Wymiana ludzi

Odszedł Jasiu. Miał na imię Jan, ale wszyscy mówili na niego zdrobnieniem. Poczciwy, szczery wyglądał zawsze na młodzieńca. Nawet wtedy, gdy beztrosko opowiadał o dializach. Wygłaszał gorące kazania, poczciwiec, choć wygląda na to, że nie bardzo zdawał sobie sprawę, na czym polega dbałość o zdrowie. Szczególnie kontrola cukrzycy. Widocznie można być świetnym opowiadaczem, ciepłym człowiekiem, z sercem na dłoni, i jednocześnie w ogóle nie dbać o siebie, tak jakby poddanie się diecie i leczeniu wykraczało poza zdolności umysłowe. Dziesiątki, może i setki wskazówek – jak okiełznać ludzką naturę, kształtować charakter – i niemożność powstrzymania siebie od ulubionego, bezgranicznego jedzenia.

Po kilku dziesiątkach lat, w trakcie których zapominasz o upływającym czasie, budzisz się wśród ludzi, których już nie znasz. Ze starych znajomych pozostało niewielu, z niektórymi nie można się  dogadać. Otoczenie wypełniło się synami, wnukami twoich kolegów ze szkoły. „Gdzie jestem?” zastanawiasz się – „jak to, kiedy się stało?”. Ci nowi mówią innym językiem, są jeszcze pełni swojej energii, swojego patrzenia, innego niż twoje.

W polityce – ludzie owładnięci powinnością zmian i ulepszania świata, walką z innowiercami, nakazywaniem innym, jacy powinni być. W internecie wzajemne wytykanie palcami, że ci inni źle robią, wśród głupich przegadywanek, pyskówek.  Jakby nikt nie dostrzegał, że znany nam świat odchodzi, odchodzą nasi towarzysze. Następuje cicha wymiana ludzi, nieuchronna zmiana epoki, wobec której zachowalibyśmy może trochę powagi, milcząc, świadomi sytuacji.

Leon w tunelu

To był tunel, duży, o półkolistym stropie, przy średnicy 10-12 metrów. Wyglądał jak plac budowy, nieutwardzona, niewykończona nawierzchnia, pył, kurz, piasek, sypki cement, resztki pogiętych rur, prętów, jakieś worki tu i ówdzie, na wpół opróżnione, rozdarte, zmieszane z kurzem. Od tunelu odbiegały rozgałęzienia, krótkie przełączki, prowadzące do podziemnych, wysokich komór, również oświetlonych u stropu sodowymi lampami. Dzienne światło nie było tu znane.

Nagle, w tym tunelu, jedziemy pociągiem. Mkniemy żwawo, nie jestem pewien, ile osób jest w wagonach połączonych w długi ciąg, który wydaje się nie mieć początku i końca. Lokomotywa powinna być gdzieś z przodu. Nagle widzę, że pociąg, co jakiś czas, zostawia obok torów, przy ścianie tunelu, jakąś postać. Wyglądam przez okno, na ile pozwala pęd, oglądam się do tyłu i widzę, że został Leon.

Pędzimy dalej, a Leon jest coraz dalej, siedzi na brudnej ziemi, plecami opiera się o ścianę. Próbuję biec w stronę przeciwną do jazdy pociągu, korytarzem w wagonach. Leon ma osiemdziesiąt lat i słabą pamięć, pewnie nie zdaje sobie sprawy, co się dzieje. Jeśli nie zrobię nic, nigdy go już nie zobaczę. Ale nie zdążę, musiałbym wyskoczyć, na nic to wszystko.

Leon niknie mi z oczu. Odwracam się i widzę moją córkę, która wyglądem przypomina dorosłą kobietę. Sara – wołam – zrób coś, pomóż mi! Jak to się stało, że wsiedliśmy do tego pociągu? Mój głos jest dziwnie słaby, skrzekliwy, chcę zrobić krok, ale przychodzi mi on z trudnością, chcę coś wymyślić, na pewno da się coś wymyślić, ale mózg nie chce pracować, nie wiem nic, nie wymyślę nic, pociąg pędzi, ja stoję bezradnie między siedzeniami.

