Oddech lata…?

Tatry z Pyzówki fot. Piotr Kubic

– Przeczytałem, co nagryzmoliłeś na blogu.
– O…
–…i mam jedno pytanie…
–…słucham…
–…nie słuchasz, udajesz, że słuchasz…
– …bo się spieszę.

Szarpałem się z zamkiem auta, próbując się nie szarpać. Auto nie jest nowe, w zasadzie jest stare, mogłoby uczestniczyć w imprezach takich, jakich reklamę widziałem w sobotę we wsi koło Dobczyc: „wstęp od dwudziestu jeden lat”. Szarpałem się, bo zamek czasem się przycina, a próbowałem się nie szarpać, bo szarpanie może pogorszyć sytuację. A wtedy moje spóźnienie z pewnością się powiększy i na samą myśl o tym zaczynam szarpać mocniej i koło się zamyka. W takiej chwili naszedł mnie Wiesiek i oczywiście on gada swoje, a ja próbuję robić swoje.

– No więc powiedz mi kochanieńki skąd wiesz, że to jest oddech lata? Tylko nie ściemniaj, że to jest po prostu oddech lata taki, jak latem, no wiesz o co mi chodzi, pod koniec czerwca albo w lipcu. Z tego, kochanieńki, już niewiele zostało, nic nie zostało powiedziałbym. Ale tobie ciągle w głowie oddech lata, choć nic już nie pachnie tak, jak prawdziwym latem. To, że jeszcze kalendarz mamy letni, to o niczym nie świadczy. Nic też dziwnego, że tak lekko wieje, będzie jeszcze wiało, oj będzie. A tobie się w głowie roi, wydaje ci się, to się nazywa, mówiąc psychologicznie, projekcja. Ja wiem, że chciałbyś, że ci się marzy, nie możesz się pogodzić, to widać aż nazbyt wyraźnie. No chyba nie myślisz, że tego nie widać. Widać widać. Ale, kochanieńki, taka jest kolej rzeczy, trzeba ją przyjąć spokojnie. Lata, takiego jak było, już nie będzie.

Wiesiek pewnie idzie do pracy. Ja też. Szczęście, że nie jest nam po drodze. Kiedy zamek puści, będę mógł wsiąść, odjechać i uwolnić się od Wieśka. Krytyk artystyczny się znalazł. W końcu odkrywam, że mogę włożyć klucz do zamka po stronie pasażera, tamten się łatwiej otwiera. Obchodzę samochód w koło a Wiesiek dalej terkocze. Zanim wsiądę odwracam głowę i podnoszę w stronę słońca. Słońce za szybą auta już nie jest takie samo.

– No i powiedz, powiedz, dlaczego twierdzisz, że to ciągle oddech lata?
– Bo jest ciepły, głupcze.

Wsiadam i odjeżdżam.

Panie Wieśku

Skrzywił się połówką twarzy, przymykając jedno oko.
– Jak przyjdą, nie wpuszczę. Nie będę z nimi rozmawiał. To znaczy mogę pokazać, gdzie jest sekretariat, proszę bardzo, na pierwsze piętro i na wprost, to należy do moich obowiązków. Ale ja nie mam obowiązku oprowadzać nikogo po budynku, zresztą nawet nie mogę tego zrobić. Bo panie Wieśku, ja mam chronić obiekt, a nie pokazywać go innym, nie wiadomo komu. Ja ich nie znam, nie muszę ich znać. Przyjdą – powiem dzień dobry i pokażę – tam jest sekretariat.

Dziś jestem do północy, potem już mnie nie ma. Potem niech przychodzi ktokolwiek kto chce i nie chce. Panie Wieśku, potem to już mnie nie interesuje. Jak sobie dadzą radę? Mnie to nie interesuje. Na pewno sobie dadzą radę, ja w to nie wątpię. Ale jak, w to już nie zamierzam wnikać. Ja dobrze wiem, jak to wygląda, jakie tu są, że tak powiem, warunki i zależności i powiem panu, panie Wieśku, że nie jest to łatwe. To jest, że się tak wyrażę, specyficzne. Ale każdy musi to poznać, że tak powiem, sam od siebie.

