Droga do lata

Od bramy prowadzi droga wzdłuż ściany domu. Za rogiem otwiera się podwórko i zaraz po lewej stronie stoi jaśmin z białymi kwiatami. Zapach jaśminu sięga do bramy i jeszcze dalej, prowadzi przechodnia jak promień radiolatarni sprowadza samoloty na lotnisko. Zresztą może to zapach innego jaśminu, bo od strony sąsiada, za bramą, pochyla się drugi. Tak naprawdę kiedyś było ich trzy. I jest ten trzeci! Po drugiej stronie podwórka, od północnej strony, przy samej ścianie garażu kolejnego sąsiada, jego gałązki odpychają się od tynku i zwracają w stronę podwórka.

Od zawsze – po zapachu poznawaliśmy, że będą wakacje. A z nimi – nieznane, dalekie wędrówki. Podróże całonocne samochodem, albo przynajmniej pociągiem. Świt pędzący, w stukocie kół, na równinach za Poznaniem, zasłoniętych kurtynami mgły.

My, dzieci, czekaliśmy na wakacje. Czekaliśmy – na co? Czy ciągle jeszcze czekamy, my, dorośli? Może czekamy ostrożniej, z przyciszoną nadzieją, rejestrując i odkładając w pamięci cokolwiek się stanie. A że stanie się coś innego i gdzie indziej, niż co dzień, to zdaje się wystarczającą nagrodą…

Czy naprawdę robimy to, musimy robić to, czego nie chcemy? Czy wiemy, czego byśmy chcieli, czy już tak wrośliśmy w obowiązki, że wydają się nasze, jedyne… Cóż dopiero zerwać się nagle a beztrosko – do wymarzonego i już zapomnianego dzieła…

Na uboczu

Jak różne światy mogą istnieć niedaleko od siebie…

Dwa dni, spędzone tam, gdzie kończy się droga, w Beskidzie Wyspowym, gdzie urodził się i dorastał młody chłopak. Był najmłodszy w wielodzietnej rodzinie i rodzice wiązali z nim nadzieje, że pozostanie na gospodarce. Nie został. Przeszedł do innego świata, który dla jego rodziców był niedostępny. Dlaczego niedostępny? Może dlatego, że nie chcieli, nie wyobrażali sobie, że mogą do innego przejść. Może dlatego, że w swoim życiu i tak wyszli już z jednego świata, choćby wtedy, kiedy uczyli się czytać, jako dorośli, a za elementarz posłużyła im księga, którą pokochali – Pismo Święte.

Młody chłopak nie został na gospodarce, a gospodarki dzisiaj nie ma. Tam, w górze, pozostała wegetacja w czymś, co dziś można określić, bez większego błędu, słowem skansen . Życie z rolnictwa, o ile ma być życiem określanym przez ludzi jako godne, wygląda dziś zupełnie inaczej. Zresztą w tej wsi życie zawsze ocierało się o wegetację, było to zmaganie z siłami natury, kamienistą ziemią, nachylonymi ostro stokami pól, brakiem zaopatrzenia, nawet zwykłego sklepu. Dziś sąsiedzi jeżdżą samochodami, lecz jeszcze dwadzieścia lat temu byli skazani na pieszą wędrówkę.

W chałupie niewiele się zmieniło. Tyle, że boazeria, którą wykonano trzydzieści lat temu, nie jest już atrakcyjna, podobnie jak wybudowany w pokoju gościnnym kominek. Nie ma już wychodka, ubikacji na zewnątrz, podobnie jak nie ma gnojowiska, nad którym stał wychodek. W pomieszczeniu obok, które było drewutnią, ustawiono muszlę klozetową, kabinę prysznica oraz zawieszono na drewnianej ścianie umywalkę. Ściany to grube bale z drzew, uszczelnione zwartą, krótko ciętą słomą. Nie tłumi ona dźwięków, z łatwością słuchać głośniejszą rozmowę po drugiej stronie.

Nad wejściem, nad drzwiami z szybą, namalowano białą farbą numer domu: 302. Ten numer wpisywał potem młody chłopak na pocztówkach, gdy już przestał być bardzo młody i się ożenił, i zamieszkał w innym domu, sto kilometrów stąd. Kartki przychodziły właśnie tu, do matki, gdy ojciec już nie żył. Chłopak przyjeżdżał ją odwiedzać, pisał do niej listy, potem przyjeżdżał z rodziną, gdy urodził mu się syn, i drugi. Zostawiali samochód o dwie góry stąd i szli pół godziny, czterdzieści minut.