Sara nie odpowiada, stoi nieruchomi, pociąg mknie dalej, czuję, że robi się duszno, jakby zaczęło brakować tlenu.

Na mostku kapitańskim

Wychodzę wieczorem na balkon. Ocalał, choć przez lata ojciec chciał się go pozbyć. Zamurować drzwi, pozostawić tylko otwór na okno. Chciał się go pozbyć, bo nikt na niego nie wychodził. Nikt nie wychodził dlatego, że kiedyś, na początku, na balkon wychodziło się ze strychu. Nie było mieszkań, był strych, bo „może kiedyś będzie tu mieszkanie”. Wprawiono drzwi drewniane o dwóch skrzydłach, podwójne, z szybami w górnej części. Wtedy wszędzie były okna podwójne, a szyby pojedyncze.

Potem powstało mieszkanie i ojciec z matką mieli tu sypialnię. Na balkon nikt nie wychodził, bo drzwi się spaczyły i nie dawały się otwierać. A jeśli już otwarte, to ledwo dawały się zamknąć. Nie było czasu wychodzić na balkon. Po co.

Potem zamieszkała tu młoda para, czyli moja dziewczyna i ja. Było zimno. Po dwóch zimach wymieniliśmy okna i drzwi balkonowe. Wtedy ojciec znów chciał zlikwidować balkon, na który nigdy nie było jeszcze balustrady. Jednak zrezygnował, nawet zafundował niezgorszą balustradę, za niezgorszą kwotę. „Coś ty, nie wiedziałeś, że to tyle kosztuje?” – powiedział. Nie wiedziałem. Balkon zastawiliśmy łóżkiem, szerokim, duży pokój podzieliliśmy na dwa, sypialnia była mała. Nie sposób przejść do balkonu. Przechodziliśmy może cztery razy w roku. Drzwi balkonowe uchylaliśmy by przewietrzyć, tyle. I tak były zasłonięte kotarami.

Wynieśliśmy się z sypialni, by spełnić marzenie córki o swoim pokoju z balkonem. Wreszcie drzwi otwierają się szeroko, prowadzi do nich prosta droga. Przechodzę przez nie, opieram dłonie o balustradę i patrzę przed siebie. W dole biegnie w poprzek ulica, oświetlona uliczną latarnią. Po drugiej stronie – pawilon i zarośla. Skarpa, krzewy, rosnąca radośnie trawa, drzewa, żywopłot. Dalej osiedle domków, jak nasz, tylko młodszych, dlatego ładniejszych. Grają świerszcze, nad głową przepływa w szumie samolot, schodząc do lądowania w Krakowie.

Balkon delikatnie drga, zaraz porusza się do przodu. Patrzę w lewo i w prawo, a oto krańce budynku ruszyły w ciemności z posad. Z balkonem wysuniętym jak mostek kapitański zbliżamy się do asfaltu ulicy, przepływamy niezmiernie wolno ponad, już majaczą kształty na drugim brzegu. Wznosimy się nieco, by nie zawadzić o dom lekarza i otaczające go świerki, pod nami dachy i latarnie. Dalej teren i droga opada mocno, przez osiedle. Tam mój brat, czteroletni, rozpędził się na rowerze i goniłem go, żeby zatrzymać. Trochę dalej – zjeżdżaliśmy na sankach, gdy ojciec Krzyśka, kuzyna, zabrał nas jednego, jedynego dnia. Dzień był słoneczny i mroźny.

Jeszcze dalej – ulica Powstańców, na której poganiałem mój nowy rower, w zapachu jaśminów i upalnej wiosny, porannej rosy i pary tchnącej z asfaltu i zarośli. Przepływamy nad wysokim budynkiem szpitala, ponad światełkami z okien bloku C, który długą ścianą ciągnie się ze wschodu na zachód. Pamiętam dobrze salę na czwartym piętrze, we wschodnim skrzydle, pozdrawiam ją wyciągnięciem dłoni, choć z pewnością nikt nie patrzy teraz za okno i nie widzi mnie na mostku kapitańskim.

