Janek kończy pracę o wpół do trzeciej

Janek kończy pracę na dziś. Robił to, co lubi, w większości, ale myślał jednocześnie, że mógłby robić coś ambitniejszego. Coś, co wymagałoby jego głębszej refleksji, uruchomienia delikatnych pokładów wrażliwości, wkroczenia na tereny, których jeszcze nie zna, ale których istnienie przeczuwa. Chciałby pracować nad czymś, co dosięgnie go bólem niezrozumienia, zmusi do pokory, ruszenia do przodu. Zmusi do opanowania paniki i rozpaczy, pojawiającej się w chwilach dezorientacji, samotności, bezradności. Ale te chwile, o ile zdobyłby się na pokorę, zawalczyłby o spokój, opanował roztrzęsienie i wychłodził wściekłe emocje, to te chwile przeniosłyby go do wieczności. Dotknąłby jej, odczuł może tylko przez chwilę, ale dla tej jednej i może małej chwili – warto. Opłaci się wdepnąć w chaos, zamęt, trwogę, nieporadność, przerażenie, by potem, nie do końca wiadomo kiedy, może już za godzinę, a może wieczorem, może następnego dnia, a może dopiero za tydzień, miesiąc, choćby nawet rok – odebrać, niechby na chwilę, niewątpliwe uczucie nieskończoności…

Teraz Janek pójdzie spać. Lecz zanim uśnie, albo żeby usnąć, włączy na swojej komórce film o tym, jak Hitler zaatakował Związek Radziecki. Nieprawdopodobne? Zaręczam, że tak będzie. Ale dlaczego, dlaczego? – zapytasz. Nie mam siły tego tłumaczyć, może nawet nie znam odpowiedzi. Może martwisz się, że Janek nie jest zdrowy na umyśle, że coś z nim jest nie tak, i nawet, jeśli tego teraz nie widać, to kiedyś Janek nie skończy dobrze. I tego nie wiem, nikt nie wie, sam Janek z pewnością.

Może najlepszą puentą będzie zdanie, że tak niewiele wiemy…

Sukces

Sukces dzieła – książki, fotografii, filmu jeszcze bardziej – bierze się nie tylko z merytorycznej części przedsięwzięcia – czyli tekstu, tematu, obrazu, następstw obrazów itd. Sukces wynika też z niezłomnej determinacji, by pokonać niezliczona ilość przeszkód, problemów, które nie mają nic wspólnego z merytoryczną częścią. Biurokracja, paragrafy, zależności znajomości zawiści. Złośliwość rzeczy martwych, która nie jest żadną złośliwością, tylko cechą świata wokół – aby powstało coś, co nie jest szybką kopią czegoś innego – trzeba samozaparcia, ogromu pracy, też śmiałości, męstwa, nieustraszoności, nierzadko heroizmu. W zmaganiu z czymś, co w sumie jest niczym, ale bez tego niczego – nie da się.

Potrzeba też pieniędzy. Nawet, jeśli się ich nie ma, trzeba nauczyć się je dobrze liczyć, pozyskiwać, zdobywać, targować. Nie lubię pieniędzy, zmuszam się, żeby o nich myśleć. A wtedy szybko tracę poczucie, że chcę. Próbuję więc polubić pieniądze. Próbuję się cieszyć, kiedy mam ich więcej, kiedy mogę sam sfinansować pomysły. Ale ta radość nie leży w mojej naturze.

Bać się pisania

Mam do napisania tekst. Na zamówienie.

Siadam. Coś idzie. Nie idzie. Próbuję, zmieniam. Piszę strumieniem, tak u mnie trzeba, napisać jak najwięcej, zanim włączy się mechanizm blokady.

Wstaję do szafki, tam na półce, z tyłu, jest napoczęta czarna czekolada. W połowie drogi zdaję sobie sprawę, że tę samą (prawię tę samą) myśl można zapisać na dziesiątki sposobów, na kilkunastu poziomach. Oblewa mnie chłód, zdaje się, przerażenie: to niemożliwe, żebym coś sensownego napisał. Choćby statystycznie rzecz biorąc – to niemożliwe… Jak wśród tej gmatwaniny znaleźć drogę, sklecić jedno z drugim, pomijając to, co do siebie nie pasuje…

Jedyne teraz wyjście, to zagryzając pośpiesznie czekoladę dopaść klawiatury i pisać dalej. Pisać, nie myśląc o niczym, o molochu języka, do którego nierozważnie ośmielam się zbliżyć. Który próbuję podkopać, bo wejść wejściem, nawet pobocznym, nie jestem godzien. Ja, myszka, szczur, kret, partyzant literatury, samozwaniec, uzurpator, ignorant, banita, wyrzutek. 

