Dreptanie na prowincji

Ulica Warszawska fot. Piotr Kubic

Powroty ze szkoły. Boczną uliczką, tuż obok zamkniętego wiaduktu kolejowego. Pięćdziesiąt metrów dalej była stacja kolejki wąskotorowej, z bocznicami! Budynkiem stacyjnym, który dalej stoi, teraz jest zamieszkały. Miejsce po torach porastają gęste klony. Pierwszy raz poszliśmy tam z Beniaminem zimą. Właśnie skończył zajęcia w zerówce o godzinę wcześniej niż jego siostra. Był mróz, a może tylko chłodny wiatr, może zaledwie wilgoć, a jednak przemarzliśmy obaj. W szkole rozgrzewaliśmy się przy żeliwnym kaloryferze, gdy rozległ się dzwonek na przerwę. Rok temu, tylko rok, a już chłopiec wspomina – tato pamiętasz? Schodziliśmy ze stromej skarpy trzymając się połamanych słupków ogrodzeniowych i kolczastej siatki, obok dużego, niegdyś fantastycznego, teraz opuszczonego i fantastycznego domu z wielką, drewnianą werandą o ogromnych oknach. W krzakach bez liści walały się butelki i puszki, ślady letnich gości.

Teraz stoimy na ulicy Warszawskiej. Bo opuszcza miasteczko w stronę Warszawy, tej dalekiej, którą tu tylko z nazwy, u nas, na prowincji, wspomnieć można.

W Szeligówce

Jest szósta dwadzieścia rano. Zanim otworzę oczy słyszę rozmowę, targowanie się. Trzy osoby leżą w łóżkach, jedna z nich miarowo oddycha, druga mruczy coś prawie przez sen, trzecia z nich to ja. Targowanie odbywa się między osobą, która mruczy, a najmłodszym członkiem naszej rodziny. Ten, czwarty, jest już ubrany, w pozycji wyjściowej, i negocjuje warunki opuszczenia domu.

Wychodzę za nim na zewnątrz. Wyskoczyłem z łóżka, zbiegłem schodami na dół. Bosymi stopami zbieram poranną rosę, ramionami – poranny, sierpniowy, wstrząsający mną chłód. Jeszcze nie tak wstrząsający, jak ten jesienny, który już teraz zdaje się zapowiadać. Po pół godzinie, ubrani na wędrówkę, wspinamy się wąską, wiejską, wyłożoną asfaltem, bo współfinansowaną przez Unię, drogą. Za kilkanaście metrów droga się skończy i pójdziemy szlakiem.

Pyzówka fot. Piotr Kubic

W żółtym budynku mieszkamy od niedzieli, wraz z kilkunastoma rodzinami i w sumie ponad trzydzieściorgiem dzieci. Stamtąd wyszliśmy. W tle są Tatry. Śniadanie zaczyna się o ósmej trzydzieści. Zdążymy. Znajdziemy drogę na przełaj, przez łąki, slalomem między krowimi plackami i schylając się pod drutami elektrycznych pasterzy. Przy dojściu do domostw oszczekają nas psy.

Szeligówka w Pyzówce z Tatrami w tle, fot. Piotr Kubic

Instrukcja

Chłopak nie uśnie dopóki matka (albo ojciec) nie położy się obok niego. Potem chłopak przytula się na moment, po czym mówi: odwrócę się do ściany na chwilę. Po pięciu sekundach rozlega się jego równy oddech. To jeszcze nie ten sen. Za pół minuty, może minutę, chłopak odwraca się i znowu przytula. Potem bierze rękę ojca (albo matki), kładzie ją sobie na piersi i przyciska swoimi rękami. Tak odwraca się do ściany mówiąc: jest mi dobrze. I powoli zasypia. Teraz można delikatnie spróbować wyciągnąć rękę, obserwując reakcję chłopaka, słuchając jego oddechu. Na koniec okrywamy go kocem i zostawiamy.

Nie ma prawa grać na pianinie

Jest wieczór. Wieszam pranie. Nie pamiętam, kiedy ostatnim razem wieszałem pranie. Kto zwykle wiesza pranie…?

Nie powinienem pytać. Powinienem raczej napisać: ktoś inny na co dzień wiesza pranie.

Ale zaraz. Przecież wiem, kto zwykle wiesza pranie, dlaczego więc nie napisać – kto?

Bo tym razem nie chodzi o to, kto wiesza pranie, tylko że nie robię tego ja.

Przewrotne. W ten sposób skupiam się na sobie, nawet jeśli to nie ja wieszam pranie. A to żadna zasługa. I to jest co najmniej dziwne. To nie fair. Ha, to nie jest dziwne, to po prostu egocentryzm.

