Boli

Od kilku tygodni walczę z bólem kręgosłupa, a od tygodnia – z bólem nie na żarty. Walka ta stała się tematem nr 1 w moim życiu – unikanie bólu, oczekiwanie na ból, nadzieja, że będzie bolało coraz mniej, radzenie sobie z rozczarowaniem i paniką, że wcale mniej nie boli. Chwilowe zdziwienia, że nie boli tak bardzo, jak się spodziewałem. Próby poszukiwań, kojarzenie faktów – kiedy boli bardziej, a kiedy mniej i od czego może to zależeć?

Panika, gdy w nocy nie można przewrócić się z boku na bok, albo gdy trzeba iść do ubikacji, ale nie można wstać. Zmagają się wtedy ze sobą dwa bóle – jeden z odcinka lędźwiowego, a drugi od pęcherza. I teraz siłą woli trzeba zablokować oba, a już na pewno ten pierwszy, żeby ból, który się pojawi, nie podciął nóg, i wstając – osiągnąć ten moment, kiedy boli na tyle mniej, żeby zacząć iść. Ale przecież można iść na czworakach, ale tak wyginając grzbiet, żeby nie bolało, natomiast przy samym kozecie trzeba się jednak dźwignąć, ale jest już tak blisko, że choćby byle rzutem na taśmę, ale musi się udać.

Zawęża się świadomość. Człowiek, który kiedyś myślał o gwiazdach i impresjonistach, teraz odkrywa tylko jedną potrzebę. Nie, to nie jest jakieś straszne. Tak po prostu jest. I wtedy już się nie jest pewnym, co ważniejsze – czy napisanie kolejnego, górnolotnego tekstu, czy pięć minut w znalezionej przypadkowo pozycji, kiedy nie boli.

No dobrze, od dwóch dni boli mniej. Znów więc odżywa nadzieja. Zelżało dzięki Radkowi, który po raz kolejny mnie przyjął i okazuje mi swoją cierpliwość, szarpiąc gołymi dłońmi moje ciało. Zresztą Radek, podejrzewam, a nawet prawie wiem, upatruje źródeł mojego bólu w nadpobudliwej psychice. Nie powie, że hipochondrii. A jak jest naprawdę – kto wie? Ja na pewno nie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *