Antek ma sny

Antek nie narzeka na brak wrażeń w ciągu ostatnich dwóch tygodni. Narzeka na ich nadmiar. Antek ma pracę, którą bardzo lubi, a podobno to nieczęsto się zdarza. Mógłby nie spać, w ogóle, nie czuje potrzeby. Kiedy w końcu zasypia, ma sny. Szczególnie nad ranem i po południu, gdy położy się na chwilę. Są to sny, w których akcja dzienna, ta na jawie, ma swoją kontynuację, albo dopełnienie, albo przeciwstawienie.

Antkowi śnią się sytuacje i osoby, lecz szczególnie zapamiętuje kobiety. Widmo kobiety z porannego snu towarzyszy mu czasem aż do popołudnia. Antek zastanawia się, z czego wynika taki sen i jego natrętna pozostałość. Która, przeważnie, a tak naprawdę – zawsze, jest przyjemna. W dodatku Antek podejrzewa pewne połączenie, koincydencję, między jego snami a tym, a świadomością rzeczywistych bohaterek. Mówiąc prościej – wyobraża sobie, że one o nim myślą, a ponieważ we Wszechświecie wszystko jest jakoś ze sobą połączone, to ich myśli wywołują u niego sny. Dalej – Antek chciałby powiedzieć bohaterkom, że śnił, podejrzewa nawet, że sprawiłby im przyjemność, lecz wyczuwa tu pewną trudność. Samo oświadczenie „miałem sen” nie wystarczy, bo brzmi jak rozpoczęcie dopiero rozmowy. Co dalej? Tego Antek nie jest pewien, a jego niepewność wietrzy kłopoty. Czy krótka chwila przyjemności warta jest ryzyka, jakie by ono nie było? Niewarta.

tzw. siła przebicia

Dzieci z szóstej klasy zwiedzają teatr. Przechodzą zakulisowymi korytarzami, oglądają pracownie krawieckie, oświetleniowe, akustyczne. Mają fascynację w oczach. Trafiają do perukarni. Jest tam wielka peruka, szeroka, z falami i lokami. Można ją przymierzyć. Zgłasza się mała dziewczynka, ale jej kolega stoi bliżej, jest pierwszy. Po nim dziewczyna znów podnosi rękę do góry, ale za pierwszym kolegą pojawia się drugi i peruka ląduje na jego głowie. Dziewczynka czeka i kiedy chłopak zdejmuje perukę, ona przypomina pani perukarce: „teraz ja”. Niestety, jakoś z boku swoją uwagę zwraca kolejne dziecko, a potem znów kolejne, w końcu pani perukarka stwierdza, że już wystarczy, że odkłada perukę na półkę. I odłożyła.

Gdyby nie obserwująca z boku opiekunka, która przyglądała się tej sytuacji, gdyby nie zwróciła uwagi i poprosiła: jeszcze to dziecko… Cierpliwa, taktowna i miła uczennica nie spełniłaby swojego marzenia.

Tak po prostu jest. Można radzić temu dziecku, żeby głośniej się upominało, było bardziej przebojowe i tak dalej. Albo żeby znalazło takie środowisko, które docenia takt i cierpliwość. Ale nie zmieni to pewnego rysu charakterologicznego, osobowości. Można sprawić sobie protezy, nauczyć się kilku sposobów, żeby się nimi wesprzeć. Lecz możliwe, że w tych najważniejszych momentach, w których należałoby być kimś innym, będzie się znów sobą, i możliwe, że tylko pomoc kogoś innego przechyli szalę.

Sen o pianinie

Śni mi się, że gram na pianinie. Regularnie, co kilka dni. Ale przecież od kilkunastu tygodni nie gram, z premedytacją.

W czwartej klasie szkoły podstawowej byłem dwa miesiące w sanatorium. Tam początkowo nie miałem dostępu do pianina, więc chodziłem po długich, wysokich korytarzach (stare budownictwo) i w rytm kroków, w głowie, w wyobraźni, płynęła u mnie muzyka. Bolała pustka, brak dźwięków płynących od strony klawiszy, a w ten sposób dało się ten ból trochę uśmierzyć.

Teraz, nie grając z premedytacją, działam, na to wygląda, przeciwko własnej naturze, przeciwko czemuś, co jest silne we mnie. Ale poświęcam tę naturę, granie, z którego nie będę miał pieniędzy, na które nawet nie będą przychodzili ludzie, nawet za darmo, bo trzeba o to zadbać i dobrze pogłówkować marketingowo, żeby przyszli. Poświęcam to na rzecz np. robienia filmików. Boli pustka, w jaką wtłaczam się, która skutkuje przeniesieniem grania na tworzenie czegoś innego, na czym można ewentualnie zarobić, a którą nawet łatwiej propagować w internecie, wśród ludzi, która nie jest z definicji abstrakcyjna, jak muzyka.

