Nie mówić prawdy

Uczę się nie mówić prawdy. A ponieważ z trudnością przychodzi mi uczenie się czegoś, co nie sprawia przyjemności, wpierw szukam tej przyjemności. Ona będzie moim ratunkiem, nadzieją na równowagę, spokojniejszy byt.

Pierwszy odruch to cynizm, zjadliwość, sarkazm, szyderstwo. To dość łatwe, najłatwiejsze, ale istnieje ryzyko, że cynizm to zakładanie sobie stryczka, że prowadzi do własnego nieszczęścia.

Jak czerpać przyjemność z tego, że nie powiem, co naprawdę myślę? Jak potem wyrzucić z siebie udrękę milczącego obserwowania tępoty? Uśmiechać się w środku? Pisać własne opowiadanie o rzeczywistości? Bez nazwisk, miejsc, możliwych do rozpoznania szczegółów.

Usilna potrzeba autorytetu, który by znów otworzył horyzont, zachwycił, nadał sens. Gdy brak, brak? Samemu trzeba stać się autorytetem? A jego pierwsza zasada to… wystrzeganie się cynizmu.

Ludzie zaczynają rozmowę, zaczynają mówić, a kiedy wyczują, że ktoś też chciałby coś powiedzieć, mówią coraz szybciej i coraz głośniej. To metoda – nie dopuścić drugiej strony do głosu, wtedy nie trzeba się będzie zastanawiać, co on mówi, jak to zrozumieć, co mu odpowiedzieć, co dalej zrobić. Przerywają na chwilę, ot żeby złapać oddech i myślisz, że teraz, teraz twoja kolej, ale mylisz się. Słyszysz swoje dwa słowa, a potem spada na ciebie pluszczący deszcz riposty, która nie wie, czemu ripostuje.

Nie mówić prawdy – to zaczyna być piękne. To wreszcie romantyczna droga samotnego wojownika na stepie. To patrzenie na zadowolone twarze coraz większej rzeszy kumpeli i kumpli, a nawet zyskiwanie miłośników. To brak cierpienia, o ile nie zabraknie refleksu i sprawnego manewrowania. Prawdę zachować dla siebie, bo niby dlaczego, za co, po co, dzielić się nią z innymi? Prawda jest realną siłą, to się nie zmienia. Dlaczego dzielić się nią, a jeszcze – na siłę?

Zamilkłem. Uśmiecham się do siebie. Jest coraz lepiej.

Tutaj nie trzeba się kryć

Rękopis Zygmunta Koniecznego i inne

Mam przed sobą nuty. To rękopis Zygmunta Koniecznego. Mam nauczyć się je grać. Byłem na próbie dziś rano, potem było wiele innych spraw. Jednak kiedy nastaje wieczór, w mózgu zaczynają kręcić się tamte dźwięki jak kołowrotek. Umysł nie chce się zatrzymać, powracają obrazy z godzin dnia. Jeszcze silniej powracają dźwięki. Jak je uspokoić, zagłuszyć?


Spotkania z ludźmi. Napotkany człowiek niesie problem i ma nadzieję, że ten drugi, napotkany, mu pomoże. A tak trudno ludziom się dogadać. Był zamordyzm, było prościej. Marzyliśmy o wyzwoleniu, zrzucaliśmy winę na despotę, a wszyscy robiliśmy, co każe. Teraz usilnie szukamy kogoś, by wskazać – to przez niego! Głupie katharsis…


Kształtowanie człowieka nigdy się nie kończy, wbrew sceptykom. Wywieranie wpływu na własne dziecko, gdy dogłębnie zdać sobie z tego sprawę, wywołuje uczucie paniki.


Kiedy nastaje wieczór, umysł nie chce przestać. Życie jest tak piękne, że szkoda spać.

Ostatni sen

Siostra mojej mamy (której nie ma od dziewięciu miesięcy) śpi od kilku dni. Są dwie możliwości. Jedna – już się nie obudzi. Druga – obudzi się na chwilę, zobaczymy się, może nawet porozmawiamy, potem zaśnie na dobre.