Matka nie chciała stąd odchodzić. W końcu tu umarła. Stąd wyruszył pogrzeb, w strugach deszczu, z trumną na wozie, które ciągnęły dwa konie pożyczone od sąsiada. Na stromiźnie, gdzie oślizła gleba, przytrzymano wóz, tam droga schodziła ostro w dół, w stronę lasu, do potoku. Cmentarz jest kilka kilometrów dalej, gdy droga wywinie się w końcu spomiędzy domostw, dotrze do rzeki i przekroczy ją długim mostem. Cmentarz kiedyś patrzył z góry na krajową szosę, ale od kiedy wybudowano autostradę, i on jest na uboczu.

Pcim, pejzaż, fot. Piotr Kubic

Samotny pan na rowerze

Krakowskie ulice. O godzinie 22:17 tak ciepłe, że nawet zmarzluchy, takie jak ten pan na rowerze, mogą dziś czuć się dobrze w koszulkach z krótkimi rękawami i krótkich spodniach. Skąd wiem, że ten pan to zmarzluch? Znam go nieźle. Wiem na na przykład, skąd właśnie wyjechał i dokąd zmierza. Z dużym prawdopodobieństwem mogę nawet określić, co będzie robił później, kiedy odstawi rower i wejdzie do swojego pokoju.

Domyślam się też, o czym teraz myśli. Otóż wyobraża sobie, jak te same krakowskie ulice odczuwa się o godzinie 22:17 ale 11 stycznia. Czy w styczniu jeździ on na rowerze? Tak, zdarza mu się. Zdarzało mu się jeździć o godzinie 22:17 w styczniu. Teraz czuje, jak dwudziestostopniowe powietrze owiewa go, ale on, dla kontrastu, przywołuje z pamięci dwunastostopniowy mróz i siebie na rowerze, w nim. Dlaczego to robi? Zdaje się, że należy do gatunku przekornych. Bardzo możliwe, a nawet jest pewne, że właśnie w styczniu, sunąc po zaśnieżonym bruku i opanowując uślizgi opon, myślał o lecie i o sobie, jak w krótkich spodenkach przemierza nocną atmosferę Krakowa.

Zostawmy go już, niech spokojnie odjedzie. Przecież i tak wiemy, co zrobi za chwilę, ale nie będziemy tego opisywać. Bo on, zsiadłszy z roweru i wszedłszy do swojego pokoju, mógłby zasiąść do komputera, znaleźć tego bloga i przeczytać. A wtedy, najprawdopodobniej, zrobiłby na przekór. Nawet jeśli miało by mu to nie wyjść na zdrowie.

Życie bez dziecka

– Czy życie z dzieckiem jest inne, niż życie bez dziecka?
– A czy życie z dwójką dzieci jest inne, niż z jednym?

Mieszkanie wypełnia atmosfera ciszy. Wieczorem nie było kłótni „kto pierwszy do łazienki”, nie było sprzeczek w dziecięcym pokoju. Nikt nie gonił nikogo przez przedpokój. Ojciec nie musiał opanowywać nerwów, mógł odpocząć po dniu pracy. Matka zajęła się tym, czym rzadko się zajmowała, choć zawsze chciała.

Stołu w kuchni nikt nie spieszy się sprzątać. Naczynia czekają w kolejce na zmycie. Wieczorem nie czyta się do snu, a w nocy nie przykrywa małych śpiących. Rano nie trzeba przygotowywać ubrań.

Brak bezustannych pytań, na które należało szybko odnajdywać odpowiedzi. Nie ma tego oporu, sprzeciwu, którego ciągle dostarczają dzieci, z którym każdy rodzic przyzwyczaja się żyć i jakoś sobie radzić. Nie trzeba nikogo przekonywać, przełamywać jego niechęci, ani tłumaczyć spraw oczywistych.

Dzieci, choć mają dopiero dziewięć i sześć lat, wyjechały na tydzień z domu. Ustalony od kilku lat harmonogram dnia, wypracowane mechanizmy, pożyteczne przyzwyczajenia, nawet odruchy, pracowicie wyuczone po to, by codziennie funkcjonować, przestały być potrzebne. Teraz trafiają w pustkę, jak ten półprzytomny, nocny spacer do dziecięcych łóżek, by przykryć malców i przymknąć okno.

Tort, urodziny dzieci, fot. Piotr Kubic

Pisać tak, jak grać

Dziesięcioletni dzieciak siada przy pianinie i zaczyna grać. Dziś mu nawet wychodzi. Nie ma przed sobą nut, nie gra nawet z pamięci. Sam jeszcze nie wie, jakie klawisze naciśnie za chwilę. Lecz gra.

Kiedy próbował grać przed miesiącem, zabrzmiało kilka akordów, posnuła się melodia, lecz nagle chłopak uderzył dłonią w białe i czarne klawisze, i wstał szybko, zostawiając w pokoju samotny instrument. Teraz melodia nie kończy się, choć przemijają kolejne motywy, rozwijane i zanikające.

Chłopak nie wie, dlaczego ciągle gra akurat dzisiaj. Przed godziną wrócił z wakacyjnej wyprawy, długo siedział na tylnym siedzeniu rodzinnego samochodu, wpatrzony w krajobraz, znudzony w końcu. A jeszcze wczoraj patrzył przez okno małego drewnianego domu w lesie, w którym nigdy przedtem nie był. Przez piaszczysty las chodził codziennie do krótkich wydm, gdzie zaczynał słyszeć szum, zanim jeszcze pojawiły się fale.

Którejś nocy lekki domek domek trząsł się pod uderzeniami burzy, jak zły sen, bo rankiem ledwo pozostały szybko znikające kałuże, w ciepłych promieniach słońca. Powstało na długo wcześniej, zanim mały wyglądnął znów przez okno.

Plażowy latawiec wspiął się wysoko, nie do wiary, jak wysoko może wznieść się zwykły latawiec, trzymany na żyłce tak długiej, że szybko znika z oczu. Czy rzeczywiście jego dłoń i latawiec, taki niewielki, tam wysoko, mają coś ze sobą wspólnego, wspólny los połączony przezroczystą żyłką.

Na kempingu, w sąsiednim domku, był kolega. Grali razem w piłkę, między wysokimi sosnami była rozwieszona siatka. Butami, żłobiąc rowki w ściółce, wyznaczali sobie plac gry. Kolega wyjechał pierwszy, z rodzicami, tak jak wszystkie dzieci, które przyjechały tu na wczasy. 

Teraz, kiedy gra na pianinie, nie wie, dlaczego układają mu się melodie, i choć jedne się kończą, to ciągle zaczynają nowe. I ma wrażenie, że mógłby tak grać bez końca, ale i tego nie wie, że to tylko wrażenie. I oczywiście nie sądzi, że może być to jakaś sonata, koncert (na pianino), suita, czy choćby miniatura albo etiuda, bo nie za bardzo ma pojęcie, co to sonata i czym się różni od etiudy.

Po trzydziestu latach znów siada do pianina i znów zaczyna grać. I jeśli motywy pojawią się znów, tak po prostu, to on wie, dlaczego. Po trzydziestu latach, na klawiaturze, przywołuje latawca na przezroczystej żyłce, zapach igliwia leśnego boiska, szum fal, który rozbrzmiewa od krótkich wydm. I codzienny spacer przez piaszczysty las. Że to wciąż żyje, że wprawia w ruch palce, o tym nawet boi się pomyśleć. Bo tak na zdrowy rozum, to wydaje się niemożliwe.

Dezeta

Przepraszam, że nie odbieram telefonów. Ale będąc w takim miejscu nie zwracam zbytniej uwagi na komórkę; myślę, że mogę zostać usprawiedliwiony.

 

Tytułowa Dezeta to dwumasztowy jacht mieczowy, o ożaglowaniu kecza gaflowego.

Informatyk na wakacjach

Jestem na zgrupowaniu chóru, w niewielkiej miejscowości podgórskiej. Pensjonat bardzo przytulny, oprócz pokoi gościnnych są sale konferencyjne, sauna, boisko, plac zabaw, drewniana chatka z kominkiem i plaża nad rzeczką. Ponieważ jednak sporo osób wyrwało się prawie na siłę ze swojej zawodowej codzienności, co chwila ktoś potrzebuje dostępu do internetu.

A internet tu kapryśny jest jakiś. Pierwszego dnia cieszyliśmy się nim, drugiego był tylko rano, po czym przestał być. Dyżurny informatyk powinien być na telefon, lecz czy to z powodu wakacji, czy natłoku innych zleceń, wszystko jedno, dość, że w ciągu tych kilku minut, na które tu wpadł, nie skłonił internetu do pozostania. A nikt z nas nie skłonił do pozostania informatyka (dyżurnego, na telefon).