Dalej już prawie pola, tylko minąć ścieg obwodnicy dziergany światłami samochodów, szkołę, boisko, posterunek policji, rząd domów i ten ostatni, przy którym świeci samotna lampa. Potem tylko pola, wiatr ciepły, na szczęście, o tej porze roku, szczekanie psów podnoszących pyski do naszego ciemnego kształtu, chciałyby z nami, ale nie mogą, zostają w tyle, rozpływamy się w ciemności.

O świcie balkon stanie tam, gdzie zawsze, granie budowli niewzruszone na fundamentach, o piątej rano przymkniemy balkon, gdy ruszają ulicą samochody.

Leon umarł

Leon umarł wczoraj. Dostałem sms z DPSu. Nie było mnie przy tym.

Teraz mogę wspomnieć. Gdy tydzień temu siedziałem przy łóżku (był wiosenny, słoneczny dzień), leżał spokojnie z twarzą zwróconą w stronę okna, zasłoniętego firanką i jasną, pomarańczową zasłoną. Nie czuł bólu, tylko osłabienie, brak pamięci. Z trudnością słyszał, dlatego trudno nam było rozmawiać. Był wychudzony i pożółkły… Czasem przymykał oczy, jakby przysypiał. W pewnym momencie przestał oddychać…

Zastanawiałem się, czy to już. Może dane mi będzie być przy śmierci człowieka. Nieprawdziwe zdawały się opisy, które słyszałem jako dziecko. Kiedyś wujek opowiedział, że odwiedzał kogoś w szpitalu i ten ktoś umierał, ale nie mógł. Tak, jakby chciał, i śmierć też chciała, ale samo ciało nie mogło się poddać. Potem długo przeżywałem ten opis (straszne) i wyobrażałem sobie, jak to mogło być.

Teraz, przy łóżku Leona, okazało się to nieprawdą. Przynajmniej w tym przypadku. Śmierć nie musi walczyć z ciałem, może je obejmować, spokojnie, uspokajać, w słoneczny dzień. Nie ma cierpienia, krzyku, jest spokojne popadanie w nicość. Przychodzi jak sen. Ulatuje pamięć, blaknie świadomość. Tyle.

Patrzę. Leon nie rusza się, pierś nawet nie drgnie. Czy…
– I co tam?! – huknąłem głośno.
– Co? Co? A… nic… – drgnął nagle, prawie zerwał się, na ile pozwalały mu siły. Zaraz opadł na poduszkę. To było tydzień temu.

Kilka dni życia

Wczoraj siedziałem pół godziny przy łóżku człowieku, któremu pozostało kilka dni życia. Nie cierpi, czuje się coraz słabszy, czuje, że opuszcza go zdolność myślenia, pamięć. Słabo słyszy. Próbowaliśmy rozmawiać, nie wychodziło. Za uchylonym ciepły, słoneczny dzień wiosny.

Ostatni poranek w Cluj

Wstaje dzień w Transylwanii, w Cluj-Napoca. Dziesięciopiętrowy blok stojący w szeregu innych dziesięciopiętrowych, ma „za swoimi plecami” kolejne rzędy bloków, szerszych, niższych, dłuższych i krótszych, rozłożonych nieregularnie na przestrzeni nieco ponad sześć hektarów. Mieszka tu sto dwadzieścia tysięcy mieszkańców.

Naprzeciwko bloku wznosi się wzgórze Zorilor. Piętnaście lat temu widać było na nim głównie rozłożone nierówno nagrobki, malutkie z tej odległości. Z prawej strony cmentarza rozciągały się puste pola, z lewej krajobraz prowadził w stronę doliny i miasta. Stok wzgórza przecięty był wstęgą drogi, wznoszącą się stromo, z jednym, bardzo ostrym zakrętem. Teraz wokół cmentarza wybudowano domy, przy zakręcie – supermarket, mimo dużej stromizny i problemów z doprowadzeniem drogi dojazdowej.

Patrzę przez okno na piątym piętrze i porównuję to, co widzę, z widokiem pozostałym w pamięci. Jeszcze kilka spokojnych chwil, a potem pakowanie. Ostatni poranek w tym mieście, w tej podróży.

 

Oto zdjęcia mieszkańców tego miasta zrobione na ulicach

ulica



A tutaj zdjęcia z parku sportowego

rumuński park sportu

 

Mapa wewnętrzna

Każdego dnia buduję wewnętrzną mapę. Ścieżki, drogi, drzewa, domy, chmury, a dzisiaj – mróz trzynastostopniowy, cztery dni temu wyjazd do Warszawy, przedwczoraj nowy aktor w starym spektaklu, dziś rano przeczytany artykuł, wczoraj obejrzany film i inspicjentka lekko wystraszona, przed nowym dla niej spektaklem. A! Kilka godzin wcześniej, oczywiście, śnieżyca, śliska droga, sznur samochodów, który pozostał z tyłu i szczęśliwa wolność i samotność. Zaś teraz słońce przenikające przez zasłony, poczucie, że do mojego prawego boku przytula się syn.

To wszystko buduje moją wewnętrzną mapę. Budowało przez lata, jeszcze chwila i minie pół wieku. Moja mapa to ja. Kiedy pomyślę, że wokół mnie też chodzą mapy i że każda jest inna, to wydaje się cudem, że one mają części wspólne, a poruszający się w nich ludzie czasem mogą się, choć na chwilę, spotkać.

Nudności

Jest niedobrze. Znaczy – nudności. Jakby się chciało wymiotować. Ale się nie zwymiotuje. To może najgorzej. Wymioty przynoszą ulgę, przynajmniej na chwilę. A tak – ulgi nie będzie.

Jest jedenasta dwadzieścia wieczorem. Co było rano? Rano to jak tydzień temu. Tak dawno. Zwolnienie pisane w zeszycie kontaktów, błaganie w oczach dziecka, rodzic, który nie chce być srogi, ale nie może na wszystko się zgadzać, ciasto wiezione do szkoły, śnieg na oponach, kamera w dłoni i statyw z suwakiem, gorąca czekolada, walizka na kółkach, dwie dziewczyny w czerni siedzące przy kawie, wstęga czarnej drogi wśród białawych pól, dziki parking w Krakowie, spotkanie na przystanku, automat biletowy w autobusie, portier z numerem klucza siedemdziesiąt trzy.

Ktoś coś mówił, ktoś się uśmiechał, ktoś ustąpił drogi i powiedział przepraszam. Ktoś zaproponował, że pomoże, przeniesie, potrzyma, podpowie. Zadzwoni, poczeka, dowie się, zastanowi.

Kable dźwiękowe na scenie i pliki wideo kopiowane do komputera, scenariusz w dłoni, zielone światełka na mikserze dźwięku. Kolega, który biegnie z butelką wina i mówi: to dla ciebie. Dla ciebie.

Ktoś wziął te dziwne papiery księgowe, wypełnił wszystkie rubryki i kazał podpisać. Tylko podpisać. Sylwia. Niespodziewanie.

Próba i spektakl. Spektakl – pierwszy raz. Przemierzanie wzrokiem scenariusza, głos inspicjentki Magdy, jej nowy głos w głośnikach wewnętrznego interkomu, w całym teatrze. 

Spektakl, premiera, znane od dawna twarze, wspólna chwila. Chwila. Jak chwila. Miasto nocą, tramwaj, autobus, zmęczeni ludzie, kobiece twarze z utrzymującym się jeszcze makijażem. Śnieg na trawniku też utrzymał się jeszcze. Trzaśnięcie drzwiami kierowcy i znów wstęga czarna, wśród czarnych pól.

To było dawno. Niedawno. Przed chwilą, jak przed tygodniem. Należy teraz zamknąć oczy, ale tak trudno to zrobić. Bronią się, znajdują ciągle preteksty. Zamknąć na siłę, ogłuszyć, dobić. Jutro też jest dzień… Będzie dzień…

Zapomniana dolinka

Wśród osiedla położonego na górze, dużym pagórku, jest dolinka. Przecina ona stok pagóra, po jego północnej stronie. Na stromych zboczach rosną świerki. Zaczyna się niewinnie, jak wąwóz ukryty wśród zwykłych pól, jak wąska ścieżka, której kontynuacji nikt nie jest w stanie przewidzieć.