Rzeczywistość wybiera trzecie rozwiązanie. Ciotka obudziła się, otworzyła oczy, ale nie jesteśmy pewni, czy wiedziała, co robi, czy słyszała, co zanotowała jej świadomość.

„Żywi wiedzą, że umrzeć mają, ale umarli o niczym nie wiedzą” (Ekklezjasta 9, 5). To zdanie brzmi ujmującą melodią i kojącym sensem. Skoro nie ma po co wierzgać, w końcu pozostaje spokój, a owo zdanie jest najcelniejszym stwierdzeniem faktu. Jak dobrze, że nikt umarły nie smaży się w piekle ani nie płynie tajemniczą rzeką na drugi brzeg. Może się smażyć albo płynąć, lub lecieć bądź czołgać, ale o niczym nie wie.

Za to my coś wiemy. Dobrze wiemy, co.

Dziadek uczył Antka odpowiadać,

bo tak jest grzecznie. Ludzie pytają, ty odpowiadaj, wtedy okazujesz im szacunek, jesteś grzeczny, tak należy. Antek odpowiadał, przez wiele lat. Kiedy pytał innych, a oni milczeli, miał prawo uważać ich za niewychowanych, nieuprzejmych, za ignorujących go. A ignorować człowieka to to samo, co go nie szanować.

Któregoś dnia Antek zdał sobie sprawę, że liczba pytań kierowanych w jego stronę przeważa znacząco liczbę odpowiedzi, które był w stanie dawać. Rozdźwięk między tymi dwiema liczbami był tak duży, że Antek zaczął się czuć nieswojo, nie opowiadając na pytania. A stałe się one tak częste, że nie był w stanie im podołać ze względu na dużą ich liczbę.

Na początku odpowiadał „nie wiem”, ale zauważył, że nie tego oczekują pytający, którzy wtedy podejrzewali go nawet o ignorowanie. Ale przecież odpowiedź: „nie” jest odpowiedzią! A mimo to była interpretowana ją jako niedelikatność, nieuprzejmość, uchybienie, a nawet zniewaga!

Najlepiej, gdyby Antek odpowiadał: „tak”, wtedy rozmówcy stawali się usatysfakcjonowani, szczęśliwi, co najmniej zadowoleni. Antek chciałby zawsze odpowiadać: „tak”, gdyby nie wiązało się to z namacalnymi dla niego konsekwencjami. Które czasem prowadziły bardzo daleko, zbyt daleko, jak na możliwości ich znoszenia i realizacji przez Antka.

Antek sam już nie wiedział, co jest gorsze, gorzej oceniane – nieudzielanie odpowiedzi, czy odpowiadanie „nie wiem” lub „nie”. Skoro w obu przypadkach efekt był podobny, to efektywniej, a nawet mądrzej będzie nie odpowiadać. Akceptacja tego wniosku i wprowadzenie go w życie sprzeciwiało się temu, co pamiętał z dzieciństwa i czego uczył go dziadek. Rozwiązanie tego dylematu następowało samo, niejako automatycznie – Antek zastanawiał się, czy odpowiadać czy nie, tymczasem pytający, nie otrzymawszy szybkiej odpowiedzi (tym bardziej odpowiedzi „tak”) odwracali się, odchodzili, zaczynali pytać kogoś innego.

Antkowi bywało wtedy smutno. Skoro sprawy tak się mają, skoro wszyscy chcieliby słyszeć „tak”, dlaczego właśnie w ten sposób im nie odpowiadać? „Tak, tak” – zaczął mówić Antek. Wtedy patrzył na spokojne twarze, nawet uśmiechnięte, wtedy rozstawali się w spokoju i wszyscy byli zadowoleni.

