23:11

Wróciłem do domu. Ale wcześniej – szedłem ulicą, nad którą wisiały latarnie, ich czerwonawe światło mieszało się z bladoniebieskim, od księżyca. A jeszcze wcześniej, ten sam księżyc zaglądnął mi w twarz, poprzez uchylony wywietrznik, w dachu busa, którym jechałem. Zaglądnął na moment tylko, na jednym z zakrętów, przyświecił mi w oko, a ja byłem jak nietoperz, jeden z ośmiu nietoperzy, rozpinających górne kończyny w ciemności, między uchwytami, wewnątrz pojazdu. Reszta nietoperzy znalazła miejsce na siedzeniach, a co kilka minut – jeden, dwoje z nich, przeciskało się do wyjścia, przekładając zwinięte skrzydła wzdłuż umieszczonych pod sufitem rurek do trzymania się.

Z tłoku wypluła nas wreszcie maszyna, skulonych, na chodnik, gdzie rozwinęliśmy skrzydła, w czerwonym i bladoniebieskim świetle. I było tu tak dobrze, że moglibyśmy zostać, gdyby nie pchała nas jakaś siła, w przód, do tych lamp, czy do księżyca może.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *