Usłyszałem w radiu, że my wszyscy – rozumiem, że wszyscy Polacy, na przykład – bo wypowiadał się jakiś naczelny polskiej instytucji związany z czytelnictwem – powinniśmy mniej pisać a więcej czytać.
I tak ostatecznie pozostaje pytanie – po co. Jakby wszystko, co przeżywamy, miało nas doprowadzić do tego punktu – stajemy przed wysokimi i szerokimi drzwiami, ciężkimi, w stylu kamienic z początku XX wieku, z klamką na wysokości piersi, na których zawisło to pytanie – po co. Kiedy się wreszcie zrozumie, że od pytania nie ma odwrotu, bo częściej i natarczywiej pojawia się w zasięgu wzroku, nie pozostaje nic innego, jak nacisnąć grubą klamkę, przełamać opór wielkiego zamka, pchnąć ciężar… Chwilę to trwa – przeciśnięcie się przez szczelinę, tak niewielką w porównaniu do wielkości wrót. I stajemy w ciemnym chłodzie korytarza, w którym, być może, majaczą jakieś kształty… I to już wszystko… Na tym koniec…
Literatura, dajmy na to, między innymi sztukami, to nic innego jak setki, tysiące różnych dróg, którymi przechodzili jej kapłani i wyznawcy, po to, aby wreszcie wszyscy mogli stanąć przed tymi samymi drzwiami. Ostateczne pytanie pozostaje to samo, różni się tylko sposób dotarcia do niego. I ostateczna odpowiedź, co zadziwiające, może być zaledwie dwojaka; w tym samym, ciemnym i chłodnym korytarzu, w którym, dla wszystkich, majaczą te same lecz niewyraźne kształty…
