Wiosna znów

Ten moment – w którym przynaglone nadchodzącym ciepłem, zdziwione, zaskoczone, choć przecież od dawna czekające na ten właśnie moment – drzewa i wszystkie rośliny – wypuszczają liście. Ten moment pamiętam z lat studiów: wybuch wolności, nie należącej do mnie, lecz gdzieś tam, za ścianą sali wykładowej, laboratorium, sali do ćwiczeń na instrumencie. Nie należącej, a jednak po nią sięgałem, wbrew mojemu prawu, zdrowemu rozsądkowi. Dni utkane strachem, bo prawie nigdy nie byłem przygotowany, z tygodniowym bagażem nie poukładanych zajęć, nie porzuconych fascynacji, uczepiony skrawków wolności, wdychania zapachów wiosny w pędzie po alejkach parku, chłodzie krakowskiego Rynku o trzeciej nad ranem, wieczornych audycji radiowych i improwizacji U Harrisa, i jeszcze czegoś, i jeszcze…

Tak pozostało, cudowne zaklęcie wiosny topiące się w falach trwogi, do dziś. Choć trwogi już nie ma… powodów. O szóstej rano patrzę za okno, wiosna nie jest moja, no może na godzinę lub dwie, gdy z dziećmi na placu zabaw (zresztą – za chwilę się obudzą). Lecz i tak, co z tą wiosną? Chyba tylko pójść w pola, poza granicą osiedla, tam usiąść, położyć się, zostać.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *