo taką szklankę sam potem weźmie, znów do piwa, możliwe też, że do herbaty. Gościom nie podałby takiej szklanki, o nie. A nawet, gdyby zabrakło idealnie czystych szklanek, to zanim postawiłby tę swoją, na stole, postarałby się ją wypolerować, ściereczką kuchenną, czystą, wziętą z szafki nad okapem.

Wszystko po to, aby w miarę z czystym sumieniem napić się piwa. Jednego. Ba, nie w głowie mu już wojaże. No chyba że ze starym przyjacielem, to wypije dwa albo trzy. Może cztery czy pięć, ale na dwóch, to i tak trudno przeliczyć. Zresztą w piciu piwa, tak naprawdę, chodzi o ten pierwszy łyk.

Antek zatańczy

Nawet jeśli prawie w ogóle nie tańczy, albo nigdy nie tańczył, albo nie jest to jego ulubione zajęcie. Ale zatańczy z tobą, dla ciebie. Potem odprowadzi cię tam, gdzie będziesz chciała, a jeśli pożegnasz się z nim nagle i w połowie schodów, nie będzie miał ci tego za złe. Przedtem jednak porozmawia z tobą za każdym razem, gdy będziesz do niego podejdziesz, a także, z daleka, pośle ci spojrzenie, to które bardzo lubisz. Pomyślisz wtedy, że tego spojrzenia ci brakuje, i że chciałabyś je czuć na sobie częściej. Może nawet wyobrazisz sobie, że tak jest, każdego dnia; wyobrazisz to sobie na pół minuty. Trzydzieści sekund wystarczy, żeby żyć wyobrażeniem przez następny tydzień, dlatego pożegnasz Antka nagle, w połowie schodów, i nie dasz znaku życia przez siedem dni. Czego Antek nie będzie ci miał za złe. Przeciwnie, bo cię rozumie; domyśli się, dlaczego nie dajesz znaku, nie odbierasz telefonu, ani nie oddzwaniasz.

Dopóki jesteś ciepła

Z serii Zapisy znalezione

Wysiadłem z autobusu, na przystanku, sto metrów od domu. Przystanek zrujnowany, ulica zrujnowana, w remoncie. W przeróbce. Będzie inna. Idę wzdłuż wykopów, samochody na wąskiej i pokiereszowanej nawierzchni mijają mnie o centymetry. Między pachołkami i pionowymi tablicami pomalowanymi w skośne biało-czerwone pasy dostrzegam białą, lśniącą kartkę. Dziwne, że nie jest pomięta. Podnoszę i czytam, nie przestając dreptać; w kurzu, między pęknięciami i i kupkami żwiru.

 

Dotykam cię, żeby się upewnić. Skóra jest ciepła. Jeszcze. Dopóki twoja skora jest ciepła, przeciągnę po niej dłonią, też przytulę się. Dopóki jest ciepła. Niewiele rzeczy jest pewnych, w sumie prawie nic nie jest pewne. Z wyjątkiem tego, że kiedyś twoja skóra przestanie być ciepła. Sprawdzam jeszcze raz. Ten moment nie nadszedł. Jest też pewne, że kiedyś ja nie będę mógł sprawdzić ciepła twojej skóry. Z kolei rzecz dość niepewna: który moment nadejdzie pierwszy. Czy ten, że twoja skóra przestanie być ciepła, czy to, że ja nie będę mógł jej sprawdzić. 

Chociaż, statystycznie, mężczyźni przestają być ciepli wcześniej. Tak więc bardziej możliwe, że nigdy nie poczuję twojej zimnej skóry. Więc spoko, nie ma co się martwić i ciągle sprawdzać. A nawet, podczas sprawdzania, się przejmować, że może temperatura spada. Skoro sprawdzam, cz nawet tylko mam ochotę sprawdzić, oznacza to, że wszystko jest w porządku. Nie rozczaruję się, ani nie pomyślę, co zrobić, gdy człowiek, blisko, stygnie.

Zadziwiająca elastyczność skóry, w której płynie krew. Znaczy to, że odbywają się te wszystkie procesy, które mają się odbywać, w dodatku w odpowiedniej kolejności, nasileniu, no tak, jak zwykle. Jak zwykle… Ja wiem, że skóra po czterdziestu latach nie jest taka, jak po dwudziestu, ale to szczegół. To nie to, co plamy opadowe. Sprawdziłbym jeszcze teraz twoją skórę, ale już śpisz. Najlżejszy dotyk cię obudzi, wiem. Ucieszyłbym się z ciepła twojej skóry, z dotyku, z tego, że na chwilę otworzyłabyś oczy, i mruknęła z lekkim wzburzeniem: co się dzieje? Trudno, odmówię sobie tej radości.

Właśnie! Muzeum we Lwowie, dwadzieścia jeden lat temu. Muzeum archeologiczne, czy jakieś podobne. W jednej z gablot, długich, szklanych, ustawionych na posadzce, dwa szkielety. Blisko siebie. Coś tam było pomieszane czy przekręcone… Wiem! Jeden z nich, ten większy, przełożył rękę pod szyją, pod kręgosłupem drugiego i zawinął z drugiej strony. Myślałem długo, że ktoś, grabarz, tę rękę przełożył. Czy może oni tak, razem? Czy to możliwe? Znów niepewna rzecz, niewyjaśniona. Mimo, że obojgu zdarzyło się ostatecznie to, co akurat jest pewne. Ale pomyśleć, że mogliby stygnąć razem, to wtedy żadne z nich nie zauważyłoby stygnięcia! I to jest jakieś wyjście, tyle, że nieprawdopodobne, albo bezpodstawne, albo niemoralne, niestety.

Umięśniony mięśniak

Umięśniony mięśniak zaczął mnie obserwować na Instagramie. Nie wiedziałem, że jest umięśniony, dopóki nie wszedłem na jego profil. Na każdym zdjęciu – on, co najmniej bez koszulki, żeby było widać bicepsy i rzeźbiony brzuch. Są też filmiki – o tym, jak np. chodzi poziomo, w powietrzu, trzymając się rękami cienkiej rurki. Szacun! Wyświetlone prawie trzy tysiące razy!

Co więc spodobało mu się w moich zdjęciach? Nie ma na nich nikogo umięśnionego, to głównie ludzie na ulicy, babcie, dziadkowie, ale też w średnim wieku kobiety, mężczyźni, nie unikam nastoletnich dziewczyn. Zwykle są zagubieni, zamyśleni spieszący gdzieś, albo nigdzie się nie spieszący, no wiecie, jak na ulicy. Ale nie widać bicepsów ani umięśnionych brzuchów, bo po ulicy nie chodzą ludzie bez koszulek. Co przyciągnęło mięśniaka do moich zdjęć? On zajmuje się fitnesem i układaniem diet, ale może wewnątrz tęskni do zwykłych, codziennych postaci? Fascynują go ludzie w tramwajach, autobusach, na przystankach, przy wystawach sklepów, na chodnikach? Czarno-białe zdjęcia. Mięśniak ma na profilu ponad jedenaście tysięcy obserwujących, sam zaś obserwuje zaledwie ośmiuset. Czyżbym był w tej niewielkiej grupie jego wybrańców? Czym zasłużyłem?

Tym bardziej dziwne, że mnie nie nachodzi wcale ochota obserwować mięśniaka. Taka to różnica w zainteresowaniach. Co prawda przez chwilę rozważałem, czy w ramach wdzięczności nie kliknąć jego przycisku „obserwuj”, ale jakoś nie mogę się przełamać. Wiem, że to nie do końca fair, bo wśród ludzi powinna działać zasada wzajemności. Myślałem, że może napiszę do niego i podziękuję za obserwowanie moich zdjęć, może przeproszę, że nie odwzajemniam. Nosiłem się z tym zamiarem dwa dni, zanim się wreszcie zdecydowałem. Kiedy otworzyłem zakładkę „obserwujący” i przewinąłem w dół okazało się, że nie mogę umięśnionego znaleźć. Może zapomniałem jego nick, albo coś dziwnego się stało. Szukam, szukam, i nie ma. Nie podziękuję więc. Szkoda…

Tąpnięcie musi być

Tąpnięcia. W pewnym domu zdarzają się co jakiś czas. Choć ta rodzina broni się przed nimi, a jednak prędzej czy później staje się jasne, że tąpnięcie jest nieuniknione. Tąpnięcie jest prowokowane i realizowane przez tzw. głowę rodziny. Szyja też prowokuje tąpnięcia, ale nie ma takiej ekspresji jak głowa, efekt jest słabszy. Wszyscy przeczuwają zbliżające się tąpnięcie, a jednak nikt nie jest w stanie podjąć kroków, by go uniknąć. Bo gdyby dzieci zabrały się do pracy, a rodzice dali radę bez emocji wyegzekwować konsekwencje, tąpnięcie byłoby niepotrzebne. Niestety, rodzicom szkoda i żal, dzieciom ciągle jest mało, wskutek czego tąpnięcie staje się jedynym wyjściem z impasu, przełamaniem zamkniętego kręgu, daje nadzieję na wolność. Do następnego tąpnięcia.

Zaczęło się od tego, że ojciec zarekwirował wszystkie komiksy. Dość bezmyślnego przebiegania wzrokiem przez dymki. Potem skonfiskował najlepsze, zabawne książeczki, czytane po dziesięć razy, jakby należały do biblii. Opustoszały z książek niektóre półki; dobry impuls, by zapełnić je czymś świeżym.

Tąpnęło też i z innego powodu. Oto w kącie pokoju dziecięcego śpi po raz pierwszy mały, młody kotek. Efekt dyskusji trwających od miesięcy, które znalazły swoją eskalację i emocjonujący finał właśnie dziś. Tak, do tego domu trafił kot, w wyniku składanych ze łzami i solennie przysiąg, że będzie się miał kto nim zajmować. Przysiąg nie składali rodzice. Kiedy się to stało, matka zaniemówiła, ojciec poszedł grać na pianinie, córka czerwieniała z radości i syn powtarzał, że jest oszołomiony i nie czuje nic.

Tak nastał wieczór, dzień niedzielny. Oczekujemy poniedziałku.

Fryzjerka

Poszedłem do fryzjerki. Tej, którą znałem trzydzieści lat. Ona jakoś zawsze miała czas. Nigdy nie rezerwowałem wizyty. Zanim doszedłem do drzwi jej salonu (przez całe życie mówiłem: zakładu fryzjerskiego) usłyszałem, że jej nie ma. I najprawdopodobniej nie będzie. I że mógłbym ją jeszcze zastać, zobaczyć, w szpitalu. Jeśli się pospieszę…

Młodsi mówią, że sama jest sobie winna. Lokomotywa. Starsi raczej milczą. No bo co powiedzieć…

————

Kobieta w średnim wieku wyszła ze szpitala. Zaczęła się zastanawiać, czy w miasteczku ktoś zauważył, że na ulicach nie było jej przez trzy tygodnie. I że teraz znów jest. Dziwna nadzieja, a kto miałby zauważyć i dlaczego. Na ulicy w miejscu jednego człowieka pojawia się inny, a nawet jak jest pusto, to i tak nie wygląda dziwnie. Czasem nawet, gdy idzie człowiek, to nie jest takie pewne, bo może i nikt go nie zauważy. Nie powie dzień dobry, co by znaczyło, że jednak istnieje, jeden i drugi, bo skoro ten mówi a tamten odpowiada, albo tylko słyszy i kiwnie głową… No nie wiesz, najzwyklej nie wiesz, jeśli ze szpitala kiedyś nie wyjdziesz, to czy ktoś w miasteczku sobie przypomni. Może jak zobaczy klepsydrę. Jak popatrzy. Bo niektórzy na klepsydry nie patrzą.