61 razy

Antek przepłynął dziś basen sześćdziesiąt jeden razy. Co oznacza półtora kilometra. To nie jest wyczyn w skali kraju, województwa, powiatu ani nawet osiedla, na którym mieszka Antek. To jest wyczyn w skali Antka, którego dokonał pierwszy raz. Na pewno pierwszy raz od dwudziestu lat. Pierwszy raz od czasu, kiedy z trudem wchodził do basenu i ledwo z niego wychodził. Jeszcze oporniej przychodziło mu przebrać skarpety, a podczas wiązania sznurówek u butów oblewał go pot. Z bólu oraz wysiłku, by znaleźć pozycję, w której mniej boli i można jakoś sięgnąć do własnych stóp, nie zwalając się bezwładnie na podłogę.

Dzisiejszy sukces był wsparty przez dziewczynę. Ona niczego nie podejrzewała, na pewno, bo skąd mogłaby o tym wiedzieć. Weszła do basenu na tym samym torze, co Antek, po prostu nie było wolnych torów. Antek był na trzydziestym okrążeniu, kiedy zobaczył ją przy słupku, ustawiającą stoper w zegarku treningowym. Pomyślał, że zanim ona skończy ustawiać, on przepłynie przynajmniej 25 metrów. Nie zdążył, wyprzedziła go i odbiła się lekko od ściany basenu, śpiesząc już z powrotem.

Nie, nie spiesząc. Patrząc na nią nie można było mieć wrażenia, że się spieszy. Antek usiał na nabrzeżu i postanowił przeanalizować jej sposób na kraula. Większość pływaków, którzy tutaj pokonują duże dystanse, poruszają intensywnie rękami, a dziewczyna robiła to inaczej. Jej ruchy były oszczędne, a Antek zauważył, że duży impuls pochodził od nóg. Musiało tak być, bo ręce przez większą część cyklu pozostawały spokojne i niezbyt ruchliwe. Dziewczyna miała zresztą fantastyczną talię i piękne wygięcie lędźwiowe. Przemykała w wodzie, jakby prześlizgiwała się pomiędzy cząsteczkami, nieznacznie tylko ruszając kończynami, jakby wszystkie części tułowia brały takim sam udział w napędzaniu ciała.

Sąsiedni tor wkrótce został pusty. Antek wskoczył do niego i popłynął. Przez dwie długości basenu miał wrażenie, że lekko przemyka w otaczającej go cieczy, czuje się lekko, a kafelki na dnie basenu uciekają do tyłu szybciej niż zwykle. Potem wrażenia wróciły do normy, czyli do tego, jak było zawsze.

Nie spieszył się w szatni, potem w kasie oddał karnet i ubrał się do wyjścia. Zaczął przeglądać wiadomości w telefonie, gdy poczuł na sobie czyjś wzrok. Po drugiej stronie siedziała dziewczyna, w spodniach, wełnianym swetrze i kurtce, która zaraz odwróciła się w stronę szafek. Czy była to ta sama – tego nie sposób stwierdzić. Pływacki czepek, okulary, kostium, zmieniają wygląd, a teraz nie można było dostrzec ani talii ani kształtu kręgosłupa. Antek miał tylko nadzieję, że następnym razem przypomni sobie ten styl przemykania w wodzie.

Przygoda, pisanie scenariusza

Dawno nie pisałem scenariusza, a nie pisałem scenariusza w takim rozmiarze i do takiej formy – dokumentalnej. Przecieram szlaki, to boli. Tępy ból gdzieś nad żołądkiem oraz w środku czaszki. Odruch ucieczki – robić wszystko inne – segregować śmieci, przeglądać stare ubrania, porządkować garaż, wieszać pranie i nastawiać nowe – byle nie pisać scenariusza. Czy trzeba zadać gwałt sobie, czy raczej przeciwnie – uspokoić się – żeby pisać? Może zmuszać się na spokojnie?

Bzdura! Nie zmuszać się, tylko poczuć przygodę. Przypomnieć tamte momenty gorącego lata w blaszanej furgonetce pędzącej od sklepu do sklepu, od warsztatu kowalskiego do introligatora, zbierającej okruchy przyszłej wystawy. Wystarczy poczuć i nie wieszać już prania ani nie robić porządków. Usiąść przed klawiaturą i przelać wizję na ekran.

Wzdychając za menadżerem

który inspirował tak, że w rozmowie z nim zyskuje się wizję. Że można dokończyć jego zdanie, bo wiadomo, do czego zmierza, o co mu chodzi. Więcej – ta wizja, którą on wywołał, zachwycała, i chciało się w niej uczestniczyć, być jej częścią, samemu tworzyć ją. Współtworzenie wizji stawało się też nobilitacją, otwierało nowy horyzont, zapowiadało lepsze czasy. Nie tylko finansowe, przeciwnie – te finansowe stawały się mniej ważne.

Menadżer to sposób mówienia, ton głosu, to sposób chodzenia, siedzenia, patrzenia, kontaktu. Chciało się być tym, kim był menadżer. Menadżer nie mówił „rany boskie, znowu jest coś do zrobienia”, bo to do zrobienia było oczekiwane. Ale biada, jeśli menadżerowie uczą się i powtarzają mechanicznie – gesty, słowa, postawę – których uczą się na szkoleniach. Jeśli nie mają w sobie tych cech, które próbują pokazać, są odbierani jeszcze gorzej, niż gdyby nie byli na żadnym kursie.

Menadżer pociąga pięknem, które ma w sobie, bo piękno ludzie chcą mieć przy sobie, chcą je naśladować, chcą spełniać jego życzenia.


Wszystkich świętych

Z okna pokoju, na piętrze, mogę obserwować cmentarz i palące się znicze. Nie są tak blisko, ich światło prześwituje przez gałęzie, konary ogrodu. Ale to wystarczy. Misterium dzieje się. Ogniki zapalone przez ludzi, przez pojedynczego człowieka, każdy z nich, ciągle żyją, od wczoraj. Każdy z nich musiał zostać zapalony przez kogoś, jego ruchem ręki, świadomym działaniem. Znicze nie zapalają się automatycznie, według jakiegoś programu, albo zdalnie, poprzez internet. Ta rzecz pozostaje jeszcze pewna – każdy z ogników, który widzę w oddali, poprzez cienie drzew, został zapalony ludzką ręką.

To jest ulga, to wiara w ludzką sprawczość, w ludzkie działanie, które jeszcze nie stało się wirtualne, którego nie wywołał żaden boot, czyli nikt. Każdy z ogników zapalił człowiek własną ręką, zapałką lubi zapalniczką. To piękne. Osiągnięciem technologii jest fakt, że palą się już drugą dobę, lecz ten rekord mi nie przeszkadza.

Gdzieś tam, za murem kamiennym, cmentarnym, żyje jeszcze coś sprowokowane przez człowieka. Walczy z przeciwnościami aury, która była w tym roku łaskawa. Nie padał deszcz, nie było śniegu, jak przed laty. Pamiętam przecież pierwsze listopady – w mrozie i bieli. Nawet tęsknie za nimi, jak się tęskni za przeszłością, która stała się przeszłością, z samego faktu, że jest przeszłością.

Zaraz zasnę, ogniki będą się palić.

sam sobie wezmę

Teatr Bagatela organizował cykliczną imprezę pt. „Festiwal Sztuki Aktorskiej”, podczas której prezentowano postacie aktorów. Były spektakle, wywiady. Bohaterem jednej z edycji był Dariusz Starczewski i podczas wywiadu powiedział coś, co zapamiętałem tak: „sam sobie wezmę to, na co zasługuję”.

To zdanie, które może komuś może się jawić jako buńczuczne i dumne, dziś widzę jako bardzo praktyczne i w sumie jedyne, dzięki któremu można czegoś dokonać. Darek mówił wtedy o czekaniu na to, że ktoś dostrzeże zdolności, pracę, doceni i pozwoli zarobić. (Tak, zarobić; nie kokosy, ale żeby móc żyć bez szarpania się.) Ale takie czekanie to złuda. Liczy się to, jak sami wykorzystamy nasze zdolności, czy sami docenimy naszą pracę i czy będziemy umieli na niej zarobić. Liczy się to, czy wiem, czego chcę i czy robię to, żeby to osiągnąć.

Poprzednie zdanie jest już wyświechtanym sloganem i tak, jak to jest ze sloganami – wszyscy je powtarzają, ale rozumieją tylko ci, którzy tego doświadczyli. Reszcie się wydaje, że rozumie.

Życie to zabawa

Wiesiek przyczłapał wieczorem i nie wyszedł do północy. Siedział i opowiadał. A raczej mówił, bo jego monolog nie układał się w opowiadanie, raczej – w esej. Siedziałem przy komputerze, nawet pracowałem, ale moje zajęcie pozwalało mi słuchać Wieśka, przynajmniej co drugie jego słowo, co zupełnie wystarczyło, by nie stracić wątku.

Wiesiek mówił o tym, że z zainteresowaniem rozwija umiejętności niemówienia tego, co myśli. Że może być to interesująca gra, jaką można prowadzić z otoczeniem, konkretnie – z ludźmi. Gdyż zwierzęta o wiele lepiej, a nawet dobrze znoszą kierowane do nich słowa płynące z serca. Gra jest o tyle interesująca, że Wiesiek spotyka najróżniejszych graczy. Odkąd bowiem podjął wyzwanie, zaczął zauważyć, jak bardzo różnorodni są współzawodnicy pod względem świadomości, doświadczenia i wrażliwości. W sumie to świadomość decyduje o poziomie gry – powiedział nagle Wiesiek, uśmiechnąwszy się początkowo, a potem szybko posmutniał. Posmutniał – domyślam się dlaczego. I miał rację. Świadomość to cecha, która najwolniej poddaje się kształtowaniu. Już wrażliwość zdaje się bardziej plastyczna. Doświadczenie można zdobywać bez świadomości i wrażliwości. Nazywa się to „działaniem na małpę” – ktoś, po wielu powtórzeniach tej samej sytuacji nauczył się, że pewne posunięcia dają pewne efekty. Do tego nie trzeba wrażliwości ani świadomości, to może być mechanizm nieuświadomiony, automatyczne i bezduszny. Świadomość zaś wymaga odwagi, uporczywości, nieodwracania głowy tam, gdzie bardziej boli i dociekania, dlaczego to właśnie boli. Świadomość kształtują ludzie, którym konstrukcja osobowości nie pozwala na pomijanie jej. Są na nią skazani.

Wiesiek ciągnął swój wywód, ja mu przytakiwałem, a co drugie słowo, które do mnie docierało, w zupełności wystarczało do tego, by moja zgoda była świadoma. Wiesiek wyczuł tę moją grę i powiedział mi o tym, powiedział też, że nie ma mi jej za złe. I że jestem raczej kiepskim graczem, a ja powiedziałem, że po godzinie dwudziestej trzeciej naprawdę gram kiepsko, a on mi przytaknął i odparł, że gracz nie przyznaje się nigdy, nawet tuż przed północą, do słabości.

Pozwoliłem się z nim nie zgodzić, ponieważ okazanie słabości może być elementem gry, i tu Wiesiek spojrzał na mnie z uznaniem. Jest to gra w stylu va banque – opisał, nie w każdej sytuacji się sprawdza. Bo w większości sytuacji gramy jednak pewniaka, i co ważne – który nigdy nie mówi wszystkiego, co myśli. Najważniejsze zawsze zostawiasz dla siebie – perorował Wiesiek. Mówił też o wielkiej sile niepewności, w której utrzymuje współgraczy. Powstaje ona z delikatnie tkanych niedopowiedzeń, przy czym konieczna jest uważna obserwacja drugiego gracza, jego twarzy, mimiki, mowy ciała. Ta, jak wiadomo, nie może kłamać, bo ewentualne kłamstwo jest widoczne o wiele bardziej niż prawdziwa nieporadność czy niepewność. Jak zaś maksymalnie uwolnić własne ciało, by nie zdradzało słabości? Właśnie traktując kontakty z ludźmi jak grę, a nawet zabawę. Na pewno nie traktując ich bardzo poważnie – tych kontaktów.