Takie jest założenie tego niegrania.

Muszę, niestety…

Praca idzie mi świetnie, minęła pierwsza w nocy, a głowa pełna energii i planu działania. Niestety, muszę iść spać. Muszę, choć nie chcę. Muszę, bo w następne dni mój organizm załamie się. Nie chcę w to wierzyć, ale po prostu wiem. Zdarzało się to zbyt wiele razy, nieuniknione. To niesprawiedliwe, bo inni potrafią nie spać i działać. Inni dają radę. Ja zdechnę. Dobranoc.

Siostra mamy

Umiera siostra mojej mamy. Jedna z trzech kobiet i ostatnia z trzech kobiet, który były w naszym domu od zawsze. Odkąd pamiętam. W wielorodzinnym domu. W niecałe pół roku po śmierci mamy.

Wiadomo, że ma nowotwór, którego nie da się zoperować. Wyleczyć innymi sposobami też raczej nie. To „raczej” opisuje niewiadomą, bo przecież nigdy nie wiadomo, kiedy da się wyleczyć nowotwór, a kiedy nie. To „raczej” opisuje bardziej nadzieję rodziny, która chce wierzyć, że możliwe jest wyleczenie lub przynajmniej uciszenie choroby, na czas nieokreślony. Rodzina chce, żeby słowo „raczej” pozostało, chwyta się go, wsłuchuje w niego i pielęgnuje tak, by przyćmiło słowo następujące po nim: nie.

To czas gra tu rolę, a konkretnie – nieokreśloność czasu. Dopóki nasz czas jest nieokreślony, albo – dopóki nie wiemy, jak bardzo określony jest czas naszego życia, możemy przyjąć, że żyjemy wiecznie. I nie martwić się.

Gorzej, kiedy meta zaczyna majaczyć, staje się wyraźniejsza, albo całkiem bliska, jak w przypadku siostry mojej mamy. Tak się wydaje, że jest bliska i wyraźna. Każdy z nas umiera podobno od momentu narodzin, ale dopóki o tym nie myślimy, czujemy się wieczni. Zaś kiedy majaczy meta, pojawia się strach, paniczny. Możliwe, że każdemu dorosłemu człowiekowi dane jest choć raz przejść przez ten strach i zmartwychwstać. To znaczy – nie umrzeć mimo, że już pogodził się z myślą o śmierci i jakoś przygotował. Gdyby choć raz tego doświadczył, może poczułby się na tyle spełniony, może wdzięczny, że łatwiej przyjąłby kolejny raz, ten mniej szczęśliwy. Bo on w końcu i tak musi się zdarzyć.


Po sobie ślad

Pisze, żeby zostawić po sobie ślad. Jest tuż przed północą, za chwilę zamierza położyć się i zasnąć. Nie jest pewien, czy się obudzi, kiedy, i w jakiej rzeczywistości. Możliwe, że tych kilka słów będzie ostatnim jego śladem. A jeśli ktoś je przeczyta, tym samym potwierdzi istnienie piszącego, jego istnienie, w momencie, gdy pisał.

To bardzo ważne. Dlatego pisanie jest aktem znaczącym. Człowiek w końcu rozleci się, rozłoży, zniknie, ale słowa, które napisał, wydobył z siebie, sformułował i ułożył w ciąg znaków, pozostaną. Dlatego to tak ważne. Człowiek nie jest kimś dlatego, że żyje czy żył, ale dlatego, że coś po sobie pozostawił. Pozostawił świadomie, bo chciał, bo pomyślał, coś poczuł.

Znaleziona kartka

Szlak turystyczny w okolicach Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Nigdy tu nie byłem, dziwne trakty w lesie, niektóre jakby przestarzałe, bo na drzewach farba wyblakła i trudno je odnaleźć w powiązaniu z innymi ścieżkami i szlakami. Na rozstaju dróg – taka kartka. Wśród wysokich traw, jakie wzrosły od wiosny i utrzymują się jeszcze w pełni lata.

Przerażające, ilu rzeczy nie umiem, nie zdążyłem się nauczyć, nikt mnie nie nauczył, nie zmusił, bym się nauczył, nie uświadomił, że trzeba się nauczyć.

Zatrważające, jak do niedawna nie zdawałem sobie sprawy z podstawowych kwestii, a dopiero co zacząłem sobie zdawać sprawę i wziąłem się za siebie, żeby nadrobić zaległości. Ale to jeszcze daleka droga.

Niesamowite, że zbyt wiele potocznych i normalnych rzeczy wywoływało we mnie strach i opór przed działaniem, spróbowaniem.

Przemożne przeświadczenie, że straciłem dziesiątki lat własnego życia, że wszystko, o co walczyłem i czego się nauczyłem, to tak niewiele, to niewiele się liczy.

Za Darka

Wpis z serii „Dziś jestem wdzięczny za…”, w której przedstawiam osoby napotkane w moim życiu, od których wziąłem to i owo.

Darek potrafił, i ciągle potrafi, mieć uśmiech na twarzy. Prawie zawsze, ciągle. Można powiedzieć, że uśmiech ten nosił jakieś drobne cechy „uśmiechu przyklejonego”, ale nigdy nie był sztuczny. Najwyraźniej to nie musi być sprzeczność, o czym przekonałem się po dłuższym czasie, zastanawiając się nad uśmiechem Darka.

Doszedłem do wniosku, że Darek nauczył się uśmiechać w różnych sytuacjach życia, i potem robił to z przekonaniem, świadomie, zdecydowanie. W końcu – odruchowo, twarz układała mu się w uśmiech. Że nie zawsze było do śmiechu, ta sytuacja, w której on się uśmiechał, to nieco inna sprawa. Ale tym bardziej zasługiwało to na uznanie – że właśnie wtedy potrafił się uśmiechać.

Pamiętam jedną historię z książki Karola Maya „Old Shatterhand i Winnetou”. Biały westman był ranny i Indianin wyciągał kulę z jego rany. Zabieg był bardzo bolesny, ale Old Shatterhand nie dał tego po sobie poznać. Winnetou zauważywszy to powiedział: skoro mój biały brat jest teraz taki spokojny, to przy palu męczarni śmiałby się w głos.

Idąc za tym zdaniem – śmiać się, gdy irytacja, trwoga, rozpacz – to jest osiągnięcie zasługujące na uwagę i naśladownictwo. Jestem wdzięczny za Darka, który mi to pokazał.

Po co, po co…

Życie stało się tak szybkie…
Zaczynając wymawiać jakieś zdanie mamy przekonanie o jego słuszności, celności. Możemy być nawet z niego dumni.
Kończąc je już przeczuwamy, że stało się nieprecyzyjne i nieaktualne.
Cóż dopiero – zanotować takie zdanie,
A wydrukować…? Po co…?

Kot, zwierzę miłe – niemiłe

Nowo wybudowany dom pogrzebowy przylega do cmentarnego muru i wznosi się nad nim na kilka metrów. Żadne okno z tego budynku nie wychodzi na cmentarz – grobom towarzyszy ślepa, długa, jednorodna ściana. To ciekawe, że budynek odwraca się tyłem do miejsca, któremu zawdzięcza swoje istnienie.

To drobna refleksja, niezobowiązująca i niekrytykująca nikogo – ani właściciela, ani architekta. Możliwe, że nawet nikt z nikim o tym nie dyskutował, bo taki układ wydawał się wszystkim oczywisty. T wydźwięk ludzkiej mentalności, tej, tutaj, w tym momencie – cmentarz nie jest do oglądania, cmentarza nie chcemy widzieć, groby są straszne, jakkolwiek ich fundatorzy by dbali, by wyglądały majestatycznie.

Do muru cmentarnego, z drugiej strony tej przestrzeni, określanej mianem wiecznego spoczynku, przylega nasz ogród. Mur obejmuje go od tyłu, jak opiekuńczym ramieniem; zastanawiam się, jak wyglądałby tu nasz dom. Tak, chciałbym mieć okno z widokiem na mogiły. Byłoby w tym obrazie uspokojenie, a z drugiej strony – pewna ostroga, która koli, dając sygnał: jeszcze żyjesz, zrób więc coś, rusz się, póki możesz. Rusz się!

Cmentarz w Miechowie, nocą, fot. Piotr Kubic

Wracałem z wieczornego spaceru, gdy kot, tuż za furtką, pochwalił się złapaną myszą. „Dobry kotek”, w mroku przesuwał się jego kształt, jeszcze ciemniejszy od ciemnej okolicy. W świetle latarki mysz lekko oddychała. Szarpnął nią i podrzucał, jak kłaczkiem włóczki, którym bawił się w domu, za młodu. Czy myszy dostają zawału serca?

Na podwórku stoi duża huśtawka. Chłodne powietrze splatało się z poszarpanymi, ciemniejącymi pasami nieba w oddali, gdzieniegdzie w marchewkowym kolorze, tonącym w granacie i graficie. Usłyszałem chrupanie. To on. I ona. Dziwne – może niedziwne, że kot rozpoczyna kolację od ogona.

Dlaczego od ogona? Czy nie powinna interweniować demokracja? Co ma do powiedzenia prawo cywilne i karne? Czy to humanitarne? Na pewno nie. Ale kota nie dotyczy humanitaryzm.