jest dobrze

Zerkam na Krakowski Festiwal Filmowy 2021. Interesują mnie głównie krótkometrażowe filmy oraz dokumentalne. Krótka forma jest dziś potrzebna, jest w natarciu. Umiejętność zbudowania narracji i zaangażowania widza nawet w trakcie kilku minut. Wzrasta w ostatnim czasie zainteresowanie dokumentem jako alternatywą dla fabuły, której pomysły, innowacje, wydają się ograniczone. Codzienność-niecodzienność mogą byę ciekawe, są niezwykłe choćby dlatego, że żyjemy w coraz bardziej różnicującym się świecie.

Film, sztuka, powinna nieść ze sobą piękno, nawet, a może szczególnie, gdy opowiada o trudnych sprawach. Dlatego nawet wtedy niesie przekaz, że życie ma wartość, może być i jest piękne.

Przykład: polski film dokumentalny „Koncert balkonowy” (reż. Diana Kadłubowska, Krzysztof Kadłubowski) to tylko piętnaście minut opowieści o życiu na podwórku otoczonym ze wszystkich stron ścianami zniszczonego budownictwa. Tematem nie jest sam koncert, który jest jednym z wielu wydarzeń na tym podwórku. To portret ludzi, ich zwyczajów, który nie jest ponury, ale pozbawiony emfazy, silenia się na niezwykłość. Film jest jak niedokończony, co w pierwszym momencie trochę negatywnie zaskakuje. Ale filmy dokumentalne rządzą się nieco innymi prawami. Tutaj zyskujemy wrażenie, że to wycinek historii tego podwórka. Ta akcja potoczy się dalej, nawet jeśli jej nie zobaczymy, bo zgasło ostatnie ujęcie.

Co szczególnie warte uwagi, co mnie cieszy w filmach na KFF:

  • ogromna różnorodność formy – są tu filmy dokumentalne, animacje, fabularne, łączące różne gatunki – np. dokumentem może być animacja, co kiedyś wydawało mi się niemożliwe.
  • łączenie bardzo różnych pomysłów, nietypowe zakończenia, nierzadko bez puenty, połączenia scen, nad którymi muszę się zastanowić, nieoczywiste, a generujące moje własne skojarzenia
  • ujęcia, które ja wyrzuciłbym do kosza, sprawdzają się głównie w filmach dokumentalnych, w których nie da się powtórzyć akcji – świadczy to o prawdziwości sytuacji, która się stała, i jeśli nie ma ostrości, to trudno, ale jest treść – najważniejsza,
  • ogrom najróżniejszych wizji, wrażliwości, budowania kadru, opowiadania historii, można mieć wrażenie, że w każdym miejscu, czasie, z najróżniejszymi postaciami można stworzyć ruchomy obraz, który wciąga, przed którym widz nie obroni się, jeśli tylko w niego wejdzie.

Nie zrobisz tego sam

Wielu znanych, sławnych i poważanych ludzi nie dokonało swojego dzieła w pojedynkę. Większość z nich tego nie dokonała samotnie, a możliwe, że nikt. Nie wiedzą o tym młodzi, którzy chcieliby czegoś dokonać i też być znani, a przynajmniej poważani. Nie wiedzą o tym dlatego, że nie uczą się historii. Nie chodzi o historię, której są uczeni w szkole, otrzymując świetne oceny. Chodzi o to, że są uczeni nie tego, co naprawdę jest im potrzebne, co by dało rzeczywiste pojęcie o mechanizmach życia.

Słucham właśnie wykładu na temat jednej z ikon polskiego teatru. Nie pierwszy raz, przy okazji zdobywania informacji o kimś „wielkim”, okazuje się, że na jego „sukces” pracowało wielu ludzi. Ale ten jeden nadał kierunek sprawie, ciągnął ją do przodu, nakłonił innych by się zaangażowali. „Sprzedał” im swoją ideę tak, że oni ją „kupili”, płacąc swoim zaangażowaniem i pracą. A on wziął od niech to, co najlepsze.

Dziś, z perspektywy czasu, niemożliwe wydaje się, że np. ikona teatru wcale miała dobrego stylu pisania, skoro wydała ileś tam książek. Ale tak z powodzeniem mogło być, bo nad stylem pracował ktoś inny, kogo nie znamy nazwiska, nawet nie podejrzewamy, że ktoś taki mógł być. Całą masę umiejętności, pomysłów, rozwiązań, przypisujemy tej jednej ikonie, postaci, jednemu nazwisku. Tymczasem on tego wszystkiego nie zrobił.

To nie jest złe czy niesprawiedliwe. Tak po prostu jest. Taka jest historia, taki jest mechanizm powstawania dokonań.

Małpy wszędzie

Do urzędów, banków, przychodni, klubów sportowych, wszędzie, gdzie zawierane są umowy, przychodzą małpy. Małpy nie czytają umów, klauzul, aneksów, tylko podpisują elektronicznym rysikiem to, co podsuwa im na szklanym ekranie elegancko ubrana doradczyni/doradca klienta, siedząca po drugiej stronie biurka.

Jeśli trafi się małpa głupsza niż inne, zacznie czytać podsunięty jej papier i ze zdziwieniem zauważy, że nie bardzo rozumie, co jest na nim napisane. Jeśli małpa będzie jeszcze głupsza, zada pytanie eleganckiemu doradcy klienta. Wtedy okaże się, że z drugiej strony biurka też siedzi małpa, która odpowie: nie ja zapisywałem ten papier. Co więcej, wezwany na pomoc dyrektor placówki również będzie co najwyżej szympansem*.

Jesteśmy skazani na bycie małpami w dżungli paragrafów. Ci, którzy próbują zejść na ziemię, szybko wypadają poza obieg. Jeśli próbują zrozumieć to, co im się podsuwa, zadają pytania, mają odwagę zauważyć, że nie rozumieją – mogą oczywiście zrezygnować z usług.

* szympansy są uważane za najbardziej inteligentne spośród małp

Ludzie radia…

…mnie zachwycają. Niepozorni, nie zwracający na siebie uwagi, są przede wszystkim – cisi. Nie nadużywają dźwięków, szanują je, dawkują z pełną świadomością. I z wrażliwością, która jest niepowszednia, niepowtarzalna, nawet zdumiewająca.

Świat dziennikarzy, lektorów radiowych wyraźnieje, gdy zaczynają mówić. Wtedy otwiera się objawienie, gdyż w ich głosie zawiera się szeroki świat kolorów, pejzaży, odcienie słonecznej i deszczowej pogody, pęd podróży i spokój zatrzymania.

Niewiarygodny świat, do momentu, w którym nie zabrzmi.

To, co umiesz, to jest twoje

Szanuj to, nie rozdawaj byle komu, za bezcen

Przeglądam internet w poszukiwaniu filmów, piosenek, koncertów „na topie”. Warto wiedzieć, co teraz ludzi przyciąga. Przyglądam się tym materiałom. Prezentują wysoką jakość, ale przeważnie – nie najwyższą, nawet jeśli zostały zrealizowane przez profesjonalistów. Tak bardzo niewiele jest doskonałych rzeczy, choć są bardzo dobre i wiele można się z nich nauczyć.

Trafiam na ładne zdjęcie słodkiej nastolatki. Jest mega zgrabna, oczywiście seksownie ubrana (ale bez przesady), i przyjęła typową, sztampową postawę, która przy jej figurze gwarantuje sukces (czyli super zdjęcie). Myślę, że wszystko jest OK, ale coś nie daje mi spokoju. W pewnym momencie mój wzrok dociera do… I tego nie napiszę, choć to najzwyklejszy element prawie każdego zdjęcia. Spojrzenie w to miejsce to test, którego nauczyłem się od świetnego, choć mało znanego fotografa, który nota bene już nie fotografuje. Patrzę w to jedno miejsce i przeczucie potwierdza się – fotograf który pstryknął tę fotkę, fotoedytor, który wybrał to zdjęcie, redaktor, który je zatwierdził – nie znają pewnej tajemnicy.

Patrzenie i widzenie to bardzo trudne rzeczy. Wydają się łatwe i oczywiste, bo niby widać to, co widać. To kompletna nieprawda, co zresztą potwierdzają ciągle rozwijające się badania psychologiczne. Najtrudniej zobaczyć coś co jest wprost przed oczyma – to widzi się dopiero po latach, dziesiątkach lat patrzenia, myślenia, kojarzenia faktów, przeczuwania, empatii, chęci zrozumienia, pytań, które nie dawały spokoju.

