Nie odbieram poczty…

Nie odbieram poczty – boję się, że będzie tam coś do zrobienia, do zdecydowania, do zastanowienia. Wiem, że czekają na mnie sprawy. Oddalam je od siebie, mam wrażenie, że im bardziej opóźnię zajęcie się nimi, tym więcej będę miał spokoju.

Dzisiaj – jeden z elementów mojego dnia to walka z muszkami. Siadają i lęgną się w kuchni na owocach, których mamy dużo – głównie czarne porzeczki, ale też i maliny, agrest, poziomki. Ioany nie było w domu – pracowała dziś 11 godzin. Ja natomiast od wczoraj zmagam się z jakimiś koszmarami. Pogmatwane sny w nocy, w dzień – fale zmęczenia, przeplatane napadami wściekłości, uczucie odrętwienia, trudność w zatrzymaniu się w jednym miejscu, w "nierobieniu niczego". To objawy "odwyku" – od szaleńczego tempa codziennej pracy, jakie sobie narzucam. To znam, objawów się już nie boję. Po prostu – trzeba przetrzymać, przetrwać. Wstręt do wszelkich obowiązków jest nawet pożyteczny, o ile można sobie na niego pozwolić. A ja… czy mogę?

Lekka dezorientacja w domu. Kapcie córki pozostawione w jednym kącie, spodnie – w innym. Co i w jakiej kolejności – mycie, ubieranie, śniadanie. Kiedy nie robi się tego na codzień, to nie jest łatwo. Ja mam szczęście – większość piątku spędziłem z Sarą, większość soboty. Tak więc dziś, w niedzielę, rozumiemy się całkiem dobrze. Nabieramy tempa przy zmianie pampersa, nakładaniu spodni. Sara chętnie je śniadanie.

Po południu – idziemy na spacer. Zabieram rower, jedzie ze mną na dołączonym foteliku. "Tato, nie tak szybko" – dziś jest wiatr, który rozwiewa jej włosy.


Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *