Boli

Od kilku tygodni walczę z bólem kręgosłupa, a od tygodnia – z bólem nie na żarty. Walka ta stała się tematem nr 1 w moim życiu – unikanie bólu, oczekiwanie na ból, nadzieja, że będzie bolało coraz mniej, radzenie sobie z rozczarowaniem i paniką, że wcale mniej nie boli. Chwilowe zdziwienia, że nie boli tak bardzo, jak się spodziewałem. Próby poszukiwań, kojarzenie faktów – kiedy boli bardziej, a kiedy mniej i od czego może to zależeć?

Panika, gdy w nocy nie można przewrócić się z boku na bok, albo gdy trzeba iść do ubikacji, ale nie można wstać. Zmagają się wtedy ze sobą dwa bóle – jeden z odcinka lędźwiowego, a drugi od pęcherza. I teraz siłą woli trzeba zablokować oba, a już na pewno ten pierwszy, żeby ból, który się pojawi, nie podciął nóg, i wstając – osiągnąć ten moment, kiedy boli na tyle mniej, żeby zacząć iść. Ale przecież można iść na czworakach, ale tak wyginając grzbiet, żeby nie bolało, natomiast przy samym kozecie trzeba się jednak dźwignąć, ale jest już tak blisko, że choćby byle rzutem na taśmę, ale musi się udać.

Zawęża się świadomość. Człowiek, który kiedyś myślał o gwiazdach i impresjonistach, teraz odkrywa tylko jedną potrzebę. Nie, to nie jest jakieś straszne. Tak po prostu jest. I wtedy już się nie jest pewnym, co ważniejsze – czy napisanie kolejnego, górnolotnego tekstu, czy pięć minut w znalezionej przypadkowo pozycji, kiedy nie boli.

No dobrze, od dwóch dni boli mniej. Znów więc odżywa nadzieja. Zelżało dzięki Radkowi, który po raz kolejny mnie przyjął i okazuje mi swoją cierpliwość, szarpiąc gołymi dłońmi moje ciało. Zresztą Radek, podejrzewam, a nawet prawie wiem, upatruje źródeł mojego bólu w nadpobudliwej psychice. Nie powie, że hipochondrii. A jak jest naprawdę – kto wie? Ja na pewno nie.

Heniu, jesteś wielki

Po pewnym epizodziku, po którym, gdy wróciła mi świadomość, zobaczyłem zwrócone w moją stronę twarze rodziny: żony i dzieci. Leżałem na kremowej pościeli w miłym pokoiku, za oknem było ciemno, a obok paliła się nocna lampka. Zastanawiam się do dziś, jak to możliwe, że w takich momentach wiem, że to jest moja rodzina (przynajmniej nie dziwi mnie ich obecność).

Powinienem dokończyć powyższe zdanie – wiem, że to moja rodzina, i wydaje mi się nawet, że wiem kim sam jestem. A jednak zadaję im pewne pytanie, które z biegiem minut zaczyna mnie coraz bardziej nurtować:

– Co ja tutaj robię?

Następują zatem wyjaśnienia:

– Jesteś tu bo…, wieczorem robiłeś…., rano byliśmy razem…, potem my poszliśmy spać a ty jeszcze…, i obudziliśmy się kiedy… no wiesz.

Brzmi to jak opowieść o kimś innym, próbuję usilnie przypasować fakty do samego siebie, lecz wrażenie mam takie, jakbym dowiadywał się o wydarzeniach sprzed stworzenia świata.

– Muszę iść do ubikacji.

Muszę iść, ale nie jestem pewien, czy to moje nogi, bo moje zwykle mnie słuchają. Oszczędzę wam i sobie kolejnych szczegółów, które powracają wraz z pamięcią oraz niezbitymi dowodami tego, co się stało, które odkrywam jeden po drugim na moim ciele. Dość, że po kilku dniach prawie wszystko wróciło do normy. Z wyjątkiem… prostowania się.

Na przykład – zabieram coś ze stołu, pochylam się, a potem, wiadomo, potrzebuję się wyprostować. Albo wiążę sznurówki. Albo dźwigam plecak. Albo zaglądam na półki w sklepie. No sam nie wiedziałem, ile jest takich momentów, w których trzeba się wyprostować. Nie wiedziałem do teraz.

