Chodzić wolniej

Słońce rozlewa się w końcu po ulicach, chodnikach, trawnikach, parkingach Krakowa. Po Wiśle też, jej przystaniach, wałach rzecznych. Pod Wawelem, gdzie na skarpie studentki ściągnęły bluzki i leżą. Na brzuchu, na plecach, potem znowu na brzuchu, a czasem któraś podniesie i głowę i rozgląda się, po czym znowu leży. Towarzyszą im, zdaje się, nieliczni studenci, zresztą w tym ostrym słońcu trudno dostrzec.

Ludzie chodzą wolniej niż przedwczoraj, kiedy było zimno i mżył deszcz: skoro świeci, to nie ma się do czego spieszyć. Nic nie ucieknie, a co miało uciec, już uciekło. Zresztą to nieprawdopodobne, aby cokolwiek mogło uciec w przyrodzie. Wszystko wraca do tego samego punktu, z którego wyszło, więc ze zdumieniem można odkryć, że nie spiesząc się do niczego, i spóźniając się prawie na wszystko, zdąża się właściwie na czas.

Tak więc czarno na białym wychodzi, że innowacje służące przyspieszeniu, ułatwieniu, okazują się w końcu nic nie warte. Jedyne, co ma sens, to chodzić wolniej, gdy pali słońce, zresztą to się samo narzuca. Podobnie jak chodzenie szybciej pozwala rozgrzać się w pochmurny, wietrzny dzień. I to wszystko.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *