Ku pokrzepieniu serc

Wszystkie myśli dnia umierają wieczorem, wszystkie te myśli, które ożywiały marzenia o kolejnym opowiadaniu, felietonie, tekście jakimkolwiek. Marzenia o skleceniu prozy, co na pierwszy i drugi rzut oka nie będzie „ku pokrzepieniu serc”, ale pokrzepi, choć nie wprost, ale niezauważalnie.

W sumie pokrzepienie ma sens, tylko pokrzepienie. Pokrzepiony może zająć się czymkolwiek, np. graniem na tablecie, trenowaniem piłki nożnej, spacerowaniem, czytaniem Bruno Shultza, badaniem wysokoenergetycznych neutrin, omiataniem szkieletu nad Morzem Martwym, kontemplowaniem symfonii Mykietyna, planowaniem strategii finansowej. No czymkolwiek czymkolwiek. Warunkiem brzegowym działań człowieka jest pokrzepienie. Pokrzepiony może i nie wiedzieć, że jest pokrzepiony, z kolei niepokrzepiony odczuwa wyraźny brak czegoś, nawet jeśli nie zdaje sobie sprawy, że chodzi o pokrzepienie.

Ciekawe, że ludzie oczekujący na pokrzepienie przejawiają często zadziwiającą wrażliwość na wszystko. Tak, jakby spodziewali się pokrzepienia (nawet nie nazywając go tak) w każdej chwili, bo potrzebują go po prostu. Czepiają się zdarzeń, ludzi, zbiegów okoliczności, przypadków, zmiany pogody, znalezionej monety na ulicy, przypadkowego, przelotnego uśmiechu, wiążą z nim nadzieje, że to ono, że już.

Fryzjerka

Poszedłem do fryzjerki. Tej, którą znałem trzydzieści lat. Ona jakoś zawsze miała czas. Nigdy nie rezerwowałem wizyty. Zanim doszedłem do drzwi jej salonu (przez całe życie mówiłem: zakładu fryzjerskiego) usłyszałem, że jej nie ma. I najprawdopodobniej nie będzie. I że mógłbym ją jeszcze zastać, zobaczyć, w szpitalu. Jeśli się pospieszę…

Młodsi mówią, że sama jest sobie winna. Lokomotywa. Starsi raczej milczą. No bo co powiedzieć…

————

Kobieta w średnim wieku wyszła ze szpitala. Zaczęła się zastanawiać, czy w miasteczku ktoś zauważył, że na ulicach nie było jej przez trzy tygodnie. I że teraz znów jest. Dziwna nadzieja, a kto miałby zauważyć i dlaczego. Na ulicy w miejscu jednego człowieka pojawia się inny, a nawet jak jest pusto, to i tak nie wygląda dziwnie. Czasem nawet, gdy idzie człowiek, to nie jest takie pewne, bo może i nikt go nie zauważy. Nie powie dzień dobry, co by znaczyło, że jednak istnieje, jeden i drugi, bo skoro ten mówi a tamten odpowiada, albo tylko słyszy i kiwnie głową… No nie wiesz, najzwyklej nie wiesz, jeśli ze szpitala kiedyś nie wyjdziesz, to czy ktoś w miasteczku sobie przypomni. Może jak zobaczy klepsydrę. Jak popatrzy. Bo niektórzy na klepsydry nie patrzą.

Kilka momentów triumfu

Jedną z najtrudniejszych rzeczy dla muzyka jest to, że musi słuchać swojego grania. Najwięcej  podczas ćwiczeń. Starając się wydobyć z instrumentu to, co najlepsze, przeważnie musi słuchać tej całej kiepścizny. Bez złudzeń – chwile odczuwanego triumfu są rzadkie, a i one nie gwarantują tego, że triumf jest rzeczywisty, w istocie – odczuwany przez słuchaczy.

Słuchanie siebie, tak obiektywne, jak tylko się da, jest czasem na tyle bolesne, że muzyk czuje strach przed samym rozpoczęciem grania. Przezwyciężenie tego strachu to jedna z pierwszych i nie ostatnich barier. Chodzi o strach nie przed występem, publicznością, ale strach przed tym, co usłyszę, kiedy zacznę grać.