Chciałem wieczorem grać na pianinie, lecz potknąłem się o miskę z praniem do wywieszenia. Potem okazało się, że aby je wywiesić, muszę złożyć to pranie, które zajmowało suszarkę. Bo nie było wolnego miejsca. Złożyć to nie tak łatwo, złożyć – nie tak hop siup. To posegregować na cztery osoby, włożyć do szafy każdej z nich, na półkę, do szuflady. Niosę pranie do pokoju, a tam sterta prania do prasowania. Psia kostka. I jak tu grać na pianinie…

Pianino w ogrodzie fot. Piotr Kubic

jestem

Jestem winien Wam ten wpis (o ile ktoś tu bywa i czyta): jednak obudziłem i piszę ja, Piotr, nie moja żona. Gdybym nie napisał wczoraj tego, co napisałem, dziś rano miałbym spokój, a tak – poczułem obowiązek otwarcia komputera, wejścia na ten blog i dania znaku życia.

W każdym razie znów mam poczucie, że skoro nie śpię, to kontroluję moje życie. Ale to pewnie jest złudzenie. A! I jakoś udało się uzyskać świetny wynik glikemii na czczo, 85 mg/dl…! Ciekawe… Czyżby dlatego, że objadłem się czekoladą na dobranoc…?

Dobrej środy!

Pada deszcz

Przybiegł deszcz. Stroskana matka pokrywa swoją troskę powtarzanymi radami, tymi samymi od kilkunastu lat, zastygłymi jej na ustach w podobnych konfiguracjach, które już nie pasują do coraz starszych, coraz bardziej samodzielnych dzieci. Czy wziąłeś parasol? Masz się gdzie schować? Przebierz się zaraz po przyjściu.

Inna stroskana matka, której dzieci mają już swoje dzieci, poszukuje kolejnych, cudzych dzieci (dlaczego by nie cudzych?), choć na pół godziny, na pół dnia. By wykształcone do perfekcji, przez lata, w bólu i cierpliwości, odruchy nie trafiały w pustkę, choć przez chwilę. By się jeszcze komuś do czegoś przydały.

Chyba większość kobiet, które stały się matkami, nie przestaje nimi być nigdy. Może zadaniem ojca jest zacząć chronić dziecko przed jego matką wtedy, gdy nadejdzie właściwy czas.

Życie zdaje się ciągłym poszukiwaniem, potem odnajdywaniem, po którym nieuchronnie nadchodzi zagubienie. I dalej, jeśli tylko ludzie są skłonni podjąć poszukiwanie na nowo, mimo rozczarowania, że już wszystko było dobrze i nie wiadomo dlaczego nie jest, to znów odnajdą coś, ale nie to samo co wcześniej, tylko trochę coś innego. No chyba, że już nie chcą poszukiwać.

Deszcz jeszcze przechodzi nade mną, słyszę go z okna, przecież nie czuję na samym sobie.  Nie jestem nastolatkiem, który by pozwolił kroplom spadającym z nieba lądować na swoim karku zupełnie tak sobie, dla własnego widzimisię, bez głębszego powodu. I może szkoda.

Stokrotki, zmartwychwstanie, fot. Piotr Kubic

Rozmowy rodzinne

Beniamin:

– Tata, kiedy będziemy grać w piłkę??
– Nie teraz – odpowiadam – teraz robię zdjęcie.
– To kiedy będziemy grać?
– Jak dojdę do ściany. To znaczy…. Muszę sprawdzić wszystkie pomysły i wszystkie wątpliwości, jakie mi przyszły do głowy. Kiedy nie będę wiedział, co dalej robić, wtedy zagramy.
– Tata, ale to będziesz robił całe dnie, bo ty jesteś taki mądry – jęknął z rozczarowaniem.
– Właśnie nie. Zaraz mi się skończy natchnienie.

– Tata, traktuj to, co powiedział Beni, jako komplement – zaproponowała Sara.
– A! Dziękuję! Świetna rozmowa, muszę ją opisać na blogu.

Na to Beni:
– Ojej, szkoda, że powiedziałem ten komplement…
– Nie nie, bardzo dobrze, świetnie! – odparłem szybko – Tylko muszę zapisać teraz, bo zaraz zapomnę.
– To zapomnij! Bo kiedy będziemy grać??
– Oj, już zapomniałem… Przypomnijcie mi! Jak to było? – rzuciłem w stronę dzieci, otwierając komputer.
– Ja ci nie powiem – zdecydował Beni.
– Ja chyba też zapomniałam… – zamyśliła się Sara.
– I to będzie bardzo dobre ćwiczenie literackie! – zdecydowałem. Wyciągnąłem ręce nad klawiaturę i zacząłem pisać…

Dzieci czytają

Sprzeciw początkiem samodzielności…?

Skąd bierze się tyle zniechęcenia rodziców względem dzieci? Dziecko, które jest już pełnoletnie i chce coś zrobić według własnego planu, spotyka się tylko z wątpliwościami, ubolewaniem, opiniami w stylu „tak się nie robi”. Ale nie same słowa są problemem, tylko ton, w jakim zostają wypowiedziane. Ton bezwarunkowy, bezdyskusyjny, ton oczywistości.

Przypominam sobie rodziców, którzy na różne sposoby próbowali odwieźć swojego dorosłego syna i jego żonę od wyjazdu za granicę. „Nie dacie sobie rady” brzmiała diagnoza. A może niepotrzebnie ubolewam? Bo taka postawa rodziców tym bardziej prowokuje młodych do samodzielności. Do podjęcia własnej decyzji wbrew. Do sprzeciwu. Sprzeciw jest dowodem na to, że ktoś, kto się sprzeciwia, rozpoczyna wreszcie własną drogę.

To chyba nie jest do końca wyjaśnione, którzy rodzice wychowują bardziej samodzielnego człowieka. Czy ci, którzy bardzo go kontrolują i ograniczają, aż wreszcie on ma tego dość i zdecydowanie zrywa pępowinę. Czy ci, którzy są liberalni i częściej pozwalają młodemu w jakimś zakresie samodzielnie eksperymentować i brać na siebie konsekwencję własnych poczynań. Może czyta to jakiś psycholog albo pedagog i wyrazi swoją opinię? Ciekawy jestem, na ile jest prawdopodobne usamodzielnienie się młodego człowieka bez sprzeciwu?

Zdjęcie rumuńskiej rodziny i emocje

W poprzednich wpisach dawałem wyraz dopadającym mnie silnym emocjom. Teraz jestem już w Polsce i tamten czas zaczyna nabierać perspektywy… Gdybym miał te emocje jakoś przenieść poprzez fotografię, to… No właśnie, może taki mały eksperyment. Co czujecie i myślicie, patrząc na to zdjęcie i wiedząc, że to są członkowie mojej najbliższej rumuńskiej rodziny…? Piszcie w komentarzach. Można pisać prawdę, nawet pod pseudonimem!

Rodzina

Przenosiny jednej szafki

W korytarzu, prowadzącym do naszego mieszkania, zrobiło się ciaśniej. A chodziło przecież o porządki, a raczej usprawnienie życia dnia codziennego. Innymi słowy – wczoraj, o godzinie 23:47 (czyli pół godziny temu), zakończył się (prawie) remont pokoju dzieci (o ile takie rzeczy kiedykolwiek się kończą).

Szczęśliwie też stworzony został „kącik do majsterkowania”, składający się z jednego segmentu meblościanki, kilkudziesięcioletniej, w którym mogę ułożyć moje „skarby”, czyli zestaw śrubokrętów, blaszek, śrubek, nakrętek, wkrętów, podkładek, kołków rozporowych, drewienek, papierów ściernych, wierteł do metalu i drewna, żarówek, kabli, przejściówek…

I tu pojawia się refleksja. Ponieważ musieliśmy przestawić biblioteczkę, nie dało się tego zrobić bez wyjmowania książek. Dowiedziałem się, czego od dawna nie czytaliśmy, choć mieliśmy nadzieję czytać. Jakieś dziesięć lat temu spora część książek trafiła na makulaturę, a te, które ocalały, miały być szczególnie wartościowe.

Ich wartość jednak stoi pod znakiem zapytania, skoro nikt jej, przez dziesięć lat, nie sprawdził. Nawet sobie o nich nie przypomniał. Cóż, przekładanie rzeczy z miejsca na miejsce… uczy. Uświadamia, że ciągniemy ze sobą balast, z biegiem lat coraz większy. Objawia się on w przypadku przeprowadzki, choćby tak drobnej, jak przeniesienie biblioteczki z jednego pokoju do drugiego. A cóż dopiero, gdyby zaglądnąć w inne zakamarki?

To jest przerażające, bo czy naprawdę aż tak wiele potrzebujemy? Czy nie możemy się rozstać z czymś, czego nie używaliśmy od dziesięcioleci? Mam przecież kolekcję płyt winylowych. Albo trzeba je grać, albo komuś oddać. Przetrzymywanie ich jest jakimś łudzeniem siebie, a samo przenoszenie z miejsca w miejsce – niepotrzebnym bólem nostalgii.