Światła uciekają w tył, przydrożne lampy maszerują wzdłuż samochodu, z lewej i z prawej strony. W zimowym deszczu, w bezdennej czerni wieczoru, która powinna być biała, tonie wszystko, co nie jest odblaskowe. Nie jedziemy po drodze, lecz unosimy się w niewidocznej przestrzeni, z której wyrastają, jakby znikąd, znaki, drogowskazy. Tabuny przydrożnych reklam, malowanych w garażach i ustawianych bez poziomicy.
Puściliśmy się przez środek tej kalekiej galaktyki i czekamy, by wyjść na wolną przestrzeń, gdzie kurs wyznaczą nam dalekie, samotne lampy, ustawione gdzieś, może na wiejskich skrzyżowaniach, może na pustych rozstajach. Miniemy je z daleka, nie wiedząc, jak mają na imię i nie pytając o drogę.