Tak więc aby się wyprostować w miarę cywilizowany sposób, próbowałem najpierw na lewej nodze, z prawą lekko zgiętą. Próbowałem też prostować się szybko i zdecydowanie. Ale np. na ulicy wyglądało to głupio, więc tam prostowałem się powoli. W takich chwilach, sam nie wiem kiedy, na twarzy pojawiał się grymas, maskowałem go przyglądając się niby gołębiom, albo udawałem, że właśnie przypomniałem sobie o czymś ważnym, co zostawiłem w domu. Czasem pomagało też przekręcenie stopy w lewo, czasem, ku mojemu zdziwieniu, właśnie wtedy nie bolało. Ale ponieważ i tak byłem przygotowany, że zaboli, więc czy bolało czy nie, tu już żadna różnica. Bo i tak prawie zawsze bolało.

Bolało trochę mniej, kiedy np. wsparłem się na biurku na kilkadziesiąt sekund. A także gdy posiedziałem trochę po turecku, a w busie, siedząc na fotelu, podłożyłem pod pośladek prawą stopę – potem nie bolało przez jakieś dwie godziny. Generalnie jednak – bolało, i pomyślałem wtedy o… Heniu.

– Heniu, mogę jutro? Nie? Jutro jesteś u dentysty. Heniu, dobra, w piątek.

Gabinet Henia mieści się w jego domu, na drugim piętrze. Mam wrażenie, że Heniu obserwuje pacjentów, kiedy idą po schodach i już wtedy analizuje ich kondycję. To dlatego puszcza ich przodem. Dość, że kiedy tam dojdą, Heniu zdaje się wiedzieć o nich wszystko. Ciekawe, czy są tacy, którzy jednak nie dojdą na drugie piętro o własnych siłach, i ciekawe co wtedy on z nimi robi? Koniec końców, kiedy znajdą się wreszcie na jego stole, który ma specjalną dziurę na twarz, przypatrują się przez nią podłodze i jest im wszystko jedno, co Heniu z nimi robi, byle było lepiej.

Heniu, od wizyty u ciebie przestałem liczyć wyprosty. To znaczy na razie liczę, ale za każdym razem się dziwię, że oto już jest OK, że mogę wiązać sznurówki i pochylać się nad komputerem, i że nie strzela we mnie piorun, od kręgów lędźwiowych do zagłębienia pod kolanem. Heniu, co tam poezja, teatr, malarstwo i dyskusje doktrynalne. Tak niewiele trzeba, by poczuć się szczęśliwym.

No i to było do przewidzenia

Biedna pani doktor nie była pewna, co ze mną zrobić. „Proszę sprawdzić wszystko do końca, jak się da najlepiej” powiedziałem jej. Więc zaproponowała mi, żebym przyszedł jutro o 14:00 na ponowne osłuchanie. „To będzie taka różnica między tym, co dzisiaj, a tym co jutro?” – spytałem. „Tak, jeśli ma pan zapalenie” – odparła.

No ale jak mam przyjść jutro o 14, skoro to środek dnia mojej pracy, 40 kilometrów stąd. Na propozycję trzech dni zwolnienia lekarskiego już prawie się zgodziłem, jednak wczas przypomniałem sobie, że jutro rano przecież muszę zrealizować spektakl. Stanęło więc na tym, że zobaczymy, co będzie. Wynik prześwietlenia mam odebrać pojutrze.

Skoro więc nie ma się z czego cieszyć, to i problem z nadmiernym odczuwaniem radości sam się rozwiązał. Zresztą wiadomo było, że tak się to skończy, bo już z dawien dawna mawiali rodzice: po śmiechu następuje płacz. Płakać raczej nie będę, jest jednak nadzieja, że smutek naprawia serce, a może i płuca, jeśli okaże się to konieczne…

Cukrzyk w busie o 22:07

Wracam do domu busem. Przybiegam na ostatnią chwilę, wciskam się i staję tuż obok kierowcy. Bus jest pełny, pasażerowie stoją w przejściu, a ja się cieszę, że zdążyłem, bo to przedostatni kurs dzisiaj. Następny dopiero za pół godziny.

Ruszamy i wkrótce na kolejnych przystankach okazuje się, że miejsce się znajdzie na jeszcze kilka osób. Wewnątrz jest ciemno, w świetle maleńkich, nielicznych lampek majaczą ludzkie postaci. Przypominam sobie, że obok drzwi wejściowych, na zewnątrz, widnieje liczba miejsc 23+1. To oczywista fikcja, bo miejsc jest co najmniej trzydzieści. Jakiś czas temu przez Polskę przetoczyła się dyskusja o przepełnionych busach. Były wzmożone kontrole służb uprawnionych do kontroli, były analizy – od ekonomicznych po psychologiczne. Temat ucichł, a młody kierowca busa, w którym jadę, zlituje się nad każdym, kto chce po 22:00 dotrzeć do domu. Zresztą, gdzie tam „zlituje się”, nie ma tu żadnej litości, tak się po prostu u nas robi.

Stojąc i trzymając się niewidzialnej rurki przy suficie przypominam sobie, że nie wziąłem całodobowej insuliny. Powinienem ją wstrzyknąć około 21:30, a minęła już 22. Macam więc plecak, wyciągam wstrzykiwacz, i w tym tłoku reżyseruję przedstawienie pt. zastrzyk. Zdejmuję jeden rękaw kurtki, podwijam sweter oraz koszulę. Nachylając licznik w stronę nikłego światła nastawiam dawkę. Potem łapię w zęby osłonkę igły, ściągam ją, i wbijam wstrzykiwać w ramię tej ręki, która trzyma rurkę przy suficie. W ten sposób utrzymuję stabilność na dziurawej drodze i unikam poranienia się igłą.

Chowam wstrzykiwacz do kieszonki i chwilę potem dopada mnie pytanie – czy wstrzyknąłem właściwą insulinę? Dwa wstrzykiwacze różnią się nieco kolorem. Gdybym się pomylił, to w ciągu godziny dostałbym taką dawkę, jaka powinna się rozłożyć na całą dobę. Wyratować się z tego byłoby niepodobna. Sięgam ręką do wstrzykiwacza, jednocześnie liczę, czy gdybym zjadł wszystkie krówki, marsy i liony, które mam w plecaku, to zrównoważyłbym tę końską dawkę? Należałoby też zadzwonić do Ioany i powiedzieć, żeby na przystanku zorganizowała kogoś do niesienia nieprzytomnego męża. Kiedy wyjmuję wreszcie wstrzykiwacz i spoglądam na niego, truchleję – jest niebieski, a powinien być…. biały! Serce skacze do gardła, czytam jeszcze to, co tam napisane, i doczytuję się, i nie rozumiem w pierwszej chwili, coś się nie zgadza. Wreszcie dociera do mnie, że… w busie światełka są niebieskie…..

Proszę o poradę

Witajcie. Jestem w domu z Beniaminem. Nie chodzi do przedszkola, w zeszłym tygodniu miał temperaturę przez 2 dni, raz wymiotował. Teraz kaszle z głębokim odgłosem z krtani. Miał bardzo powiększone migdałki, teraz są mniejsze. Ale ciągle woli oddychać ustami niż nosem, choć nie ma kataru. Nie ma temperatury, jeśli jest osłabiony, to bardzo niewiele, nie widać tego po nim. Biega po domu, bawi się. Otrzymałem zestaw lekarstw jaki mam mu zaaplikować rano.

  • antybiotyk Taromentin
  • inhalacja Pulmicortem
  • syrop Levopront
  • krople natłuszczające do nosa zrobione wg recepty
  • hascosept na gardło

Na tej liście nie jeszcze ma ewentualnych witamin czy probiotyków przywracających np. równowagę bakteryjną w związku z zażywaniem antybiotyku.

Mój pytanie bierze się z wrażenia, że dzieciak, choć generalnie jest już teraz w niezłym stanie, jest szpikowany lekarstwami. Domyślam się, że chodzi o to, aby go jak najszybciej wyleczyć, ale podskórnie czuję, że tych lekarstw jest za dużo.

Moja intuicja mówi, że to organizm musi nauczyć się walczyć z chorobą. Nic nie zastąpi naszej naturalnej odporności, bo przecież nie chodzi o to, żeby ciągle utrzymywać się lekami przy zdrowiu. Tymczasem przy takiej ilości aplikowanych substancji jestem prawie pewien, że kiedy Beni wyzdrowieje i przestaniemy mu dawać te wszystkie prochy, to on znów zachoruje. Czyli jego leczenie prowadzi wprost do uzależnienia od lekrastw.

Spodziewam się, że matki nie muszą podzielać mojego punktu widzenia, dlatego prosiłbym, żeby ojcowie też coś tu napisali 😉