Syn poleca mi film

Jeśli mój czternastoletni syn poleca mi film sprzed 23 lat, to muszę go obejrzeć. Po pierwsze dlatego, że czekam już kilka lat, żeby polecił mi film z tych, które on ogląda. Po drugie – jeżeli podoba mu się filmy starszy niż on sam, to jest to jeszcze bardziej intrygujące. Po czwarte i piąte – tego nie muszę wyjaśniać rodzicom – wiem, że w ten sposób dowiem się bardzo dużo o moim synu, tym bardziej że (tego też nie muszę wyjaśniać (rodzicom)), wiem o nim coraz mniej i tylko czekam na moment, w którym moja niewiedza będzie miała emocjonujące, coraz poważniejsze, a może in katastrofalne skutki (oczywiście katastrofalne tylko w moim wyobrażeniu).

Wczoraj w nocy, po całym dniu pracy, zacząłem oglądać i po 5 minutach już wiedziałem, że jest to bardzo dobre kino – świetny scenariusz, obsada, reżyseria, zdjęcia i montaż. Temat i fabuła – drastyczne. Tempo – przygniatające jak na tatusia, który pada ze zmęczenia, więc padłem . To nic dziwnego – najlepiej usypiają rzeczy proste albo tak skomplikowane, że mózg nie jest w stanie za nimi nadążyć.

Podejdę więc do filmu po raz kolejny, ale… dziś jest sobota i wrócę do domu około północy. Jutro – podobnie. Najwcześniej więc – poniedziałek. Muszę to zapisać w kalendarzu, żeby nie umknęło…

Niewinnie szczery

– Nie czuję, że coś szczególnego się stało – powiedział Beniamin, trzymając w ręku trofeum „dla najlepszego bramkarza”. Na turnieju piłkarskim.

Kiedy kolega z drużyny zapytał go:
– Za co dali ci tytuł najlepszego bramkarza?
Odpowiedział beztrosko, tyle szczerze co nierozważnie, z uczciwością naiwną:
– Nie wiem za co.

Ale ja wiem, bo widziałem, jak bronił bramkę. Ale wiem też, że on tego nie dostrzega. A nie dostrzega, bo naprawdę był zajęty bronieniem.

Tak, syn ma rację. Zostajemy wyróżnieni, otrzymujemy nagrodę, ale przecież tak naprawdę wiele się nie zmienia. Dopiero z czasem zaczynamy oklejać to wydarzenie nimbem niezwykłości. Tworzymy legendę, znajdujemy uzasadnienia, że tak właśnie miało być.

Lubię jego spostrzeżenia. Jest w nich coś bardzo mi znajomego, tak bardzo, że chce się powiedzieć: tak, jest właśnie tak, jak mówisz. To jak cud, niesamowite, nie do uwierzenia. Gdybym nie znał pojęcia „geny” i nie wiedział, że on ma połowę moich.



Beniamin prezentuje

Inspiracja to wielka tajemnica. Jak wywołać u kogoś działanie, nie każąc mu wprost, nie manipulując nim w sposób nachalny, prymitywny? Pewnie każdy rodzic ma w swojej pamięci chwile, których się wstydzi, jako rodzic. Ja też mam. Mój syn, kiedy miał cztery, może pięć lat, wziął organki i dał w nie z całej siły, tak bardzo, że w końcu nie mogłem wytrzymać. Dźwięk był ordynarny, głośny, stał się dla mnie nie do zniesienia. Stłamsiłem wtedy mojego syna, który nie powrócił już do instrumentu.

Puchar Jaksy, Miechów, fot. Piotr Kubic

Ale robiliśmy w domu zabawy i ćwiczenia z aparatem cyfrowym. Zabrałem kiedyś dzieci na zlecenie – miałem fotografować rowerową jazdę na czas. Każdy z nas miał aparat fotograficzny, co widać na powyższym zdjęciu. Kilka dni potem Beniamin przychodzi do mnie i pokazuje mi nagrane przez siebie filmiki. Sam zrobił materiał do filmu. Dlaczego sam? Dlatego, że ja też wolałem pracować sam. Dlatego, że nikt swoją obecnością nie zaburzał delikatnej nitki, która ciągnie się w wyobraźni, w emocjach, nastroju.

Wziąłem nagrania Beniamina i zmontowałem. Oto efekt.

Lubi piłkę

Chłopak westchnął przez sen. Wiem, co mu się śni. Piłka. Właśnie teraz na pewno gra w piłkę, w wyobraźni, we śnie. Dziś mieliśmy grać w piłkę wieczorem, ale się wykpiłem, bo padał deszcz. Nawet nie trzeba było chłopaka specjalnie odwodzić od wyprawy na boisko. Kiedy pada, jemu, jak na razie, nie chce się grać. Wiem, że to może zmienić się z czasem i na pewno się zmieni. Dziwnym trafem ten chłopak lubi wodę, zawsze lubił. Jak na razie udaje się go powstrzymać postulatem przyzwoitości, albo prostym „kiedy pada nie gramy w piłkę”. Lecz dobrze wiem, że to tylko kwestia czasu i nawet ja sam nie wiem, jak długiego, żeby zaatakował i w tym polu. (Ha, czyż nie jest to wyrażenie piłkarskie – zaatakować w polu…?)

Beniamin, fot. Piotr Kubic

Jutro, kiedy wstanę, on już będzie siedział przy komputerze i oglądał najlepszych napastników na świecie. Kiedy przejdę mu za plecami, zmierzając do toalety, on tylko się odwróci i niepewnie spojrzy na mnie. A ja nie zamierzam go krytykować, przecież jak dziecko nie może spać, to co ma robić? Ewentualnie czytać książki i on nawet czyta, nie mogę powiedzieć. I to jest jeszcze trudniejsze, bo kiedy czyta książki, to ma argument na oglądanie piłki nożnej. Zresztą nie mogę go krytykować za każdym razem, sam czuję, że to jakieś nie fair, zresztą gdybym go za bardzo krytykował, to zostawi tę piłkę i weźmie się, sam nie wiem za co, pewnie coś gorszego.

Pozwalamy mu więc kopać piłkę też w domu, tyle, że gąbkową, która nie zrobi wielkiej szkody, jakby co. Rozbity klosz w przedpokoju to nic przecież, lampa i tak była najtańsza w sklepie, więc nawet szkoda wspominać. A jak chce kopać, to mamy z nim układ, że przedmioty wrażliwe odstawia trochę dalej, na przykład gitarę albo butelki po piwie. Jak laptop jest otwarty, to on ma obowiązek go zamknąć. No i nie powinien kopać po kwiatkach na parapecie i przeważnie nie kopie. Jak kopnie na piętrowe łóżko, gdzie czyta książkę jego siostra, to wie, że ma przeprosić i ewentualnie wynagrodzić szkodę, jeśli z sufitu odpadnie ulubiony siostry, przyklejony kwiatuszek.

Mamrocze coś przez sen. Idę posłuchać, może przepowiada wyniki środowych meczów. Taki dzieciak, jakby mógł nieźle przepowiadać (a to przecież nie jest wykluczone), to i rodzinie by się przysłużył i wtedy nikt by mu na to kopanie słowem nie powiedział. Kto wie, może nawet ja mógłbym przestać chodzić do pracy.

Nie wiem gdzie on jest



Głowa mojego syna jest gorąca, a w wyobraźni widzę zimne ślady opon na śniegu, tuż przed naszym domem. Każdy z tych śladów jest jak kanion, jeden obok drugiego. Gdyby być krasnoludkiem, można by podróżować przez nie cały dzień. Beniamin usiadł mi na kolanach, ale myśli o czymś innym, o co nie jestem w stanie go zapytać. Ledwo zapytam, a już myśl ucieknie, wiem, że tak będzie, mam tak samo. Więc nie pytam, patrzę i wiem, że jest gdzie indziej, niż na moich kolanach, i tuli się do mnie, a nie tuliłby się, gdyby nie był myślami gdzie indziej… Może przemierza, jako krasnoludek, śnieżne kaniony na naszym podwórku.

Beniamin

Beniamin powoli wyrasta z rozmiaru trzy-czterolatka. Wydłuża mu się twarz, porusza się coraz sprawniej, w mowie używa coraz to nowszych zwrotów. Powoli kończy się okres, w którym dziecko wygląda najurokliwiej. Mówi dużo, jest gadułą. Chłopiec podobny do mnie – widzę go, słucham, spieram się z nim, jest mi bliski. Rozpoznaję jego upór, tym razem od drugiej strony. No i co? I przypominam sobie, jakie metody stosował mój tata na mój upór. 

Synu…

Trudno znieść histerię trzy i pół letniego syna, bo nie mogę mu ulec z jednej strony, a z drugiej – znam i rozumiem go. I to nie z czasów, gdy miałem kilka lat, ale z tych zupełnie niedawnych. O choćby sprzed roku, czy sprzed miesiąca lub sprzed tygodnia. Powody jego i moje są trochę inne, ale to nie ma znaczenia – emocje te same. I jestem w szachu, bo gdybym chciał jego stan nazwać dziecinnym, to uczciwie musiałbym też nazwać ten u siebie. To tylko skala problemu jest inna, ale każda – u niego i u mnie – na naszą miarę. To zadziwiające, jak on i ja jesteśmy w podobnej sytuacji. Bo, będąc dalej uczciwym, muszę przyznać, że ktoś ma prawo, obowiązek, a nawet zrobiłby mi ogromną przysługę, gdyby był dla mnie tak samo konsekwentny, jak ja teraz wobec niego. Tak, dziadkowie mówią, że to bez litości. Ale to nie tak pojęta litość. Bo ja go ściskam, przytulam, mówię spokojnie i mu tłumaczę, naprzeciw jego wrzaskom, w których krzyczy prawdziwa rozpacz, z dna duszy. Mimo niej mówię: "nie".

Czy chciałbym, żeby ktoś zrobił to samo wobec mnie? Jestem w kropce. Muszę powiedzieć: "tak". Robiąc jemu to, co robię, jakbym robił to samo sobie…

takie tam (rodzic)

Beniamin rano dostaje spray do nosa. To znaczy, jak się dzisiaj okazało, miał dostawać. Dozownik miał na końcu malutką zatyczkę, tak małą, że bez problemu wchodzi do noska trzyletniego dziecka. Ja byłem przekonany, że jest w niej otworek. No ale nie ma, i dawki z kilku dni trafiały do plastiku…