Podchodzę do giganta tyłem, bo jego widok, jego świadomość, obali mnie. Może mnie nie zauważy, jeszcze tym razem, dopóki nie czuję ne plecach jego cienia nie rzucam się do ucieczki.

Dzień zwykłego dłubania

Walka z komputerem, no kto ją doceni? Tak naprawdę: walka o komputer. Żeby działał. Z pięciu dysków, które są w środku, zniknęły dwa. Są, są w komputerze, ale on przestał je widzieć. Walka, niech zobaczy, bo te dyski są ważne, potrzebne, już na nich zapisano niezbędne dane, programy, pliki, zdjęcia, filmy, teksty. Niech zobaczy!

Albo ten dysk do kopii zapasowych. Każdy komputerowiec, każdy przy w miarę zdrowych zmysłach, każdy z odrobiną doświadczenia, już na pewno każdy, któremu kiedyś się zepsuł dysk, każdy z tych ludzi nie będzie spał spokojnie, jeśli przestanie działać dysk do kopii zapasowych. A mnie przestał. Konkretnie – działa, ale nie mogę się z nim skomunikować. Czyli? Dysk ma interfejs ethernet i podczas kopiowania danych przestał odpowiadać. Reset dysku, reset komputera, ale nic z tego. Może adres IP wyskoczył i trzeba spróbować DHCP? To wymyśliłem dopiero w busie, w drodze do domu. Spróbować mogę dopiero jutro, więc dziś spokojnie nie usnę. Bo jestem przy w miarę zdrowych zmysłach, z odrobiną doświadczenia, i mnie kiedyś też zepsuł się dysk. 

Ale ja nie mam naprawiać dysków, nie tego się ode mnie oczekuje. Mam produkować konkret, tu: montaże wideo. Mają być wyniki, czyli filmiki. Co kogoś obchodzi IP i DHCP? Nie obchodzi, nawet nie kiwnie z empatii głową, nawet bezczelnie powie: poradzisz sobie, choć sam nie ma pojęcia, o jaką radę, jakie poradzenie chodzi, bo nie jest w stanie wymyślić lepszego pocieszenia, bo to nie jest pocieszenie tylko zlewka. 

Może jutro rano przyjedzie jakiś nowy pomysł…

—–

następnego dnia w pracy

Jest! Dysk zapasowy jest dostępny! Dziękuję! (nie wiem komu, Panu B. nie śmiem dziękować, w końcu to tylko taka sobie ziemska sprawa…)

Przechodził przez cmentarz

Z cyklu Zapisy znalezione

Lato, wieczór, cmentarz. Był zawsze obok naszego domu i ogrodu. Za nim, w oddali, pagórki, ciągnące się długimi falami, po horyzont. Trzydzieści lat temu widok pagórków nieco przesłoniły nieduże bloki i kotłownia z wysokim kominem. Potem dobudowano garaże w polach. Zostały dwie przerwy, dwa „okna”, przez które widać dalekie pagórki. Jedno wychodzi na południowy zachód, drugie na północ, między wysokimi drzewami o cienkich pniach i rozłożystych koronach. A groby, te w nowej części cmentarza, lśnią polerowaną czernią.

Latem, wieczorem, jak dziś, pomarańcz koloruje obraz pagórków. Maluje też chmury od strony zachodniej, na pomarańczowo. Lekko pomarańczowe zdaje się nawet niebo, choć dziecko powiedziałoby, że jest niebieskie. Bezruch. Między płaszczyznami granitu, w oddali, przesuwają się postacie. Kobieta, starsza kobieta, młodsza kobieta z mężczyzną. Cmentarz dzieli dwie części miasteczka i ludzie czasem skracają drogę idąc od przystanku autobusowego w stronę bloków.

Skręciłem w prostopadłą alejkę, gdy zza załomu muru cmentarnego wyszedł wprost na mnie mężczyzna w średnim wieku. Wpierw wydał mi się młodszy, ale kiedy szedł tak w moją stronę (ale wcale nie do mnie), im bliżej był, tym starszy się okazywał, nie tracąc jednocześnie tego pierwszego, młodzieńczego wrażenia. Dogonił mnie i wtedy usłyszałem, że coś mówi. Myślałem, że do mnie i przyspieszyłem kroku, żeby nie stracić słów.