Tylko ignoranci nie czują strachu przed własną grą. Im większa wrażliwość, tym większa świadomość kiepścizny, którą się produkuje.

Lecz jakby na przekór – żeby wystąpić na estradzie trzeba, wbrew wszystkiemu, uwierzyć, choćby na ten moment, że jestem najlepszy, niepowtarzalny, jestem panem tej sceny i tej widowni. Inaczej wychodzenie na scenę nie ma sensu.

Jest jeszcze inny sposób – nie myśleć o niczym. Zamknąć się w swoim świecie. Albo lekko przetransformować rzeczywistość – słuchacze, którzy przyszli, nie są wcale słuchaczami, ale np.  współtowarzyszami konspiracyjnego spisku przeciwko tajemnym siłom ciemności. Nie ma wśród nich ani jednego agenta czy zdrajcy. Na te kilka chwil zawiązujemy pakt i wierzymy sobie bezgranicznie. Obnażamy swoje dusze, wszyscy bez wyjątku, otwieramy pierś na ciosy, bezbronni, i w tej bezsilności mamy nadzieję na kilka momentów triumfu…

Miliony i miliardy

Najlepsze teleskopy sięgają tak daleko w kosmos, że obserwują obiekty sprzed miliardów lat. Wiek naszego Wszechświata ocenia się na niecałe czternaście miliardów – przeczytał gdzieś Leszek. Leszek nie pamięta, gdzie przeczytał o tym, ale ta cyfra zapadła mu w pamięć. Gdyby rozdzielać ją na poszczególne miliardy, to nie wydaje się tak dużo. Czternaście. Ale każdy miliard to przecież tysiąc milionów.

Liczbę „tysiąc” Leszek mógł sobie wyobrazić o tyle, że pamiętał, że chrzest Polski odbył się jakiś tysiąc lat temu. W każdym razie wydarzenie to wydawało mu się bliższe i bardziej realne, niż na przykład narodzenie Jezusa, dwa tysiące lat temu. Ale gdyby nawet pomnożyć tysiąc razy tysiąc, to mamy dopiero milion – tak sobie myślał Leszek – a gdzie tam jeszcze do miliarda.

Tak więc liczba czternaście miliardów, zapisywana krótko i zgrabnie „14 mld”, ładnie wyglądała na papierze, albo na ekranie monitora, ale nie znaczyła wiele dla Leszka. Zresztą, czy żył kiedykolwiek jakiś człowiek, który mógłby ogarnąć wyobraźnią czternaście miliardów?

W międzyczasie Leszek dowiedział się, że nie poznano planety, która miałaby warunki zbliżone do ziemskich. Na tyle zbliżone, żeby choć istniała na nich woda. A bez wody, jak twierdzą naukowcy, nie ma co oczekiwać życia, czyli choćby pół zielonego listka, nie mówiąc o jakimś komarze,  jaszczurce, tym bardziej psie, najlepszym przyjacielu człowieka. W ogóle kosmos wypełniony jest przeraźliwie zimną pustką, w której umieszczono ziejące ogniem i zabójczym promieniowaniem potwory. Czyli gwiazdy. Te, które oglądane z Ziemi migocą, wyglądają ja drobny, delikatny piaseczek, rozpylony w przestrzeni.

Leszek słyszał, że w jednej galaktyce mogą być miliardy gwiazd. A takich galaktyk są miliardy. Miliard pomnożony przez miliard – takiej liczby Leszek nawet nie umiał nazwać. Zresztą jakie to miało znaczenie. Leszek widział na filmie, że takie liczby zapisuje się matematycznie tak, że mieszczą się na bilecie tramwajowym. Krótko i elegancko.

A gdyby wziąć jedną gwiazdę, choćby tę najbliższą planety, na której urodził się Leszek. Setki takich planet utopiłoby się w dość przeciętnej gwieździe, jaką jest Słońce. Cóż dopiero sam Leszek mógłby począć w obliczu gwiazdy, skoro sam jest niedostrzegalną drobiną na powierzchni planety, na której spędzi całe życie.