Dolinka układa się dziwnym trafem między wysokim zboczem z lewej strony, a skarpą z prawej. Na szczycie lewego zbocza stoi rząd domów, które miały ambicję na wille, gdyby ich właścicielom nie zabrakło funduszy na wykończenie. Na skarpie z prawej strony ciągnie się rząd garaży, blaszaków. Budżetowa wersja ambitnych marzeń. Gdzieś tam dalej, ponad blaszakami i za domami, leży się osiedle bloków, obejmujące górną część góry.

Dołem opadającej dolinki, którą może należałoby nazwać parowem, prowadziła ścieżka. Do czasu, gdy ktoś nią chodził. Gdy miał po co chodzić. U dolnego jej wylotu otwiera się lejkowato płaska łąka, zamknięta z drugiej strony ogrodzeniami prywatnych gospodarstw.

Dzieciarnia i nastolatki przychodzili tam zimą, gdy napadało więcej śniegu, pojeździć na sankach i nartach. Do wyboru były krótkie, ale bardzo strome zbocza, albo dłuższa trasa wzdłuż ścieżki. Pędzili w dół, dopóki starczyło prędkości, potem zatrzymywali się, odwracali i patrzyli w górę.

Nie było wyciągu, narty musieli zakładać na plecy, sanki ciągnąć sznurkiem albo brać pod pachę i wspinać się z powrotem. Jeśli chcieli znów zjechać. Nie było pośpiechu. Koniec zabawy wyznaczał i tak krótki, zimowy dzień.

W dwa tysiące osiemnastym roku dolinka ciągle jest, lecz trudno odnaleźć do niej wejście. Czy ktoś wykupił wokół niej teren? Czy właściciele blaszaków wyznaczyli ściśle swoje granice tak, że nikt nie może się przecisnąć? Czy ścieżka zarosła? Czy na dole, u wylotu dolinki, zrealizowano nowe inwestycje i łąka przestała istnieć? Śniegu podczas zim prawie nie ma. Czy ktoś jeszcze zjeżdża na nartach tam, gdzie nie ma wyciągów?

Znam faceta, który

zaczął pisać bloga, jak zobaczył na ekranie USG swoje dziecko. Przyszłe dziecko. Zobaczył tak naprawdę jakieś kłębiące się piksele, a na słowo uwierzył, że to dziecko. Płód.

Niedawno ten sam facet dowiedział się, że dziecko stało się kobietą.

Ha ha, ale wydarzenie! No po prostu tak jest. Prędzej czy później. Czas płynie, świat idzie, nie wiedziałeś?

Ten facet teraz może nawet chciałby napisać o tym na blogu, ale czuje, że jakoś nie bardzo… Kiedy dawno temu lekarz pokazał jakiś ciemny punkt na ekranie monitora i stwierdził, że to dziewczyna, to facet roztrąbił to w internecie. A teraz ma skrupuły.

A może nie chodzi o skrupuły, tylko zwyczajnie go zamurowało. Ale! Od razu zamurowało. Może facet po prostu nie jest od tego, żeby go coś takiego ruszało. No dobra, możliwe, że facet myśli o sobie, że jest już taki stary, a nie przypuszczał. Albo że kolejna kobieta w domu to kolejny kłopot. A może planuje, co dalej. Może w wyobraźni widzi już weselisko, może już za parę lat, które zlecą migiem, co go nawet jakoś nie przeraża, bo może w życiu przestał czuć przesadne radości jak i zniewalające smutki.

Zresztą co powiedzieć córce? Gratulować? A jest czego? Może tylko upływającego czasu, nad którym i tak nie mamy kontroli. Gratulować przymusu, w jakim stawia nas natura, nie pytając o zdanie? Gratulować? Bezradności? Czy raczej życzyć powodzenia? Co na jedno wychodzi.

Dalej, dalej, coś nas popędza, ciało, hormony, rozwój akcji, kiedy my nie bardzo chcemy – po co, do czego, dlaczego?