– Byłem dziś pierwszy dzień w pracy, po urlopie. Układałem sprawy, przypominałem sobie, co zostawiłem trzy tygodnie temu. Tylko dziś rozwiązałem problemy, z którymi zmagałem się całe tygodnie. Odpowiedź przyszła sama, nie wiadomo skąd.

„To chyba jednak nie do mnie” – pomyślałem, ale facet zdawał się nie zwracać na mnie uwagi. Nie przeszkadzało mu, że szedłem obok niego.

– Jak zatrzymać ten stan? Jak nie zamknąć się w tunelu? Jak się nie stłamsić, nie zacząć dusić, dławić, jak siebie nie miażdżyć? Jak się bronić, jak dystansować, czy omijać, unikać, czy pracować mimochodem, czy udawać, czy tłumaczyć, nic nie mówić, być prostacki, współczujący? 

Tu popatrzył na mnie nagle, a właśnie patrzyłem na niego i nie miałem szansy się wycofać, udać, że wcale go nie słucham i tylko przez przypadek tak idę obok. Nie znieruchomiał, nie zatrzymał się, desperacko próbowałem odczytać, z jakim na mnie patrzy zamiarem. Popatrzyłem mu w twarz, czoło, usta, na końcu w oczy, zaniepokojony, co w nich zobaczę. Ale ust nie zacisnął, czoła nie zmarszczył. Patrzył na mnie spokojnie i z wyczekiwaniem, jak na przyjaciela, czekając odpowiedzi, dobrej rady. Co miałem powiedzieć? Podciągnąłem ramiona do góry, podniosłem, otworzyłem dłonie i zatrzymałem się w tym geście, bo zrozumiałem, że naprawdę nie wiem. I choć ten wzrok sprawił, że chciałem mu pomóc, to przecież nie mogłem udawać, że wiem. Zaufał mi, a ja, zobowiązany, szczerze i uczciwie nie mogłem go zbyć byle odpowiedzią.

Zrobiliśmy kilka kroków, po których on znów popatrzył w asfalt, kilka metrów przed siebie, i tak poszedł. Ja stanąłem. Szedł w tę przerwę południowo–zachodnią, przez co jego sylwetka rytmicznie oddalała się na tle coraz bardziej pomarańczowych i coraz ciemniejszych pagórków.

Zdolności i efekty

Nie wystarczą same zdolności, potrzeba jeszcze siły, która je uruchomi i pędzie je popędzać, gnać, ciągnąć, drążyć, doprowadzi człowieka do pasji, nie w znaczeniu „zainteresowania”, ale czegoś w rodzaju „szewskiej pasji” – nie dającej się pohamować chęci robienia czegoś, co jest związane ze tymi zdolnościami. 

Może to być potrzeba osiągania konkretnych, wymiernych wyników – np. w sporcie będzie to czas maratonu, wysokość poprzeczki, ciężar wypchniętej sztangi, liczba strzelonych goli, liczba zdobytych medali. Może to być potrzeba pokazania się, sławy – np. w zajęciach artystycznych. Może to być potrzeba osobistego zmagania się z czymś, bez domieszki sławy czy wymiernego wyniku. Ale bez tego „hopla” najbardziej zdolny człowiek nie wykrzesa z siebie niczego.

Możliwe są różne kombinacje. Np. człowiek ma ogromne zdolności matematyczne, ale przyjemność sprawia mu kopanie piłki. Robi to w każdej wolnej chwili, ogląda mecze, czyta książki instruktażowe. Dobrym piłkarzem nie będzie nigdy, bo np. ma słabe serce, albo niekorzystne ukształtowanie stóp. Mimo to cały jego wysiłek zużywa na grę w piłkę, a matematyką zajmuje się na tyle, na ile wymaga jego proste, codzienne życie. Co z tego, że stojąc w kolejce do kasy potrafi obliczyć kwotę szybciej, niż kasjerka na komputerze? To akurat go wcale nie cieszy.

Zdolności i pasja to tylko dwa elementy, a na drodze do sukcesu jest ich jeszcze wiele. Ktoś świetnie gra na fortepianie, ale ma poważne trudności zagrać przed publicznością. Jeśli ich nie przełamie, jego gra jest dla otoczenia stracona, a i on sam niewiele z nią pocznie.