Mniej więcej wiem, co wiem, i już nie tak łatwo wcisnąć mi kit. Przepraszam, że tak się wymądrzam, ale od czasu do czasu – niech każdy zrobi rachunek swojego doświadczenia i niech doceni to, czego rzeczywiście nauczył się przez lata.

Niesłyszalna orkiestra

Jasny gwint, jak można było zepsuć taką okazję?

Tak, kiedy byłem nastolatkiem, słuchałem zespołu Kombi. Zresztą słuchało się tego, co wpadło w rękę – jakie było środowisko, jakie czasy, jakie otoczenie. Pamiętam, kiedy ojciec kupił gramofon – mówiło się „adapter”, bo „gramofon” brzmiał staroświecko. Ha ha, to właśnie przykład myślenia z mojego środowiska tamtych lat. Więc skoro kupił adapter i rozpakował, to okazało się, że nie ma w domu żadnej płyty. Skoczył więc do centrum (200 metrów, a mieszkaliśmy na granicy miasteczka) i kupił to, co znalazł w sklepie, który zresztą zaraz zamykali, a było popołudnie. Wtedy to jeszcze nie była płyta Kombi.

Okładka krążka „NOWY ROZDZIAŁ” miała w sobie ówczesną nowoczesność – napis zrobiony z kresek, jakie znaliśmy tylko na pojawiających się dopiero wyświetlaczach elektronicznych (mówiło się: ciekłokrystalicznych, ale w tym wypadku chodziło o diodowe).

Potem dziwna okładka „Kombi 4” (golarka i krater jakby księżycowy, przynajmniej było co analizować), a potem – „Tabu” – taki graficzny standard. Piszę o tym, bo chodzi o emocje i wspomnienia – brzmienie tych utworów na głośnikach stereo, które udało się zdobyć do pokoju nastolatka, otwarte okno i zapachy wszystkich pór roku po kolei, dwójki i piątki w szkole (bez szóstek), nakładanie czarnych krążków i ich zdejmowanie, pakowanie do foliowych woreczków i tekturowych okładek. Żadne klikanie, przewijanie kciukiem, żadne setki i tysiące kawałków do wyboru.

Przechodząc do sedna – spotkałem teraz nagranie utworu, który kiedyś wypełniał moje cztery ściany:

https://youtu.be/JvUYAG8mrew
(jeśli nie działa kliknięcie na ikonę filmu, proszę kliknąć na odnośnik powyżej)

„Za ciosem cios” w wykonaniu KOMBI z towarzyszeniem Orkiestry Symfonicznej Filharmonii im. Mieczysława Karłowicza w Szczecinie

Jest OK – myślę, widząc Zbyszka Fila – bo naprawdę dobry jest i wolę jego (przepraszam Grzegorza). Widzę, że będzie orkiestra, więc – ciekawe! Utwór start, keyboardy na pierwszym planie, a potem w kamerze – piłujący drewno ludzie z kwartetu. Ich nie słychać. Wszystko wypełnia to, co znałem – elektronika. W obrazie – orkiestra jest, w dźwięku – nie ma.

O, zdrada! Przepraszam, ale orkiestra tylko do obrazka? Dlaczego? Elektronika jest na dziesiątkach nagrań, które można znaleźć wszędzie, a orkiestra – to rarytas, to niezwykłe, może tylko jeden taki koncert. I co? Orkiestry nie słychać. Na ujęciu z góry miła kobieta patrząca w obiektyw kamery i dająca smyczkiem po strunach. Czy wiedziała, że smyczkiem macha tylko dla kamery?

I nagle przypominam sobie moment, w którym zrozumiałem różnicę między orkiestrą – klasyczną, symfoniczną – słowem: orkiestrą unplugged, a orkiestrą elektroniki. To było podczas koncertów Jean-Michel’a Jarre’a w Chinach. On też wpadł na pomysł zagrania z orkiestrą, tam – tradycyjną, oryginalną, chińską. Przez wiele lat, gdy słuchałem tego nagrania, słyszałem głównie elektronikę Jarre’a, a pomijałem – chińczyków na ich instrumentach. Ale kiedy wreszcie wpadli w ucho, cios był nagły i powalający.

https://youtu.be/uTyAtn177zo?t=2468

Trzeba posłuchać od 42 minuty i 10 sekundy. Odkrycie, którego dokonuje mózg, kiedy otworzy się w nim pewna klapka: elektronika nie wytrzymuje próby w zetknięciu z tradycyjnym instrumentem. A grupa instrumentów, orkiestra doświadczonych muzyków, mających za sobą tysiące lat tradycji – po prostu miażdży te XX-wieczne skrzyneczki z kabelkami, gałeczkami i wskazówkami. One wydają się jak z papieru, pomalowane w kolorowe błyszczące wzorki, podczas gdy stare instrumenty niosą w sobie los miliardów Chińczyków zmagających się z wielowiekowym losem.

Może podczas koncertu Kombi i pracy nad miksem utworu „Za ciosem cios” również objawiła się ziejąca pustką przepaść? Której nie udało się uniknąć inaczej, jak ściągając do granic słyszalności poziomy orkiestry? Może nijak nie kleiła się elektronika z żywym instrumentem (u Jarre’a jednak trochę się klei), więc decyzja była jedna – syntetyką przykryć wszystko? Przykryć nawet te dwie gitary elektryczne, które sobie tam pogrywają gdzieś… Na przodzie – keyboardy (przepraszam: legendarne syntezatory), perkusja otoczona pleksi i gitarzyści, nie mniejsi figuranci niż orkiestra z tyłu – dająca z siebie wszystko. Ale co z tego, skoro nawet dźwięk wielkiego bębna na finale też został zmieciony elektroniką.

Dla porównania – Peter Gabriel, również zwykle grający nie byle jaką elektroniką – zdecydował się na koncert z orkiestrą. Wygląda to i brzmi zupełnie inaczej.

https://youtu.be/prtSRGeILEo?t=35

https://youtu.be/prtSRGeILEo?t=35

To zupełnie inna jakość, to inny świat, który tworzy orkiestra – od najprostszych instrumentacji, do współczesnych, wręcz atonalnych. Tu też jest rozziew – między zespołem i głosem Petera, ale cieszy nieuciekanie od niedoskonałości kosztem sztuczności i nieprawdy. Głos Gabriela brzmi tak, jak brzmi, cóż, nie jest on wokalistą klasycznym. Lecz koncert ujmuje, muzyka jest piękna, z odlotem, oddechem.

A kiedy chwila szczęścia…? :)

Rozstaje fot. Piotr Kubic

Wracałem z Pieskowej Skały (przyjechałem asfaltem widocznym z prawej strony), był to grzbiet bardzo długiego pagóra, szerokie widoki, pustka, i nagle – takie rozstaje. Dopiero odwracając się zobaczyłem ten widok, gdyby nie chciało mi się odwrócić, gdyby nie chciało się zatrzymać – nie byłoby tego zdjęcia.

Zatrzymanie podczas jazdy rowerem nie jest takie oczywiste. Traci się rytm, wręcz trans, w który wpada się podczas jazdy. To rytm całego organizmu, nie tylko pedałowania, ale związanego ściśle oddechu, ale też jakiegoś rytmu mózgu, fal, które sprawiają, że godzinami można pokonywać wiele dziesiątek kilometrów. Podczas zatrzymania w trakcie niskich temperatur traci się też równowagę termiczną, którą czasem trudno uzyskać. Podczas jazdy trzeba zbalansować takie zmienne: wysiłek wyzwalający wewnętrzną temperaturę, chłodzący pęd zimnego powietrza, ilość warstw ubrań oraz przekąski. Zatrzymanie się burzy tę równowagę.

Co jest fantastyczne i co wciąga w długodystansowym sporcie, to przemiana emocji. Sam początek to kilkadziesiąt minut na rozkręcenie się. Potem jest już super, ale prędzej czy później nadejdą gorsze momenty. Załamki, kryzysy, trzeba jakoś przetrzymać, przeczekać, może odpuścić tempo, może nie na siłę. Ale po nich, nie wiadomo dlaczego, nadchodzi przypływ sił i uczucie szczęścia.

Skromna liczba

99 to skromna liczba. Dlatego w sklepach wypisuje się ją na metkach, zamiast 100. Dlatego niektóre osoby nie lubią zakupów, nie dlatego, że nie podobają im się ceny o jedną złotówkę niższe, ale dlatego, że handel okazuje się niezłą ściemą. Albo polubisz ściemę i zaczniesz z nią grać w kotka i myszkę, albo będziesz cierpiał.

Miechów Ogrodzieniec rowerem
Mapa pochodzi z aplikacji oraz strony internetowej mapy.cz, która wyznacza trasy dla rowerów szosowych i posiada nawigację offline

99 – taka okazała się liczba kilometrów po wykreśleniu trasy na mapie. Taka śmieszna, ale ciekawa, nie przekraczająca jubileuszowej granicy. Tamtego dnia w drodze zepsuł mi się licznik w rowerze. Ledwo po dwóch kilometrach wyświetlacz zaczął pokazywać wyłącznie zero, nie pomogły stukania, obmacywanie przewodów i resetowanie pamięci.

To denerwujące nie wiedzieć, ile się przejechało kilometrów, kiedy nie wiadomo też, ile pozostało do końca. Są jeszcze inne wrażenia – okazało się, że jadąc z licznikiem jakbym ścigał się z cyferkami prędkości. Kiedy rozpoczyna się podjazd, rowerzysta patrzy z lekkim zmartwieniem, jak maleje szybkość. Zastanawia się, jak temu zapobiec, próbuje mocniej naciskać na pedały, a w krótkim czasie odczuwa skutki – oddech i puls przyspieszają, pojawia się ból mięśni . To oczywiste podczas jazdy rowerem – ktoś powie – ale w przypadku długich dystansów zjawiska te trzeba precyzyjnie kontrolować. Jednym zdaniem – jeśli jadąc twoje ciało nie czuje, że jedziesz, to bardzo daleko zajedziesz. Jazda to ma być takie „niby nic”, „tak przy okazji”, coś nieprzeszkadzającego i niezauważalnego.

Dlatego wskaźnik prędkości przeszkadza wsłuchiwać się we własne ciało. W jego korespondencję z drogą – jej wzniesieniami, nierównościami. Zmienia widzenie krajobrazu i zakłóca szum powietrza, czasem delikatny i czasem wściekły. I przy zjazdach – nie wiadomo, jak szybko jadę – czy 50, czy może 60 kilometrów na godzinę? Ale czy to musi być ważne?

99 kilometrów to mój mały sukces, na który składa się wiele jeszcze mniejszych sukcesów. Początkowe uczucie fatalnej niemocy, chłodu, odrętwienia. Pierwsza góra, którą trzeba pokonać pokornie, leniwie, cierpliwie, prawie ze wstydem. To trwa jakieś 20-40 minut, czasem godzinę, aż ciało się obudzi. Potem można już ściągnąć wierzchnią warstwę ubrania, która okazuje się niepotrzebna. Spod niej, jak z kokona, wydobywa się motyl, który przetrwa w trasie następne godziny, może kilkanaście.

Deszcz, który trzeba przeczekać. Kolejny kryzys sił. Zwykły chleb z pasztetem, który smakuje jak tort z najlepszych urodzin. Wiejski sklepik na uzupełnienie wody. Głupi kierowca samochodu, który prawie się otarł, choć mógł ominąć z daleka. Ogromna dziura w lesie, na zjeździe, przed którą trzeba było wyhamować do zera, długa prosta w pustce między polami, pod wiatr, ciągnęła się bez końca. Kombajn wyjeżdża zza stodoły, z polnej drogi, jakby nigdy nic, jakby kierujący nim rolnik od zawsze wiedział, że to rowery mają przed nim uciekać. I ucieka zaskoczony, szosowy rowerzysta, podskakując na spękanej, podziurawionej drodze, patrząc, jak wielki kolec potwora mija go o pół metra.

Oddzielna historia małych sukcesów podczas jazdy rowerem to zmaganie z cukrzycą. To jest inny świat, niepojęty dla niewtajemniczonych. To szkoła przetrwania, bo cukrzyk na insulinie się pomyli, trochę bardziej niż zwykle się myli, pozostaje tylko telefon na pogotowie. Ale to nie on będzie dzwonił, tylko ktoś, kto go znajdzie leżącego na drodze. Ach, niekoniecznie leżącego, może być również chodzący, biegający i dziwnie odpowiadający na pytania, a nawet rzucający się na przechodniów 🙂

Zamek Ogrodzieniec to dobry cel wyprawy, jego widok uzasadnia i wynagradza przejechane kilometry. Sam zamek jest ok, ale podzamcze, to które jest dzisiaj, oblepione sklepikami z pamiątkami i mnóstwem „atrakcji”, to profanacja. Kolarz, który ma za sobą ascetyczną trasę wśród „lasów i pól”, ze wstrętem przejeżdża główną aleją lawirując między tandetą. I cieszy się, że nie musi iść pieszo, że rowerem to tylko dziesięć, piętnaście sekund tej odrazy, i potem już tylko zamek.

Za późno wyjechałem. Zmrok zastał mnie przy powrocie. Walczyłem o każdy ułamek zaszłego już słońca. Ciemniejąca coraz bardziej droga wysusza spojówki od samego patrzenia. Coraz zimniej, już wrzesień. Wydobywałem zabrane zapasy ubrań, jak dobrze, że zabrałem je ze sobą. Podczas jazdy nie może być zimno. Można się pocić, to normalne, ale zimne mięśnie pracują wyraźnie gorzej.

Nie wiem, czy ten opis komuś się przyda. W ogóle wiele ludzkich osiągnięć wydaje się niepotrzebnych, choć może desperacko czasem szukamy ich uzasadnienia. Może inne wyzwanie byłoby pożyteczne komuś jeszcze. Może poszukiwanie uzasadnienia jest czasem niedobre, bo trywializuje poczucie sensu, które nie wymaga uzasadnienia, wytłumaczenia. Są chwile, kiedy czujemy, że to, co robimy, ma sens, choć trudno powiedzieć dlaczego. A właśnie poczucie sensu jest najważniejsze, a nie jego wytłumaczenie. Bez poczucia sensu człowiek przestaje istnieć – mentalnie – choć fizycznie jeszcze żyje. Jak długo? Dziś dowiedziałem się, że codziennie, średnio, piętnaście osób odbiera sobie życie.

Na punkcie roweru

Dostał „fioła na punkcie roweru”, ale tak naprawdę wrócił do fascynacji z dzieciństwa. Babcia z płaczem narzekała, że kiedy gotuje obiad, to trudno jej wytrzymać, bo za oknem, na rowerze, wzburzając kurz na podwórku, w kółko, maniakalnie, jeździ wnuczek. Tak naprawdę dwóch wnuczków, bo kuzynostwo mieszkało razem. Stan maniakalny, ten sam, który dziś obserwować można na skateparkach.

Od dwóch lat jeździ znowu. Ma rower sprzed 20 lat, zwykłego górala, tak wtedy nazywanego, zanim ludzie dowiedzieli się, że samych górali jest wiele rodzajów. Kiedy popękały opony, wymienił je na szosowe. Na tych oponach, któregoś wieczora, przeleciał przez betonową barierę, na asfalt. Pierwszą częścią ciała, która dotknęła asfaltu, była głowa. Dziwne, że potem, przez kilkanaście tygodni, bolało raczej żebro, nie głowa. Od tamtego czasu jeździ w kasku.

O rowerze myśli kilka razy dziennie. Cierpi, jeśli nie może pojechać, odlicza dni i godziny. Zaczął myśleć o rowerze szosowym, ale tak tylko w marzeniach, bo pieniądze są potrzebne na ważniejsze rzeczy. W internecie znalazł porady, co warto byłoby kupić, a co jest zbędnym gadżetem. Po kilku miesiącach rodzina wsparła jego marzenia i wsiadł na prawdziwy rower szosowy.