W następne więc kolejności my, goście, skłoniliśmy właściciela placówki, do wydania nam klucza od drzwi serwerowni. Towarzyszył mi Rysiek z Poznania, informatyk, jak szybko się zorientowałem po jego sposobie mówienia oraz niegasnącej chęci załatwienia sprawy raz a definitywnie.

Dostaliśmy się do szafy, szumiącej wentylatorami, jak to w przyzwoitej serwerowni bywa. Lecz odkryliśmy tam całkiem nieprzyzwoity kłąb drucików, połączonych sposobami jeszcze mniej przyzwoitymi (nie odpowiadam za wasze skojarzenia). Postanowiliśmy nie patrzeć na nieprzyzwoitości i działać w szlachetności serca. Jak? Omijając część urządzeń, łącząc wszystko jednym kablem tak, by strumień bitów pomknął prosto do naszych pokojów. Zastanawialiśmy się, co na to powie właściciel, a tym bardziej dyżurny, lecz ciągle nieobecny informatyk, który przecież prędzej czy później trafi na nasze dzieło. „Raz kozicy śmierć” powiedzieliśmy sobie, „kozicy”, bo jesteśmy prawie w górach.

– Wiesz, dlaczego tak mało jest dobrych informatyków? – zapytał mnie przy robocie Rysiek. Patrzył na mnie z wysoka, bo jest wysoki.
– Oczywiście, że nie – odparłem i popatrzyłem na niego, zadzierając głowę.
– Bo dobry informatyk wiesza się razem z programem.

Jak na razie internet działa, a my cieszymy się życiem. Ale i tak wcale nie uważamy się za dobrych informatyków.

Zamek w Ogrodzieńcu

Byliśmy na zamku, który miał swoją świetność jakieś pięćset lat temu.

Ogrodzieniec i dzieci

– Tato, co się tak przyglądasz?
– Próbuję sobie wyobrazić, jak tutaj ludzie mieszkali. Jak wyglądali przez te okna, których już nie ma, albo stawiali kamień po kamieniu, przekładane gdzieniegdzie cegłami, na wysokości trzydziestu metrów, na skale…

Słowa, które wypowiadali, zostały zamknięte w tych kamieniach. Odgłosy zabaw, walki, jęki skazańców, są tutaj. Może i dobrze, że nie jestem w stanie ich usłyszeć.

Ogrodzieniec i dzieci (2)

Chodzić wolniej

Słońce rozlewa się w końcu po ulicach, chodnikach, trawnikach, parkingach Krakowa. Po Wiśle też, jej przystaniach, wałach rzecznych. Pod Wawelem, gdzie na skarpie studentki ściągnęły bluzki i leżą. Na brzuchu, na plecach, potem znowu na brzuchu, a czasem któraś podniesie i głowę i rozgląda się, po czym znowu leży. Towarzyszą im, zdaje się, nieliczni studenci, zresztą w tym ostrym słońcu trudno dostrzec.

Ludzie chodzą wolniej niż przedwczoraj, kiedy było zimno i mżył deszcz: skoro świeci, to nie ma się do czego spieszyć. Nic nie ucieknie, a co miało uciec, już uciekło. Zresztą to nieprawdopodobne, aby cokolwiek mogło uciec w przyrodzie. Wszystko wraca do tego samego punktu, z którego wyszło, więc ze zdumieniem można odkryć, że nie spiesząc się do niczego, i spóźniając się prawie na wszystko, zdąża się właściwie na czas.

Tak więc czarno na białym wychodzi, że innowacje służące przyspieszeniu, ułatwieniu, okazują się w końcu nic nie warte. Jedyne, co ma sens, to chodzić wolniej, gdy pali słońce, zresztą to się samo narzuca. Podobnie jak chodzenie szybciej pozwala rozgrzać się w pochmurny, wietrzny dzień. I to wszystko.

Tato myślał

Tata miał spać w domu. Rodzina miała korzystać z ładnej pogody i pójść do parku – na rolki oraz rower. Tata jednak zebrał się w sobie, i pojechał z rodziną. Pomyślał, że może zdrzemnie się chwilę w samochodzie. Ale i to w końcu wydało się niezbyt mądrym pomysłem. Mądrym niemądrym – mało praktycznym. W sumie – nie do zrealizowania.

Tato, chodź