W wielu zawodach bardzo ważne jest przekonanie ludzi do siebie. W innych – konieczność spędzania wielu godzin przy biurku, a ktoś zdolny np. do programowania, grafiki komputerowej lub pisania tekstów jest jednocześnie kinestetykiem, i dłużej jak pół godziny nie wysiedzi. I żegnaj kariero.

Teatr zza kulis

Krótki film (niecałe dwie minuty) o pracy garderobianej w Teatrze Bagatela, moja realizacja.

Proza, pytania i kiepskie odpowiedzi, gdybanie

Reorganizuję mój blog fotograficzny. Piszę „fotograficzny”, ale jest w nim również dużo tekstów. Potrzebę reorganizacji widziałem od dawna, ale dopiero ostatnie dni, w których musiałem zwolnić tempo życia, bo dopadło mnie jakieś osłabienie, dały okazję do zajęcia się blogiem. Jednocześnie doświadczyłem jakiegoś olśnienia, które bez dywagacji rzuciło mnie w wir przemian.

Ponieważ blog zawiera ponad trzysta wpisów i tysiąc zdjęć, jest co reorganizować. Pojawiły się oczywiście po raz kolejny pytania o jego kształt, funkcję, potrzebę, wyraz. Nie umiem, nie mogę na razie zrezygnować z części działów, by zyskały na tym pozostałe – głównie fotografia. Jedyne wyjście, jakie mi przychodzi do głowy, to spróbować przedstawić zawartość blogu tak, aby ktokolwiek mógł znaleźć coś dla siebie. Jest miszmasz, za dużo różności, zbyt rozstrzelone. Poza tym podkusiło mnie, żeby stworzyć jeszcze jedną szufladę: Lapidarne. To krótkie notatki, obserwacje, szkice, czasem jakieś wnioski wypływające z codzienności. Dział powstał z fascynacji „Lapidariów” Ryszarda Kapuścińskiego. Nie chodzi o to, żeby naśladować, kopiować, chodzi o tworzenia nawyku zapisywania myśli.

W kwestii technicznej – kupiłem kolejne dyski, na których będę przechowywał fotografie. Patrzę na półkę – jeszcze dziś leżą tam dwa segregatory, po 200 płyt DVD każdy. To stare archiwum, przegrane już w całości na dyski. Lecz zdjęć przybywa, potrzeba nowych nośników. Na noc włączyłem kopiowanie plików, proces skończy się rano. Podczas jutrzejszej nocy kopiować się będzie kolejna partia archiwum. Trzeba zmienić układ plików na dyskach, inaczej je podzielić. Chwila nieuwagi, nieprzemyślana decyzja i mogę stracić efekty ponad dziesięcioletniej pracy.

Są jeszcze tacy, którzy płacą

– Nie zatrudnimy pana na umowę o pracę. Zatrudnimy na umowę zlecenie.
– Przecież nie tak wcześniej rozmawialiśmy.
– Możemy zatrudnić na umowę zlecenie.
– Coś się zmieniło?
– Takie mamy warunki.

Po jednym dniu oraz telefonie ważnej osoby.

– Dobrze, zatrudnimy na umowę o pracę. Ale wypłata będzie po miesiącu.
– To znaczy?
– Wypłata za miesiąc wrzesień będzie w listopadzie.
– Nie zgadzam się na to.
– Nikt nie jest niezastąpiony.
– Nie twierdzę, że jestem niezastąpiony, ale jak mam przeżyć cały miesiąc?
– Nie martwcie się, będzie dobrze.
– Ale jak będzie dobrze?
– …(klepanie po plecach).

Dlatego chciałbym napisać o czymś pozytywnym. O Fabryce Tłumaczeń z Wrocławia. Moja dziewczyna siedzi teraz przy komputerze i tłumaczy tekst z polskiego na rumuński dla tego biura. W pewnym momencie podnosi głowę i mówi: z nimi nigdy nie miałam problemów. Zawsze płacą na czas, na początku każdego miesiąca sami regulują wszystkie należności. Żadnych przypomnień, upomnień, proszenia się.

Po tym, co od niej nierzadko słyszałem, tym razem serce mi rośnie. Dedykuję ten przykład wszystkim, którzy pracują dwa razy. Pierwszy raz, gdy wykonują zlecenie, a potem drugi, czasem pochłaniający więcej sił niż praca właściwa – gdy próbują się doczekać wynagrodzenia.