Stok porastają gęste trawy

Osiedle Sikorskiego, fot. Piotr Kubic

Stok porastają gęste trawy. Tak naprawdę – nie porastają, tylko sterczą te, które wyrosły ostatniego roku, od wiosny do jesieni. Bo teraz jest zima. Stok opada stromo od osiedla aż do płynącej rzeczki, nad którą, na przestrzeni dziesięcioleci, usadowiły się rzędem domki jednorodzinne. Budowane w różnych okresach czasu stanowią teraz przekrój budownictwa Polski Ludowej. Ktoś mógłby zazdrościć mieszkania we własnym domu, lecz może nie zazdrościłby, gdyby zobaczył ostatni domek w rzędzie. Ten, obok którego schodzi stroma ścieżka, którą skracają sobie drogę spieszący na dworzec podróżni.

Ale to nie podróżni wydeptują tę ścieżkę. Od czasu, kiedy przejazdy kolejną przestały się opłacać, a pociągi spóźniają się bardziej, niż przed dwudziestu laty, przebudowany niedawno peron na stacji w małym miasteczku świeci raczej ludzkimi pustkami. Kto więc tędy chodzi – to pozostaje niewiadome. Może gdyby przesiedzieć jeden, zwykły dzień, przy mostku bez balustrad, trzy metry nad wodnym nurtem, z widokiem na skarpę i rwącą się na stromiźnie ścieżkę…?

Przesiedzieć i nie robić nic. Bez smartfona, laptopa. Może przynajmniej przy lekkim wietrze, który ruszałby koronami drzew i gałązkami krzewów, byłoby na czym oko zatrzymać. Równolegle do rzeczki ciągnie się brukowana ulica, na której grzechoczą opony przejeżdżających rzadko samochodów. Po drugiej jej stronie – znów krzewy, których nikt nigdy nie przycina, czyli po prostu krzaki. Zarastają nieużywane od dawna duże, szerokie, dzielone betonowymi przegrodami boksy, przylegające do nasypu kolejowego, na którym kiedyś stawały węglarki i uchylając długie boki, wypuszczały z siebie stosy czarnego węgla lub miału. Przed boksami stawały furmanki, rozwożące opał do miasteczka i okolic.

Tymczasem na pagórku niknie zachodzące słońce, w oknach małomiasteczkowego blokowiska. Pusto tutaj. Między blokami chłopczyk wyprowadza psa na spacer, a na ławce pod trzecią klatką przysiadł Edziu, znany na osiedlu z szerokiego kapelusza z rondem. Siedzi po wschodniej stronie bloku i nie widzi, że na zachodzie, chowające się słońce podświetla granatowo-liliowe chmury, warstwami rozciągające się na pół nieba.

Osiedle wieczorem, fot. Piotr Kubic

Faza 2/240. Otwieram wystawę fotografii!

Są rzeczy niemalże nieuchronne. Och, można się przed nimi chronić, czasem ktoś ucieka, albo udaje, że nie widzi. Lecz jeśli mówi się tylko A, to po jakimś czasie staje się to nudne. Wtedy albo przestaje się mówić w ogóle, albo, siłą rzeczy, usta same układają się, nie wiadomo nawet kiedy, w głoskę B.

Wystawa jest naturalną koleją rzeczy, jeśli robi się zdjęcia i nie przestaje. Tym razem będzie to nie tylko prezentacja zdjęć, ale również instalacja, w której znaczenie zyskają zależności przestrzenne, proporcje ilościowe i wielkościowe. W ostatecznym planie wystawionych ma zostać ponad pół tysiąca fotografii.

Więcej na temat ideologicznych wątków wystawy można przeczytać na stronie organizatora, Teatru Bagatela: Faza 2/240. Zaś ponieważ piszę teraz na moim najbardziej prywatnym ze wszystkich blogów, nie będę tu prowadzić teoretycznych rozważań. Nadmienię co innego – że zdarza mi się rano budzić w trwodze.

Gdy obserwowałem wcześniej reżyserów, przed premierami, przeważnie dziwiłem się ich emocjom. Panice też, a jakże. Dziwiłem się, nawet jeśli wcześniej sam również byłem w podobnych sytuacjach – grałem egzaminy, koncerty, przemawiałem, otwierałem wystawy też. I co z tego? Za każdym razem, gdy próbuje się zrobić coś nowego, wypłynąć na mniej znane dotąd wody, pojawia się to samo – złe przeczucie, pieter, cykor.

Faza 2/240, Wystawa fotografii, Piotr Kubic

Zostało jeszcze mnóstwo do zrobienia. Lecz nie roboty się obawiam, ale tego, że trzeba będzie podjąć sporo decyzji, o których przypuszczalnie jeszcze nie wiem. Że w umyśle braknie miejsca na te najbardziej konieczne zadania, że coś nie złoży się w czasie, że przeliczę się mimo tego, że od miesięcy mam w głowie to, co chciałbym zrobić.

Wernisaż odbędzie się 1 czerwca w Teatrze Bagatela w Krakowie, na Scenie przy ul. Sarego 7, godz. 17:00.

„Obeschło”

…powiedział Wuj Konstanty, w Ferdydurke, Witolda Gombrowicza.

Wagę tego określenia ocenia się mieszkając na wsi. Szczególnie po wiosennych roztopach, gdy znika śnieg, a jego miejsce zajmuje grząskie błoto. To etap przejściowy, tak sobie tłumaczymy – my, którzy nie mamy wybetonowanych podwórek. Błoto wiosenne jest zupełnie inne niż np. błoto letnie, powstałe ze zmoczonej, nawet kilkudniowym deszczem, ziemi. Błoto wiosenne zdaje się nie mieć dna, jest wytrwałe, jak niezwyciężone. I ono w końcu ustąpi, i pył ziemi unosić się będzie z lada podmuchem gorącego, letniego wiatru.

Oddech

– Proszę pana. Pana poprzedni wpis nosi znamiona samookaleczenia. Oczywiście powstałego nie przy pomocy bicza, żyletki czy stłuczonej na poczekaniu butelki. To samookaleczenie innego rzędu, bardziej współczesne podcinanie się mentalne. Nie, pan tego nie wynalazł, psychiatria opisała to już dość dawno temu. Nic oryginalnego. Czy na kanwie tego można coś stworzyć? Myśli pan o czymś z pogranicza sztuki? Nie wiem, jestem lekarzem, nie krytykiem, a tym bardziej nie twórcą. Proszę, tu panu przepisałem…. O tej porze – tylko apteka dyżurna. Wizje białej miski powinny zacząć zanikać. Jeśli pan się choć trochę weźmie za siebie, jest szansa, że będzie lepiej.


Nos do góry – życie z komputerem

Problem z moim komputerem Mac wygląda na wyjaśniony. Komputerowy Sherlock Holmes, były agent sieci komputerowej w firmie B. tropiący nie działające drukarki sieciowe, znikające zasoby serwerowe, zaplątany w zwoje czteroparowego kabla ethernet piątej kategorii, jednocześnie instruujący sekretarki i księgowe, że klikanie lewym klawiszem myszki różni się od klikania prawym klawiszem myszki, nieugięty i konsekwentny wywiadowca Piotr K. zauważył wieczorem, że jego komputer nie chce usnąć… "Nie chce usnąć wieczorem? Pracoholik?" pomyślał detektyw, który nie daje się maszynom nabierać na takie numery. Wdusił więc i przytrzymał bezlitośnie klawisz "power", by nie dającemu się okiełznać Macowi wydrzeć duszę odciąwszy zasilanie. "To tylko na chwilę, wybaczysz mi, prawda?" szeptał czule oprawca. I jednakowoż, z ledwością wyczekując tych kilka sekund, które instrukcja obsługi bezwarunkowo nakazuje, nacisnął "moc" (ang. "power"), tym razem delikatnym ruchem, drżącym palcem, z dyskretnym, lecz wyczekującym spojrzeniem, ni to od niechcenia, ni to z boku, trochę zezując, trochę patrząc jakby poza siebie…

Poszło, wszystko działa!

Sherlock nie poprzestaje jednak na praktyce, potrzebna mu teoria. Otóż wczorajszego dnia stało się to tak. Beztroski komputerman pracował aż stan baterii doszedł do 0% i zamiast poczekać, aż komputer zamknie się sam z powodu wyczerpania akumulatora, to zamknął laptopa, dając tym samym drugi sygnał do zaśnięcia. Te dwa zdarzenia splotły się jakoś w niewyjaśniony sposób w czeluściach elektroniczno-programowych, co doprowadziło do wyłączania się, jeden po drugim, portów USB, oraz uniemożliwiło zaśniecie maszyny. Przeładowanie systemu, które wykonał użytkownik, nie pomogło, problem zniknął dopiero po wyłączeniu zasilania.

Oczywiście to tylko teoria, ale czym byłby świat bez teorii…

Przyjąć deszcz

Dziś dwa duże okna umyte, porządki w zabawkach, praca nad obiadem dla gości na jutro, emocjonująca, trudna rozmowa… Wyczerpujący spacer z dziećmi na rowerach, wreszcie teraz – padam lekko, choć jeszcze pakować do wyjazdu się trzeba pogonić… Padam, byle nie na twarz. Twarz – do góry trzeba, móc przyjąć deszcz…

&nbsp

W domu

Beni wyszedł ze szpitala w sobotę. Niespodziewanie, nagle. Coś mu tam zmierzyli (ciała ketonowe) i powiedzieli: już!

Oto kilka zdjęć obrazujących moje refleksje związane ze szpitalem. To wszystko, co się dzieje, jest jak obok mnie. Zdany na to, co się dzieje, nie za bardzo próbuję sterować. Wydaje się, że cokolwiek będzie, to będzie. Tak, trzeba na siebie uważać, nie robić głupot, być odpowiedzialnym. Ale jaki tego efekt? Kto wie…

Dziś po raz pierwszy od opuszczenia szpitala widziałem neurochirurga – na wizycie kontrolnej. Liczyłem na zezwolenie na pracę, w końcu wszystko u mnie prawie w porządku, a te zmęczenia dzienne przecież są do wytrzymania i obejścia jakoś. Moja praca wszak nie jest aż tak ciężka. I tu pan doktor mnie zaskoczył: Proszę pana, tyle co pan był na zwolnieniu do tej pory, to jeszcze drugie tyle trzeba. Trzy miesiące to minimum, potem zobaczymy. Ależ wszystko w porządku! Jest pan zdrowy? Tym lepiej. Widzimy się za półtora miesiąca.

No! Wreszcie zdecydowany głos lekarza zapobiegł memu głowieniu się – co zrobić, jak wybrnąć i tak dalej. Mam jego opinię na piśmie, więc tym jestem spokojniejszy. Ach, nie mówiłem? Zdany na to, co się dzieje, płynę z prądem, nie za wiele myślę i czuję. Patrzę za okno, oglądam przechodniów i wiewiórki na drzewach. To jest jakieś życie przecież… 🙂

Smuga

Między palcami trzymam cienką smugę, przewija się, biegnie – z wczoraj w jutro, niejasne skąd jest i dokąd prowadzi. Dziś czuję i chwytam, ale jutro czy będzie. Popełniam tylko to, o czym mniemam, że słuszne. Mniemam. Popełniam.

Smuga nie jest moja. Nie stworzyłem jej, pobiegnie dłużej niż ja. Jej się tylko chwytam, skoro mnie raz spowiła, za nią spoglądam gdy znika, i czekam.


Ćwiczenie nr 2 z pisania o niczym

Trudno stwierdzić, czy bardziej nam, ludziom, podoba się to, kiedy potrafimy coś przewidzieć, czy akurat ta część nieprzewidywalna. To, że potrafimy kogoś do czegoś przekonać czy to, że ktoś akurat pozostaje w czymś niezależny. Że coś dzieje się po naszej myśli, czy że właśnie zaskakuje nas… Te zaskakujące rzeczy mogą być miłe lub niemiłe. O ile te niemiłe wolelibyśmy przewidzieć, to przewidzenie tych miłych niespodzianek zniszczyło by zupełnie ich atrakcyjność, a tego z pewnością było by nam szkoda.

Trzeba zatem, aby jakiś mechanizm, maszyna, obca osoba, albo może uboczna, nieświadoma część naszego własnego mózgu mogła zawczasu rozpoznawać, przewidywać, może dowiadywać się nieodkrytym jeszcze sposobem, czy nadciągające wydarzenie, jeszcze nam nieznane, będzie przyjemne lub nieprzyjemne; i w tym drugim przypadku – powiadomi o tym naszą świadomość, podczas gdy w pierwszym – zatai. Tak, to byłoby niegłupie.

Tak naprawdę to chcę, zdaje się, napisać o czymś trochę innym. Ale próbując dociec, o czym tak naprawdę chciałbym napisać, to nie mogę się zdecydować, czy o tym, czy o czymś jeszcze. Nawet jeśli bardzo chciałbym napisać. Czasem wydaje się, że najtrudniejsze jest czekanie, aż ta rzecz (jak na przykład to, o czym chciałbym napisać) wyłoni się z czasem, zwyraźnieje niczym to jedno, właściwe i poszukiwane źdźbło trawy na tle innych; stanowczo inne, choć początkowo tak podobne do pozostałych.

Dedykuję A.

Około siedemnastej ogarnia kuchnię i pokój. Będzie pusty stół, stołki ustawione równo, z wyjątkiem jednego – lekko odchylonego od stołu, tak jakby ktoś dopiero co wstał, chcąc na przykład zalać herbatę, wodą zagotowaną dopiero co w czajniku. Jakby właśnie, dopiero co, wstał, i miał zaraz wrócić do tego stołu.

Uchyla okno, bo zapach świeżej wiosny, niedawno zalistnionych drzew, to jego ulubiony. Zapach… Ale szum. Szum powietrza, przeciskający się między drobnymi gałązkami i młodymi listkami brzozy, stojącej tuż przed oknem.

Na stole kładzie dwie gazety – tygodnik i dziennik, do przejrzenia, przy smaku owej herbaty. Jakim smaku? Tego nigdy nie wiedziała, on zwykłe mówił: nie wiem, wszystko jedno, a ona – zdawała się na los, sięgając dłonią do szafki z herbatą, odwracała twarz w przeciwną stronę.

Inne krzesło nie było odstawione, bo ona zwykle opierała się tyłem na kuchennym blacie pokrywającym rząd szafek, po przeciwległej stronie. Ta przeciwległa strona nie była daleko od stołu, może półtora metra. Kiedy już ogarnęła kuchnię i ten mały pokój, to właśnie tam opierała się, na blacie, zwrócona w stronę stołu, i tego odstawionego na bok krzesła. I tych gazet, na stole. Do parującej herbaty? Stała tak, dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut. Przecież wiedziała, że nie wróci. Powiedział jej. Wyraźnie i bez wątpienia. Stała dwadzieścia, może dwadzieścia pięć minut, w szumie powietrza między drobnymi gałązkami i młodymi listkami, naprzeciwko parującej herbaty i stołu z dwiema gazetami, przy odstawionym na bok krześle, w ogarniętej kuchni obok małego pokoiku.