Nie, nie żałuję. Traktuję ten okres jako, powiem panu, doświadczenie życiowe. W każdym miejscu jest inaczej i wie pan, czasem człowiek, siedząc sobie tak w jednym miejscu, nawet by nie pomyślał, jak może być w innym. To się, że tak powiem, w głowie nie mieści. Nie żeby to było od razu coś strasznego, nie. Tylko, panie Wieśku, że może być akurat tak, jak jest tu, a nie gdzie indziej, gdzie właśnie jesteśmy. Aż tak inaczej.

Ludzi wspominam, oczywiście. I powiem panu, że w sumie chodzi o to, żeby człowiek człowiekowi był człowiekiem. Tu się wszystko zaczyna i tu się kończy. Nie chodzi o nic specjalnego, tylko o to, żeby traktować drugiego człowieka tak, jak się należy. Tylko tyle albo aż tyle.

Do zobaczenia. Mówię do zobaczenia, bo nigdy nie wiadomo, czy się jeszcze spotkamy. Miejmy nadzieję, że tak. Wszystko jest możliwe. Tak jak powiedziałem, jestem do północy, a potem mnie nie ma. Do zobaczenia. Klucz pan zostawił, dziękuję.

Uśmiech nad przepaścią

Mam do zrobienia tyle rzeczy, że jedynym wyjściem, zwłaszcza o tej porze, jest o nich nie myśleć. Dziś zrobiłem sobie dzień lajtowy, czyli bez twórczej pracy. Rano mobilizowałem dzieci, żeby same sobie robiły śniadanie. Potem odstawiłem je do szkoły i złapałem panią nauczycielkę, z którą córka ma współpracować w sprawach artystycznych. Po rozmowie wiedziałem, że muszę jak najszybciej porozmawiać z córką, bo jej zeznania oraz zeznania pani bardzo się nie zgadzały.

Wróciłem do domu i zająłem się kończeniem spraw, które obiecałem znajomym. Potem wyskoczyłem odebrać syna ze szkoły, a że ostatnie dwie godziny zajęć spędzał na basenie, dołączyłem do niego. To jego ulubione chwile, spóźniłem się trochę i gdy wszedłem na halę, w czepku i kąpielówkach, był już tam z klasą. Błyskawicznie mnie zauważył i zaczął machać ręką.

Po basenie podeszliśmy pod szkołę, bo tam córka właśnie wróciła z konkursu wiedzy o przyrodzie. Gdy wróciliśmy do domu, zacząłem pakować się do pracy, ale zatrzymał mnie telefon jednego z przyjaciół, który domagał się poprawek przy obiecanej mu pracy. Poprawki zajęły trochę czasu, wiadomo.

Dość ciekawe jest urabianie współpracownika. Nazwałem to zbyt kolokwialnie, ale teraz nie mogę znaleźć innego słowa. No dobrze, wyraźmy to tak: dogadywanie się ze współpracownikiem, uzgadnianie oczekiwań i odnajdywanie drogi ich realizacji. Czasem daje się zauważyć, że początkowe duże wymagania można nieco zmiękczyć, zwłaszcza wtedy, kiedy po prostu brak środków na ich realizację. Spore oczekiwania muszą spotkać się z rzeczywistością, tak jest lepiej dla wszystkich. Najważniejsze to zachować spokój i dobry humor. Uśmiech nad przepaścią. Albo jak powiedział Winnetou, w powieści Karola Maya, do swojego białego brata (był nim albo Old Surehand albo Old Shatterhand), kiedy wyjmował mu kulę z rany, bez znieczulenia co oczywiste: „Skoro teraz mój biały brat nie ma grymasu na twarzy, to przy palu męczarni śmiałby się w głos”.

Jutro czeka mnie pisanie scenariusza, a w zasadzie scenopisu. Szczerze: boję się. Wcześniej będę przez godzinę ustawiał sprzęt do spektaklu, przy czym najbardziej wyczerpującą rzeczą jest bieganie z parteru na drugie piętro i z powrotem. Potem skopiuję z kamery pliki nagrane dzisiaj i zapuszczę maszynę do ich konwersji. Potem, przy odrobinie szczęścia, zacznę realizować dźwiękowo spektakl i w jego trakcie zostanie mi trochę spokoju, mam nadzieję, by skończyć ten scenopis.

Scenariusz pisze się kilka razy, ciągle od niego odchodząc i wracając. No bo jak pogodzić maksymalne zaangażowanie z utrzymaniem dystansu? Jak ogień z wodą. A ponieważ mam bardzo mało czasu, bo w poniedziałek raniutko ten scenariusz trzeba wyreżyserować, to sensowne wyjście zakłada tworzenie od ogółu do szczegółu. Zakładając, że wszystkich szczegółów się i tak nie ogarnie. Zresztą, co to znaczy, ogarnąć wszystkie szczegóły. Jakie wszystkie?

Odkąd zaczęło mi się udawać uśmiechać nad przepaścią, zacząłem to traktować jako pewną zabawę. Czuję, że może się ona przerodzić w hazard. Słowem, to może być uzależniające, tym bardziej, że polega to na postawie, że to, co mam zrobić, mnie osobiście nie dotyczy. To jest obok, albo dotyczy kogoś obok, a nie mnie. Ten ktoś obok to może być inny ja, taki wirtualny, albo wymyślony na potrzebę chwili. Ten ktoś może być niezniszczalny poprzez swoją zniszczalność, można na niego wylać kubeł pomyj, a on nic. Obrzucić go wyzwiskami, oskarżeniami, wyrzutami. On przeżyje. Albo umrze, jeśli ja tak zdecyduję, że tak warto, że to będzie pomocne.

Ten ktoś to jakby Wiesiek II. Będę pociągał za sznurki jego kończyn i ust, w razie potrzeby wskoczy w ogień. To bardzo użyteczne i wygodne, nawet więcej, bo niezbędne, czasem to jedyne wyjście żeby dokonać czegoś, o czym się nigdy nie myślało, że będzie się dokonywać.

W przestrzeni

Bardzo lubię to zdjęcie. Już przeszło mi przez głowę kilkadziesiąt argumentów, które udowadniałyby, że jest dobre. Ale za każdym razem przypominał mi się jakiś kontrargument, który z wielkim prawdopodobieństwem byłby wysunięty przez na przykład kogoś z forum fotograficznego, kto od lat zajmuje się fotografią i z pewnością sądzi, że się na niej zna. Nie przeczę, że on się zna na fotografii i że ma prawo się wypowiadać. Zresztą wszyscy mają do wszystkiego prawo. Nastały czasy, że każdy może się wypowiadać. Do rzeczy ludzi tego świadomych dołączają kolejne zastępy. W sumie nie chcę, aby brzmiało to sarkastycznie, ale pewnie trochę brzmi.

Chcę wyrazić to, że nie zamierzam dyskutować z nikim o wartości tego zdjęcia. Nie będę udowadniał, jakie ono jest w mierze obiektywnej, na skali tzw. wartości fotograficznych. Chcę sobie myśleć to, co chcę o tym zdjęciu, w końcu to mój blog. A co myślę? Mam napisać? „No pewnie, że napisać, skoro to twój blog to pisz” – zabrzmiał mi skądś głos Wieśka. Wieśka dziś nie ma, nie przyszedł, ale to nie przeszkadza mi słyszeć jego głos tak, jakby był. Tak więc Wiesiek namawia mnie, żebym napisał. Dobrze.

W tym obrazie zastanawiające jest to, że chłopak tak dokładnie wkomponował się w ramki stworzone przez słupki i cienie. Jego głowa i łokieć niemal dotykają ciemnych linii, a cień stopy – linii cienia na nawierzchni. To precyzyjne dopasowanie nie może być przypadkiem. To jest znak, że dzieje się tu coś tajemniczego, niezwykłego. Tworzy się inny świat, raczej przejście do innego świata. To, co było na tym boisku to jedno, a co powstało na zdjęciu – to już coś innego.

Idźmy dalej. Na potwierdzenie postawionej tezy znów kolejny element, który nie może być przypadkiem. Jego wzrok przesuwa się za skośną linią w dół, a potem wraz z cieniem podąża do piłki. W tę przestrzeń zamkniętą pionowymi i skośnymi liniami chłopak wpasował się świetnie. A mimo to nie traci nic ze swojego pędu. Choć przestrzeń jest tu zamknięta, to tło dodaje jej, w dziwny sposób, przestrzeni. W ten sposób łączą się tu jakoś sprzeczności. Ogrom pionowych linii w tle, które są wyraźnie uporządkowane, nasuwa przypuszczenie jakiejś zmowy. Ale to nie jest zmowa, tylko właśnie ten inny świat.

Gdyby zrobić zdjęcie pod innym kątem, z innego miejsca, to w kadrze znalazłyby się dziwne, obce, nieuporządkowane elementy, których było tam pełno. Ale się nie znalazły, czyli wy, patrząc, nie macie o nich pojęcia. Nie istnieją dla was. W przestrzeń składającą się z pionowych, skośnych i poziomych linii wpada chłopak goniąc za piłką. To ciało obce, nie z tego świata. Piłka nie ma swojego odpowiednika w żadnym innym elemencie na zdjęciu. Chłopak pędzi, żyje, ale nie burzy konsekwencji tego świata. Tak właśnie tam byliśmy, Beniamin i ja.

Zrozumieć kobietę…? Kiedy być facetem

– To powiedz w końcu, czy kobietę można zrozumieć? – postanowiłem zapytać Wieśka wprost. Odczekałem kilka dni po jego ostatniej tyradzie na ten temat, wcześniej nie śmiałem o nic pytać.

– Problem polega na tym, że myślisz właśnie tymi kategoriami, co wszyscy faceci – odparł dość spokojnie Wiesiek – słowo zrozumieć jest niefortunne. Wybij to sobie z głowy.
– Więc jednak nie – odparłem nie bez nuty triumfu.
– Nie chodzi o to, żeby zrozumieć – ciągnął niewzruszenie Wiesiek – ale aby poczuć.
– Aha…! Ok, rozumiem.
– Ty znowu z tym rozumieniem. Nic nie rozumiesz.
– No dobrze, to nie rozumiem. Spróbować poczuć… I co dalej?
– I to wszystko. Jeśli ci się uda, nie będziesz już o nic pytał.
– Skąd ty jesteś taki mądry? Że już wiesz, kiedy będę pytał a kiedy nie.
– Nie obruszaj się. Ta mądrość (skoro tak twierdzisz) i tak mi na nic.
– A dlaczego?
– A dlatego, że nawet jeśli poczujesz, albo wreszcie, co ci się marzy, zrozumiesz, to i tak na nic ci się to nie przyda.
– Nie przyda? Dziwne. Przecież kiedy wreszcie dojdę o co chodzi, to wtedy można coś poradzić. Znaleźć jakiś sposób, wyjście, zrobić to lub tamto.
– I tu właśnie widać twój męski, ograniczony sposób widzenia. Nie w tym przypadku! Nie jeśli chodzi o kobietę. Porzuć to, czego cię uczono na inżynierskich studiach. Powiązania skutek – przyczyna, akcja – reakcja i tak dalej. Porzuć logikę.
– Logikę?
– Tak. Porzuć też chęć zrobienia czegokolwiek.
– Jak to?
– A tak, bo wtedy jest już za późno.
– Nigdy nie jest za późno.
– No masz. Ja mu swoje a on swoje. Czy nie miałeś czasem wrażenia, że kobiety postępują zupełnie nielogicznie?
– Pewnie, i to nie jeden raz.
– No widzisz. Porzuć logikę a będziesz miał szansę coś z tego zrozumieć… To znaczy – poczuć. No nie wiem, jak to nazwać, ale wreszcie będziesz miał szansę, żeby już o nic nie pytać.
– Hm…
– Jest jeszcze jedno, o czym powinienem ci powiedzieć. A w zasadzie – przestrzec.
– Słucham.
– Bardzo możliwe, że kiedy wreszcie już poczujesz i dostaniesz to objawienie, które pozwoli ci o nic nie pytać, a w końcu zdasz sobie sprawę również z tego, że nic już nie można zrobić, to…
– No co? Gadaj szybciej.
– To zupełnie opadną ci ręce i odechce ci się wszystkiego.
– No pięknie. I tego mi życzysz?
– Sorry, ale to nie ja zaczynałem ten temat.
– To po to mam próbować zrozumieć, a w zasadzie poczuć, po to mam szukać objawienia, żeby mnie rozłożyło na łopatki?
– Jak chcesz. Jeśli chcesz być facetem…
– Czy chcę? Chyba nie mam innego wyjścia…!
– Otóż i to. No właśnie…

Zrozumieć. Kamuflaż

Co jakiś czas Wiesiek spotyka się z twierdzeniami, że kobiet nie da się zrozumieć. Wiesiek opowiada mi o tym ze zgrozą w głosie szczególnie wtedy, gdy zdanie kobiet nie można zrozumieć wypowiedział w jego obecności mężczyzna. Wiesiek przychodzi do mnie o północy albo nad ranem i nie bacząc, czym się zajmuję, czy akurat się kładę albo czy nie mam zamiaru jeszcze wstać, pomstuje: „ja wtedy takiemu mówię, żeby zapytał jakąś kobietę, czy ona sama siebie rozumie”.

Wiem, o co mu chodzi. Dręczy go podejrzenie, że jesteśmy gorsi, bo czegoś nie rozumiemy, albo nie jesteśmy w stanie zrozumieć. Wiesiek nie zauważył, że kwestia „tego nie zrozumiesz”, owo uniwersalne zakończenie co bardziej emocjonującej rozmowy, nie ma sensu stricte, a raczej jest przyznaniem się do niemocy. To trzeba czytać między wierszami, albo po prostu wiedzieć.

Próbuję Wieśkowi czasem tłumaczyć, że owa rzekoma niepoznawalność kobiet nie bierze się z faktycznej niepoznawalności, lecz raczej z o wiele większych niż nasze, męskie, umiejętności kamuflażu. A kamuflaż nie wynika znów ze złośliwości, sprytu, prób wymanewrowania męskiej części rodzaju ludzkiego, ale z desperackiej potrzeby podtrzymania własnego wizerunku: „cokolwiek by się działo, mam wyglądać pięknie”. Lecz tłumaczenia w takich chwilach na niewiele się zdają, po prostu muszę przeczekać, zupełnie jakby Wiesiek był wtedy kobietą. Oczywiście nie wspominam mu o tym, żeby nie przepełniać czary.

A i tak, kiedy Wiesiek ochłonie, wypomina mi moje słowa, mówiąc krótko: naiwność. Czytam jednak między wierszami, że to tylko papierowy rewanż za moją krytykę.

Dyskusja literacka

– Przeczytałem to, co napisałeś w niedzielę, 16 listopada – powiedział Wiesiek.
– Szybko się rzuciłeś na ten tekst, to do ciebie niepodobne – odparłem.
– A tak, nie miałem co robić i przez przypadek otwarłem twojego bloga.
– Dziękuję, cieszę się.
– Chcesz wiedzieć, co myślę?
– Wszystko mi jedno.
– Naprawdę? To nie powiem.
– No powiedz.
– Ha, widzisz, jednak chcesz.
– No pewnie, że chcę, sam wiesz, więc po co pytasz.
– Po to, bo wiem, co mi odpowiesz.
– A ja wiem, że zapytasz. Koło się zamyka.
– No dobrze. Skoro to już jest jasne, to powiem Ci, że całkiem nieźle…
– Tak?
– Całkiem nieźle się zaczyna.
– Aha. A potem?
– A potem jest gorzej.
– Bo?
– Na ile cię znam chciałeś napisać opowiadanie, a w końcu wyszła rozprawka.
– Tak, znasz mnie, ale czy opowiadanie nie może kończyć się takim podsumowaniem?
– Może, ale wtedy jest słabe.
– …słabe…?
– Sorry, ale tak. 
– Słabe…? To jak, twoim zdaniem, powinno wyglądać?
– Uspokój się, przecież wiesz, o co mi chodzi.
– Tak wiem, ale ty nie wiesz, co na to poradzić.
– Nie wiem czy nie wiem, może wiem. Rada jest prosta.
– Jaka?
– Napisz jeszcze raz.
– Ale mądry. Tak po prostu – siadaj i dawaj jeszcze raz.
– No początek możesz zostawić. Koniec napisz inaczej.
– Koniec? Jaki koniec??
– Od akapitu „ale kierowca kierowcy nierówny”. A na pewno od „chodzi o styl, w którym kierowca wchodzi w dialog z maszyną” – to jest już dramatycznie słabe.
– …
– No tak. Zresztą sam wiesz.
– … Ale jak to napisać inaczej?
– Wymyśl. Na pewno da się zrobić.
– Ale już nie dziś, dobrze?
– Dobrze. Jutro. Zacznij od mycia naczyń albo prasowania. Na pewno przyjdzie pomysł.

Czas na wolność

O 22:03 skończył pakować kamerę, rejestrator dźwięku, statyw, aparat fotograficzny. Rozglądał się jeszcze, czy pod krzesłami nie została jakaś drobna złączka czy dekiel, którego brak potem spowoduje kłopoty. Wyszedł na zimne powietrze, na bagażnik roweru nałożył statyw w pokrowcu i przypiął długą gumą z haczykami. Guma była o wiele za długa, owinął ją więc wokół bagażnika.

Resztę rzeczy miał na plecach, w plecaku. „Dobrze mieć i rękawice”, bo zimno dość. Przedzimowy chłód wielkiego miasta owija się wokół samotnego rowerzysty. Około 22:15 dotarł do swojego pokoju w bazie. Wpierw kazał komputerowi skopiować sobie pliki wideo z kamery, gdyż to miało trwać dłużej. W tym samym czasie zaczął kopiować i zdjęcia. Zrobił ich może pięćdziesiąt. Zaraz potem zaczął je przeglądać. Tworzyły serie podobnych ujęć. Przeglądając je oznaczał każde z nich tak, by w końcu wybrać zestaw kilku, do zamieszczenia jako news w internecie. Mógłby pracować szybciej, gdyby szybciej chciał działać komputer. Lecz siedmioletnia już maszyna miała prawo się ociągać.

Nie mógł przypomnieć sobie, jak nazywał się prowadzący dzisiejsze spotkanie. Pomyślał, że gdzieś w internecie jest jeszcze jego zapowiedź, i rzeczywiście, znalazł to, czego szukał. To może niepozorny szczegół, ale zdjęcia bez podpisów robią dość amatorskie wrażenie.

Pliki wideo są już w komputerze, można więc zacząć ich konwersję. By móc je montować trzeba zmienić ich format. Zajmie to kilka godzin (bo komputer ma już siedem lat), tak więc jeśli konwersja zacznie się teraz, to jutro na piętnastą pliki powinny być gotowe. O piętnastej zamierza znów wejść do swojego pokoju. Aha, jeszcze plik audio z rejestratora też trzeba wgrać do komputera.

Diody mrugają, komputer znów czyta, można więc się zająć pakowaniem plecaka. Laptop, zasilacz, myszka, czytnik kart, kabel USB-mikro USB, glukometr, paski do glukometru i nakłuwacz oraz wstrzykiwacz. Gdzie jest portfel, ma być w wewnętrznej kieszeni kurtki. Terminarz, czapka, szalik. Rzut oka na biurka, czy nie zostało coś, co powinien zabrać do domu. Trudno stwierdzić, bo na biurkach pozostało sporo rzeczy.

Teraz do tramwaju. Najbliższy jest o 23:04. To aż tak długo zeszło? Można podjechać 14-stką a potem przesiąść się na 4. W rękach czuje niepokojącą pustkę. Bo kiedy przyjeżdżał tramwajem, miał spore pudełko z grzejnikiem olejowym oraz siatkę z prowiantem.

Samochód stoi jako jeden z trzech samotnych już teraz na ciemnym placu, dzikim parkingu, wciśniętym między wiadukt, aleję, krzaki i niewielki, ale nowocześnie wyglądający pawilon. Samochód zapala bez problemu, ale trzeba go zatankować. Okazuje się, że nie działa jedna lampa z tyłu. Na stacji kupuje więc i żarówkę, ale trudno ją zamontować, coś się tam poprzestawiało lub wygięło. Mocuje się dłuższą chwilę.

Choć zwykle jeździ szybko, to tym razem nie miał na to ochoty. Nie było się z kim ścigać? A może zimowe opony szumią głośniej i sprawiają wrażenie większej prędkości. Ale było też coś innego, jakiś nowy dźwięk, powtarzający się, jakby ocieranie, od strony bagażnika… Pomyślał, że może coś się tam urywa albo pęka… Potem ucichł…

O wpół do pierwszej mógł spokojnie stanąć w przedpokoju, w domu. I kiedy wszystko wydało się załatwione pomyślał, że wreszcie ma czas tylko dla siebie. Teraz jest zupełnie wolny, bo zrobił co mógł, a ci, którym mógłby jeszcze czymś przydać, i tak już śpią. Teraz może podróżować nieskrępowanie po krainie wyobraźni i byłoby to prawdą, gdyby nie konieczność snu, w jaki każdy człowiek, czyli również nasz bohater, został wyposażony.

Chciał jeszcze oglądnąć ostatnio wykonane zdjęcia, te dla siebie, albo zaaranżować jakiś utwór, oczywiście w wyobraźni, bo stuk klawiszy elektronicznego pianina nie uszedłby bezkarnie… Chciał może pisać, gdy…

Niemożliwe. Przyszedł Wiesiek. O wpół do pierwszej w nocy przyszedł Wiesiek!…

Być sobą

– W życiu dość wielu ludzi przychodzi taki moment, w którym zaczynają być wreszcie sobą…
– …aha…
– …z różnych względów. Jedni, przyparci do muru przez życie, dotarłszy do dna, w dramatycznej sytuacji, mówią w końcu „ja to chromolę” i zaczynają mówić to, co naprawdę myślę i robić to, na co mają ochotę. Po prostu nie mają już nic do stracenia.
– Rozumiem.
– Inni, przeciwnie. Osiągnęli w życiu coś, co potwierdziło ich wartość. Przestają się przejmować ocenami, opiniami innych, nie martwią się, że wyjdą na dziwaków, nienormalnych. I nagle, dajmy na to, facet czterdziestoletni nagle zaczyna nosić wytarte jeansy i farbuje włosy na zielono, choć do tej pory trzymał się raczej elegancko i w kanonie.
– Tak.
– Tacy wiedzą, że tego, co mają, nikt im już nie odbierze. Dorobek jest trwały, nie podatny na krytykę czy szyderstwo.
– Logiczne.
– Ale jest jeszcze jedna grupa ludzi, którzy z czasem również zaczynają być sobą, lecz wcale nie wychodzi im to na dobre. A tym bardziej ich otoczeniu.
– Ciekawe…
– Oni, gdy byli młodsi, czuli na sobie wzrok innych – rodziny, rodzeństwa, męża, żony, szefa w pracy – i to ich powstrzymywało. Czuli się zniewoleni, to prawda, i marzyli o momencie, w którym będą wolni. Słuchali w radiu, telewizji, może czytali o tym, że warto być sobą, że to korzyść nad korzyściami, jak mówi przysłowie „lepszy w wolności kąsek lada jaki, niźli w niewoli przysmaki”.
– Przypominam sobie.
– A jednak nie jestem tego pewien.
– Czego?
– Że lepiej im być sobą, niż czuć trochę powstrzymującego zniewolenia.
– Dlaczego?
– Bo gdy są sobą okazuje się, że kiepsko na tym wychodzą. Wcale nie objawiają czegoś miłego, przeciwnie, okazuje się, że to bestie kłótliwe, wiecznie niezadowolone, pełne roszczeń i nieustannego myślenia o sobie.
– Hm….
– Znajomi, przyjaciele, sąsiedzi przestają ich poznawać, a z nowymi wersjami starych postaci nie spieszą się zawierać znajomości.
– Aż tak?
– No tak. Człowiek, z którego wychodzi nagle „prawdziwy on”, ale jest to „on” paskudny i wstrętny…

Cisza. W szklaneczkach wino. To dlatego, że Wiesiek ostatnio przerzucił się na wino, nie pija już piwa. Powód? Piwo tuczy. Namówił mnie do wina. Powiedział „nie chcę pić sam” i zrobił taką minę, że uległem. Nie widziałem też teraz, co powiedzieć. No rzeczywiście, miał rację. Ale z drugiej strony czego on się spodziewał? Że z człowieka, po iluś tam latach, wyjdzie nagle anioł? Anioł już był, anioły bywają zwykle na początku. A potem, prędzej czy później, każdy zaczyna być sobą. I chyba rzadko okazuje się aniołem. Czyżby wszystkie poradniki nakłaniające do bycia sobą działały z premedytacją odzierając z anielskich skrzydeł? Czemu miałoby to służyć?

Myślę sobie. Cisza trwa. Dopijamy czerwony płyn z przezroczystych szklaneczek. Za oknem jesienna temperatura. Spada. Jest już poniżej dziesięciu stopni.

Sens

– Czy jest sens picia kropli na uspokojenie z jednej szklanki i jednocześnie coca coli z drugiej? – zapytał Wiesiek, gdy zobaczył mnie siedzącego w kuchni przy stole.
– Oczywiście, że nie – miałem przygotowaną odpowiedź – jak zwykle Wiesiu, masz zupełną rację.