Wiosenny deszcz jest zdrowy

Beniamin:
– Tato, czy wiosenny deszcz jest zdrowy?
– …
– Czy wiosenny deszcz jest zdrowy?
– Ale co tam! Dlaczego ma być zdrowy? Jest taki, jak każdy inny. Co ci przyszło do głowy…?
– A pani mówiła, że jest zdrowy.
– A… No jeśli pani mówiła… Rzeczywiście, wiosenny deszcz może być inny od np. jesiennego. Bo jeśli jest ciepło… Wiesz, to możliwe, że wiosenny deszcz jest taki… szczególny…

Dziś rano zmyliły mnie chmury. Wychodząc z dziećmi do szkoły ubrałem się w koszulę z długim rękawem, ciepły sweter i kurtkę. Dzieci mają z górki do szkoły, więc wracając dość szybko zdjąłem kurtkę. Było ciepło, mimo mżawki. A wieczorem, gdy wysiadłem z autobusu, padał deszcz wiosenny, przez który biegłem, by nie tak bardzo zmoknąć. Chyba niepotrzebnie, bo rzeczywiście, w gasnącym świetle dnia ciepłe opary deszczu zdawały się działać leczniczo…

Pociąg w Darmstadt, fot. Piotr Kubic

Daleka droga do ogrodu

Im dłużej śpi tym gorzej się czuje. Poszukuje więc ratunku w pisaniu, właśnie teraz, w tej chwili. Podobnie jak w nocy, gdy wrócił do domu. Nierozważna jest to próba, ponieważ pisanie nie wychodzi mu ostatnio w ogóle. Jak głupie jest więc poszukiwanie uspokojenia w tym, co mu nie wychodzi? Próbuje udowodnić sobie, że w czymś nie jest kiepski. Świadomość, że jest kiepski, nie pozwala mu odpocząć, wzmaga frustrację. Tym bardziej, że kiedyś, jak sądził, nie był kiepski w pisaniu. (Przecież opinia paru tam osób to zbyt mało, żeby pomyśleć o niej na poważnie.)

To czego mu naprawdę trzeba, to usiąść w ogrodzie, tam gdzie widok otwiera się na trawę, pracowicie koszoną przez ojca w zeszłym roku. (Podobnie jak w poprzednim. Ojciec jeszcze żyje i ma się nadzwyczaj dobrze.) I na niebo, gdzieniegdzie zaciągnięte chmurami.

Usiąść w ogrodzie, ale bez książki, bez aparatu fotograficznego, a tym bardziej – bez komputera. Ale jak to zrobić, skoro te wszystkie sprzęty same pchają się do rąk. (Telefon musi zabrać, na wypadek, gdyby zaczął tracić przytomność). No właśnie, telefon musi zabrać i tu jest niebezpieczeństwo.

Zagubiona wiosna

Idzie wiosna. Powoli.
Przypominam sobie tę jedną, na którą czekałem. Bo tamtej zimy ojciec kupił mi nowy rower. Miał dziesięć biegów, co na tamte czasy było szczytem marzeń. Rower stał w nieużywanej kuchni i zerkałem na niego przez matową szybę w drzwiach, które tam prowadziły. Był czerwony. Regulowałem przerzutki, sprawdzałem, jak działają, naciskałem na dźwigienki hamulców, w tle grał na okrągło singiel Papa Dance, a ja czekałem, kiedy będę mógł go wreszcie wyprowadzić na zewnątrz.

Opuszczony rowerek fot. Piotr Kubic

W tamtych czasach nie mieściło się jakoś w głowie, że można jeździć rowerem zimą, po śniegu. Któregoś dnia przyszły roztopy i woda płynęła strumieniami po spękanym asfalcie. Pojechałem tylko na chwilę, w słońcu i tym właśnie zapachu, który towarzyszy mięknącej po mrozach ziemi.

Potem, po latach, wynagrodziłem sobie te miesiące czekania. Ten sam rower jeździł po śniegu i lodzie, podczas kilkunastostopniowych mrozów, w samo południe i o trzeciej nad ranem. Którychś Świąt Wielkanocnych dotarł na Śnieżnicę, a jakiegoś lata – pod Trzy Korony. Jeździł w deszczu, przytłoczony ciężarem śpiwora, namiotu i prowiantu.

Aż go… zgubiłem. Któregoś dnia nie znalazłem go na miejscu. Nie mogłem zrozumieć ani sobie przypomnieć, co się stało. Miałem go w Krakowie, tam, gdzie pracuję i załatwiałem przy jego pomocy różne sprawy w centrum. I zdaje się że było tak, że któregoś dnia przypiąłem rower do latarni i poszedłem zjeść obiad. Nagle odebrałem telefon z informacją, że jestem pilnie potrzebny w robocie. Zapomniałem o rowerze, zerwałem się i pobiegłem. Roweru zacząłem szukać cztery dni później, ale ślad po nim zaginął…

Na pasie startowym

Tamtego dnia rozprzestrzeniała się wiosna. Na betonowym, startowym pasie lądowało słońce, rozgrzewało jego białe płachty między bruzdami i pęknięciami. Szedł patrząc pod nogi, drogę znał na pamięć, nie musiał się rozglądać. Zresztą rozglądać się nie było za czym. Ale brak interesujących widoków nie usprawiedliwia patrzenia pod nogi, bo, w każdym razie, rozglądanie się wokół, a przynajmniej patrzenie przed siebie, choćby w nieciekawej lub znanej okolicy, wydaje się bliższe normalności, optymistyczne powiedzielibyśmy. W przeciwieństwie do kontemplacji własnych nóg i nienowych, poobcieranych butów na tle startego betonu.

Niebo zauważyło wędrowca i schylając poczęło dawać mu znaki. Niech choć spojrzy w górę, bo ono, nawet jeśli pochmurne i złowieszcze, to zawsze bezgraniczne. A dzisiaj? Lecz znaki daremne. Gdyby mogło się odbić w spękanej tafli, białe smugi dalekich szlaków przełożyć na czarne, rozgałęzione spękania, człowiek ze spuszczoną głową mógłby zobaczyć trochę nieba, nie podnosząc głowy.

Pas startowy, Osiedle Dywizjonu 303, Kraków, Nowa Huta, fot. Piotr Kubic



Suchość brnie swoim torem

Zastanawiająco. Było dzisiaj sucho na zewnątrz. Aż dziwnie. I zapach powietrza inny. Już idąc od drzwi wejściowych do furtki można zauważyć odmianę. Zimowa pora, zdaje się, minęła. Furtka jest osadzona na metalowych słupkach, zabetonowanych w podmurówce. Wokół niej ścielą się zeszłoroczne trawy, takie, jakie mogą być tylko zeszłoroczne. Ale dziś nie było na nich, ani wokół, śladów wody, kałuż. Nasz świat stał się suchy. I prawie – czysty.

Wzdłuż krawężników, smugami, leży zimowy piasek, sypany przez piaskarki. Teraz już niepotrzebny, staje się źródłem wiosennego kurzu, unoszonego przez pęd przejeżdżających samochodów. Nieważne, że się unosi. Ważne, że jest suchy, czyli – nie ma błota.

Znikanie błota to długi etap wiosennego przejścia, z zimy do lata. A tutaj, patrz, nastał tak szybko. Dlatego jest to dziwne i nawet nienormalne. Jak jakiś bonus, niezasłużony, i tylko na chwilę. Zniknie przy pierwszym deszczu, który przecież musi nadejść.

Cokolwiek

Cokolwiek napiszę, będzie banalne. „Nim napiszesz wiersz, pomyśl i sprawdź, czy nie lepiej zrobi to…” ktokolwiek inny.

Polecam Wam zatem trochę pustki. Ma oczyszczającą siłę – tutaj.

Dziś kilka razy w ciągu dnia chmury i deszcz przeganiały słońce. Urządzają sobie gonitwę ponad miastem, gdzie zdezorientowani ludzie to rozpinają, to składają parasole. Przez dwadzieścia minut stałem na przystanku, czekając na autobus, na ulicy wylotowej z miasta. Mógłbym sobie życzyć, by zmoczył mnie deszcz, albo – życzyć słońca, niechby prażyło. Nie było ani tak ani tak. Było pomiędzy, niewyraziście, jakby nieciekawie. Rzucając okiem pod stopy wspominałem dobrze znane z dzieciństwa dziury w asfalcie. I z miejsca nadeszło tamto przeżywanie wiosny.

Te wrażenia niepojęte, co do których wtedy miałem nadzieję, że kiedyś zrozumiem. Nic z tego. Pozostały we mnie, te same, i wszystko, co mogę zrobić, to dać im spokój, jakbym nie miał na nie żadnego wpływu, jakby przychodziły nie wiadomo skąd, a ja nie mógłbym ich wybrać, wymienić na inne. Pasożyty nie pytają o zgodę, a ja nie mogę ich wyrzucić.

Trzynaście minut na krakowskich Plantach

Dziesięć, może trzynaście minut na krakowskich Plantach. W słońcu. Dwadzieścia wolnych minut między próbą, a spektaklem.

Wysokie gałązki drzew pokryły się już drobniutkimi, zielonymi centkami. Tak szybko! W ciepłym słońcu rozlewającym się po ulicach nawet miasto wygląda całkiem nieźle. Oczywiście, gdzie mu tam do lasu. Ale rywalizacji lasu z miastem nie należy się spodziewać, zresztą człowiek wyszedł z lasu do miasta, i choć teraz często marzy o powrocie, to mało przekonująco prezentują się te fantazje.

Choćby dziesięć, trzynaście, a może nawet dwadzieścia minut na słońcu, a już pojawia się wdzięczność: Jeszcze raz, i tej wiosny, chcecie się zazielenić. Bo ktoś inny, na waszym miejscu, pomyślałby: Sorry, mam dość miejskiego kurzu i hałasu. Usycham.

„Obeschło”

…powiedział Wuj Konstanty, w Ferdydurke, Witolda Gombrowicza.

Wagę tego określenia ocenia się mieszkając na wsi. Szczególnie po wiosennych roztopach, gdy znika śnieg, a jego miejsce zajmuje grząskie błoto. To etap przejściowy, tak sobie tłumaczymy – my, którzy nie mamy wybetonowanych podwórek. Błoto wiosenne jest zupełnie inne niż np. błoto letnie, powstałe ze zmoczonej, nawet kilkudniowym deszczem, ziemi. Błoto wiosenne zdaje się nie mieć dna, jest wytrwałe, jak niezwyciężone. I ono w końcu ustąpi, i pył ziemi unosić się będzie z lada podmuchem gorącego, letniego wiatru.

700 metrów do snu

Wczoraj tata poprosił mnie, żebym po drodze do Krakowa zostawił jego samochód u mechanika. To około siedem kilometrów po drodze, domostwo wśród rzadko rozrzuconych wiejskich domków. Przy bramie szyld Remonty silników, skrzyń biegów, zawieszenia. W pozostałości stodoły wykopano kanał i zainstalowano podnośnik samochodowy, tworząc dwa stanowiska naprawy. Obydwa prawie zawsze zajęte. Naprzeciwko stodoły dom mieszkalny, z dopiero co podniesionym dachem i nowymi oknami.

Do przystanku pozostało przejście może siedmiuset metrów. Z ciężkim plecakiem inaczej stawia się kroki, plecak i zapach powietrza przypomina letnie, dalekie wędrówki. W taką pochmurną pogodę – można iść, dopóki nie pada. Taka pogoda nie zalewa upałem, nie jest pretensjonalna, lecz przygaszona, jakby w przydrożnych drzewach, płotach, nieruchawych domostwach i ślamazarnie ruchawych gdzieniegdzie postaciach czaiła się Zagadka, która jest na tyle nieśmiała, albo leniwa, że tylko ukradkowe spojrzenia wędrowca i jego udawana, lecz skupiona obojętność, pozwoli się jej domyślić.

Cały dzień dzisiaj jak co dzień, gdyby nie te siedemset metrów. Leżę teraz w łózku, usypiam, i widzę je właśnie. Zardzewiałą, pogiętą furtkę z drucianym zamkiem, kobietę pomagającą pięcioletniemu chłopcu wysikać się w kupę gruzu na dużym podwórku, drewniane okna w domu naprzeciwko, z łuszczącą się farbą w kolorze zszarzałej wiśni. Zupełny brak ruchu, jeśli nie liczyć pędzących z nadmierną prędkością ciężarówek i czających się za nimi samochodów. Na drodze krajowej nr 7, która przecina na pół zwykłą wieś.