Zresztą ta planeta to nic pewnego, jak dowiedział się Leszek. Życie Leszka zależy od tak wielu czynników, parametrów, że zaczęło mu się wydawać niemożliwe to, że jeszcze żyje.

Na straconej pozycji

Dziś krótki tekst i filmik. To dla odreagowania po historii Natalii Przybysz, włącznie z komentarzami internautów.

Dziś mój syn zapytał mnie, czy może mi coś pokazać. Domyślałem się, o co chodzi, ponieważ osiemdziesiąt procent filmików, które ogląda, pochodzą z boisk piłkarskich.

„Ostatnia deska ratunku” – tak się o nim mówi, o bramkarzu. Stoi na z góry przegranej pozycji. Aby sobie to uświadomić podajmy wymiary bramki – 7,32 x 2,44 metra. Popatrzcie na to zdjęcie:

 

parada bramkarza, źródło: http://blogiceo.nq.pl/zmajkanabierzaco/files/2013/11/thumb.jpg

Bramkarz stoi na tle czegoś, co swoimi wymiarami przypomina stodołę. Jego zadaniem jest nie dopuścić, by piłka przeszła przez wielkie okno o rozmiarach 7,32 na 2,44 metra. Powiedzmy otwarcie – bramkarz wobec napastników, lub tylko jednego napastnika, ma znikome szanse. Jeśli zabraknie obrońców, jeśli są nieśmiali, leniwi, bez refleksu, zdezorientowani lub po prostu zbyt powolni – bramkarz może liczyć tylko na szczęście oraz własną intuicję, która objawi się (albo nie) w dramatycznym momencie.

To jego koledzy–napastnicy zbierają całą chwałę drużyny. Ich szarże, kontrataki, błyskotliwe dryblingi, niewiarygodne sztuczki wyprowadzające w pole obronę, prowadzące do zdobycia gola, są przedmiotem zachwytów, pożądania, zazdrości, chwały. Bramkarz prawie nigdy nie atakuje, nie ma nawet jak. On chroni drużynę przed wstydem. On broni, gdy wszystkie inne środki zawiodły. Jego parady są zawsze ostatnim skokiem rozpaczy. Jest ustawiony w miejscu, w którym czeka go tylko rozstrzelanie.

Dlatego zobaczcie poniższy skrót – wybór tych nielicznych momentów, w których bramkarz triumfuje, choć niczego nie zdobywa. Patrząc na te ujęcia przypuszczać można, że te podwójne, potrójne, a nawet poczwórne obrony spełniają się poprzez niewyjaśniony, nie do opisania czy prześledzenia szósty zmysł, głos wewnętrzny, przeczucie, czytanie w myślach napastników. Są takie chwile, w których bramkarz po prostu wie, gdzie mu kopną piłkę. Wie – to mało powiedziane, nawet trudno znaleźć odpowiednie słowo. Poprzez nadludzki wysiłek, potworną wolę walki (tu: obrony), poświęcenie, zaparcie siebie, zjednoczenie ducha i ciała, sprawia coś, co jest nieprawdopodobne, niemożliwe. Ułamki sekund wiktorii.

Pięć brzóz

Brzozy, pięć lub siedem, rosły przy torach kolejowych, po których jechałem dzisiaj. Zapamiętałem te brzozy, bo wydały mi się znajome, moje. Nie chodzi o to miejsce, którego nie pamiętam i nie mogę pamiętać, bo przed trzema laty, gdy tędy jechałem, brzózki pewnie ledwo odrastały od ziemi. Chodzi o same brzozy, jakby wyrwane z mojej pamięci i wstawione w zwykły krajobraz.

Potem, znów przy torach, pawilon jaki pamiętam z dzieciństwa. W takim pracowała moja matka – tak bardzo podobne okna, żelazne drzwi, które przeraźliwie skrzypiały, kraty w oknach spawane ręcznie, ze zwykłych żelaznych prętów. Gminna Spółdzielna „Samopomoc chłopska”.