Następnego dnia wykręcił sto kilometrów. Za dwa tygodnie zrobił sobie wycieczkę na sto sześćdziesiąt. Potem kolega wziął go na rajd wokół powiatu. Rajd rowerowy dla cukrzyka na insulinie to dodatkowe wyzwanie. Kiedy poziom glikemii spada, nie ma zmiłuj, trzeba zostawić grupę i żreć – kanapki, batony, pić sok. Trzeba to wszystko mieć ze sobą, inaczej zostaje tylko telefon na pogotowie. No to żarł kanapki, goniąc peleton, glikemię zmierzył tamtego dnia chyba ze dwadzieścia razy. W ogóle cukier spada ogromnie podczas jazdy rowerem. Jeśli cukrzyk zwykłego dnia bierze 30 jednostek insuliny, to na rajdzie weźmie może 5, albo jeszcze mniej. A kiedy złapie w końcu balans między wysiłkiem, jedzeniem i insuliną, może jechać i jechać, na koniec świata.

Tajemnica dalekich dystansów na rowerze polega na tym, że trzeba jechać powoli. W trakcie rajdu grupa jechała naprawdę powoli i po 140 kilometrach nasz bohater nie czuł się źle. Była godzina 16:30, postanowił sprawdzić, ile sił mu jeszcze zostało. Miał przeczucie… Wybrał trasę bez podjazdów, Charsznica, Falniów, Biskupice, Kamieńczyce… Była akurat niedziela, zabrakło mu wody, wiejskie sklepiki już zamknięte. W Czaplach Wielkich znajomi prowadzą motylarnię, poratowali wodą, bo woda jest najważniejsza, może nawet ważniejsza od jedzenia. Potem Słomniki. Ze Słomnik na Glinicę. Robiło się ciemno, wybierał znane sobie drogi, żeby po ciemku znów nie przelecieć przez jakąś głupią barierę albo nie wpaść w wiejską dziurę. Jest pewna technika pedałowania, która pozwala wycisnąć z nóg resztkę sił. Na ulicach miasteczka, tuż przed godz. 22:00, licznik przekroczył dwieście.

Sztuka wyższa nie domaga się użyteczności

Mam w domu słabowitą serię powieści Lema. Słabowitą pod względem jakości wydania. Klejone kartki, miękka, cienka okładka. Znalazłem stary egzemplarz, wspólne wydanie Solaris i „Niezwyciężonego”. „Niezwyciężony” został kilkadziesiąt lat temu przeczytany przez Andrzeja Łapickiego, mam to nagranie i służy mi jako wzorzec porównawczy wobec współczesnych audiobooków. Skutek jest taki, że mało której książki czytanej jestem w stanie słuchać, tak bardzo brzmią sztucznie i nadęcie w porównaniu do interpretacji Łapickiego.

Solaris zaś, jako chyba najbardziej znany utwór, postanowiłem przeczytać jeszcze raz, mając więcej czasu w czasie pandemii. Książka rozsypuje się, jest już w kilku częściach, a każda z nich grozi dalszym rozpadem w każdej chwili. Noszę ją w plastikowym woreczku z suwakiem.

Przed laty zapamiętałem opisy Oceanu, form, jakie tworzył. Pomysłu na pokazanie Oceanu nie mieli ani Tarkowski ani Soderbergh w swoich filmach. Może dlatego, że fantastycznie został opisany w powieści. Lem bawi się opisem. Opis ten wydaje się zupełnie niepotrzebny dla fabuły i akcji powieści. Lem zagrywa się w sam ze sobą, myśl jego, wyobraźnia, płyną własnym strumieniem, niepohamowanym żadną potrzebą ograniczenia, obowiązku, potrzeby, praktyczności, użyteczności. Lem, mistrzowski erudyta (o czym można się przekonać czytając jego korespondencję z Mrożkiem), sam do siebie puszcza oko, gra sam ze sobą. Wyraża błyskawicznie to, co ja, czytelnik, tylko przeczuwam, że można chcieć wyrazić, że może istnieć taka możliwość, że coś może zaistnieć, przecież tylko w wyobraźni. I zanim, czytając, uświadomię sobie to, co być może w wyobraźni możliwe, to w następnych zdaniach już mam, już Lem to maluje, szybkim i precyzyjnym pociągnięciem literackiego pędzla.

Wracając do tytułu tego wpisu – oczywiście jest on arbitralny, i prawdziwy i fałszywy zarazem. Bo jak zmierzyć użyteczność, przydatność? Czym jest „sztuka wyższa”, kto ją określa, zagarniając ziarna i odrzucając plewy?