Kawałki rzeczywistości sprzed czterdziestu lat, jedne niszczeją, inne, wyremontowane, żyją nowym życiem. Tak innym od tamtego, wcześniejszego. Choćby farby mają teraz bardziej nasycone kolory, nie mówiąc o tym, że to, czego dotknęła współczesna dłoń, jest czystsze, bardziej uporządkowane, lepiej przemyślane. Stare, odnowione budynki stacyjne nie są tym samym, co kiedyś. Czasem próbuję sobie przypomnieć, jak wtedy było, ale poddaję się rezygnacji i pozostaje jedna myśl – było inaczej, tak bardzo, że już słyszę własny lament, gdybym miał do tamtych czasów powrócić.

Im więcej wspomnień, tym więcej skojarzeń, i ciężaru, który przytłacza duszę. Tych wyrzutów sumienia, że nie mogę sobie przypomnieć, nie zanotowałem, nie zrobiłem zdjęcia, że tamto bezpowrotnie odeszło, a gdyby nie całkiem odeszło, to byłbym bogatszy, mądrzejszy, bardziej świadomy. Złudzenia…

Dlatego czasem próbuję uciec od wspomnień odskakując w przestrzeń, której jeszcze nie znam. Tak, jak w dzieciństwie, kiedy wszystko było nowe, z niczym się nie kojarzyło, istniała tylko radość, euforia poznawania. Lecz im więcej kolejnych skoków w przestrzenie, tym szybciej, lawinowo rosną kolejne skojarzenia, i ten sposób okazuje się pułapką.

Może więc zapomnieć? Zapominać coraz więcej? Ale wtedy – po co poznawać? Trzeba było nie zaczynać poznawać, było pozostać ignorantem, ograniczonym, bez zainteresowań, głupim do reszty. Ale poznawać zacząłem, zanim zorientowałem się, do czego poznawanie prowadzi, i w końcu było już za późno. Powstały skojarzenia, bo brzozy wryły się w pamięć. I już wypływają obrazy, te z Pomorza Zachodniego, czy z Krynek, albo Polany Mocarzy, ba, brzoza jest i przed naszym domem. Już za późno…

Marny człowiek

Dziś rano byłem na pogrzebie. Patrzyłem na łzy rodziny, po stracie babci, matki, żony. Odeszła nagle, niespodziewanie. Wieczorem przeczytałem o operacji przyjaciela, która będzie jutro przeprowadzona, mimo jego beznadziejnego stanu. Jutro mam mieć ekstrakcję zęba i nic nie jest w stanie uwolnić mnie od strachu. Marny jest człowiek.

Spokojny człowiek

Na ulicy, w centrum miasta, przy niedużym baraczku, może kontenerze, w którym mieścił się bar całodobowy „U teściowej”, w świetle padającym z wnętrza przez okno przesłonięte szybą z pleksi, stał spokojny człowiek. W zasadzie wyraźnie widać było tylko twarz, oświetloną, i szerokie ramiona schowane w białej koszulce z krótkimi rękawami. Sierpniowe wieczory są już chłodne.

Specjalnością baru był kebab w kilku odmianach. Były i frytki, zapiekanki, hot-dogi, ale wszyscy brali kebaby. Dlatego spokojny człowiek z pewnością czekał na kebaba, a skoro czekał już dłuższą chwilę, musiał to być kebab w wersji zapiekanej.

Z budki dochodziły ożywione głosy. O której przyszła Aśka? Dlaczego tak późno? A Artek zostawił po sobie bałagan, czy my to mamy sprzątać? Mamy i to na bieżąco, bo jesteśmy otwarci dwadzieścia cztery godziny na dobę. Pracujemy, wydajemy kebaby, sprzątamy, kłócimy się, milczymy, czasem opowiadamy kawały – zawsze przy otwartym barze, a klienci widzą nie tylko jak obżynamy mięso kurczaków i wołowe, jak szarpiemy szczypcami sałatę i siekane pomidory, wkładając je do bułek, polewamy sosami czosnkowym i pikantnym, ale widzą też, kiedy jest awantura i narada, kogo wyrzucić z kebabowni, a kogo znaleźć na jego miejsce.

Spokojny człowiek opierał się o ścianę zaraz przy oknie. Nie, twarzy nie miał anielskiej, ale taką jakby dobrze pasującą do wszystkiego, którą wszędzie można przykleić, dołączyć. Ale! Nie była bezbarwnie, przezroczyście pospolita. No i spodnie! Spodnie były pomarańczowe! Z granatowymi wstawkami z przodu, pod kolanami, i srebrnymi paskami na końcach nogawek. Przybrudzone. Pomarańcz ciemniał przy udach, srebrne paski nie błyszczały się jak nowe. Lecz biała koszulka pozostała biała, opinając bicepsy na rękach, założonych.

No właśnie, duże bicepsy i łagodna twarz. Tymi łapskami mógłby przydusić pierwszego lepszego przechodnia na ulicy, ale twarz nie zmieniłaby się z łagodnej na żadną inną. Można by pomyśleć, że gdyby nie pomarańczowe spodnie, tylko inne, skórzane, i jeszcze kurtka w skórze, to niezwykle spokojny człowiek sięgnąłby do wnętrza baru, złapał jednego z chłopaków i przez zęby cicho wycedził: koniec dyskusji, dawać mojego kebaba. Z ciągle spokojną twarzą, oczywiście.

Nie sięgnie i nie przydusi. Dziś, przed świtem, patrzyła w tę twarz dziewczynka, biała jak papier, mdlejąca mu na rękach. Przemarznięty włóczęga, któremu skończyło się lato właśnie tej nocy, na ławce na skraju parku. W południe – leżąca na bruku, przy tramwajowej szynie, rowerzystka, potrącona przez czarnego Passata. Za każdym razem jego twarz była niezmiennie spokojna, tak jak teraz, gdy czekał na kebaba i słuchał dobiegającej z wnętrza baru kłótni.

 

materiał powiązany: pomarańczowe spodnie

Cytaty z Kapuścińskiego

W ostatni dni – powrót do Lapidariów Kapuścińskiego. Zapisy z lat 80-83 dokonane w Polsce, w Gdańsku, Warszawie. Prawie każdy z nich to perełka, genialne uogólnienie dokonane na podstawie obserwacji – wiadomo jakich – bo wiadomo, co działo się w Gdańsku i Warszawie w tamtym czasie. Przykłady?

Są sytuacje, w których zło działa szybko, gwałtownie, z nagłą, miażdżącą siłą. Natomiast dobro z reguły działa wolniej, potrzebuje czasu, aby się objawić i dać świadectwo. Więc dobro często się spóźnia i – przegrywa.

Fanatyzm wyzwala w człowieku więcej energii niż łagodność i dobroć. Dlatego fanatyk może łatwiej narzucić swoją wolę, łatwiej ustanowić swoje rządy.

Każdej inflacji towarzyszy moralne rozluźnienie. Wynika to po części z tego, że inflacja zabija wiarę w trwałość czegokolwiek. Odbiera wiarę w przyszłość. A człowiek pozbawiony tej wiary nie ma zobowiązań – ani wobec innych, ani wobec siebie. Toteż inflacja jest nie tylko zjawiskiem ekonomicznym, ale także problemem etycznym, chorobą, która atakuje i niszczy kulturę.

Historia jako walka klas? Jako walka systemów?
Historia to również walka między kulturą i chamstwem, między człowieczeństwem i bestialstwem.

Nasze ocalenie? W dążeniu do osiągnięcia rzeczy niemożliwych do osiągnięcia.

Wszyscy tutaj dyskutują o polityce. Ale czy rzeczywiście dyskutują? Czy jest to dyskusja, rzeczowy spór? Powiem, że nie. Jest to składanie deklaracji, wygłaszanie stanowczych opinii. Każdy mówi swoje, z przejęciem i furią, po czym wszyscy rozchodzą się zaperzeni, rozdygotani, wściekli.

Ryszard Kapuściński, Lapidaria I-III,
Biblioteka Gazety Wyborczej, W-wa 2008.