Wróciłem

Wróciłem do domu. Już w sobotę nad ranem. Z warsztatów plastyczno-fotograficzno-filmowych. Atmosfera ciągle żyje we mnie. Obiecuję sobie – żadnego radia, żadnych informacji politycznych, najchętniej poszedłbym do czytelni i zanurzył się w albumach np. z projektami plakatów. Oczywiście, to nie będzie możliwe 😉


Stanąć na planie filmu: pokutnicy z Niniwy nad jeziorem Lubie.

Sprawa z Antoniną

Antonina dziś zachowywała się dziwnie. Zawsze po skończonej pracy wypadała przez szklane drzwi firmy wychodzące na ulicę, szybkimi krokami osiągała samochód, odpalała silnik i zdecydowanymi pociągnięciami kierownicy przeciskała się przez szpaler zaparkowanych aut. Była w tym naprawdę dobra, jadąc przodem lub tyłem naciskała ostro na gaz, nie chybiając wąskiego traktu.

Dziś było inaczej. Choć Patryk ociągał się, na wszelki wypadek grzebiąc długo i nie wiadomo po co w swoim plecaku, wiadomo – by nie spotkać się z Antoniną przy szklanych drzwiach, to ona rozmawiała przez telefon, jakby nie mogła rozmawiać potem. On, słysząc pojedyncze słowa, czuł, że są bez składu i ładu, jak kiepsko oświetlona fasada dekoracji, miały tylko sprawiać wrażenie potrzebnej rozmowy. Podejrzenie zaczęło się tlić w jego głowie, które odrzucał, a jednocześnie ratował od śmieci co rusz, nie dając mu umrzeć do końca.

Wreszcie poszedł pierwszy, powłócząc nogami w powietrzu szalenie ciepłego wieczora, i znów niezwykłym trafem, zbiegiem okoliczności – słyszał za sobą pobrzmiewający głos Antoniny, odbijający się od wysokich kamienic w tej bocznej uliczce, milczącej o tej porze. Rozmawiała z kimś, idąc za nim, jak nigdy, zupełnie przez przypadek, ale z pewnością dlatego, że właśnie tamtędy wiodła droga do jej mieszkania.

Pomny swojej przysięgi, że nie da się uwieść pozorom, szedł naprzód ignorując słodkie podejrzenia wzbudzane brzmiącymi słowami, i już rodził mu się plan, że nagle zatrzyma się, odwróci, i bezlitośnie zmierzy Antoninę wzrokiem od stóp do głów. "Zważ przecie, że już roić ci poczęła mistrzyni rojenia, sam sobie roisz mistrzu" – szeptał mu rozsądek – "a ledwo odbierze twój wzrok – pożre go, strawi i wchłonie, i w mgnieniu oka wyprze się tego, zdementuje i obali; więc nie myśl nawet o słowach i nie aprobuj, jeśli zachowałeś cień pamięci, nie mrugnij okiem".

Antonina nie zostawiała śladów. Nigdy nie wyjaśniała niczego, była mistrzynią klawiatury wątłych podtekstów, której pasaże komponowała jej żeńska intuicja, silniejsza ze wszech miar od niej samej. Grała nieuchwytną, nie dającą się potem przywołać ani udowodnić melodię – że kiedykolwiek istniała, że ktoś grał, a ktoś komponował. Tylko słuchacz zatrzymywał się dziwnie zdziwiony, winny i już skazany ze swego zdziwienia, że to co było, nigdy nie było, a co się zdawało, to śnił…….

Więc poszedł dalej.

Jestem sam, czyli ćwiczenia z pisania o niczym nr kolejny

Wróciłem do mieszkania, w którym bywam sporadycznie. To moje mieszkanie, mojej rodziny. Jest zupełnie puste i pod tym względem tak niepodobne do tego, które znam. Obiecuję sobie, że go nie zaniedbam, jak również nie zaniedbam siebie, co byłoby możliwe z tego względu, że oprócz konieczności chodzenia do pracy i konieczności robienia paru tylko rzeczy, mógłbym się zupełnie oderwać od czasu i rytmu życia. Praktyka wskazuje jednak, że to skończyłoby się ostrą frustracją, bo niczego sensownego nie zrobię, a to co zrobię, nie pozostawi po sobie cienia zadowolenia.

Obecny stan mieści w sobie dwie schizofreniczne strony. Pierwsza – jestem sam, z nikim nie muszę się liczyć, nikomu pomagać, przeżywać jego emocji, nikt mi nie wchodzi w drogę. Druga jest przeciwieństwem pierwszej – na szczęście wiem, że ten stan nie będzie trwał wiecznie. I całe szczęście.

Tak więc jestem sam i to mi się podoba, ale podoba mi się tym bardziej, że wiem, albo przynajmniej spodziewam się, że za kilka dni to się zmieni i puste ściany zatętnią życiem.

To niesamowite doświadczenie, że przechodząc obok sprzętów codziennego użytku – szafek, biurka, pralki, kuchenki gazowej, wieszaka na klucze, półek z zabawkami – czuję tych ludzi, którzy na co dzień ich dotykają, jakby unosili się nieprzerwanie gdzieś wokół. Z drugiej strony – nie ma ich. Albo raczej – są jak zamrożeni, zatrzymani. A to po to, abym ja mógł zebrać się w sobie i ich dogonić – ich emocje, ich życie, któremu zwykle nie mogę dotrzymać kroku. Jak np. dzieci – te kłótnie, radości, fascynacje, niekończące się oczekiwanie na szaleństwa z ojcem, który huśtając je na swoim grzbiecie traci oddech.

Zatopiłem się w pracy. Kończę udźwiękowianie prostych filmików. Komputer je sobie kompresuje, a ja piszę na blogu. Przeszukuję kanały jak Planete, Discovery, i próbuję nie notować reklam, durnych i obscenicznych, w których już tak po prostu mówi się o jelitach, wypróżnianiu, pachach, skórze, paznokciach i włosach. Rety, jak nisko upadamy, nawet jeśli jesteśmy do bólu wypielęgnowani i sterylni.

Chłonę pustkę ścian. Pod tapczanem kupiony wczoraj, tanio, ośmiopak Warki. Przypominacz w telefonie mówi, że skończyło się pranie i trzeba powiesić. Na stole obok pusta patelnia po jajecznicy, talerz z widelcem, miseczka z łyżeczką.

W tym spokoju i bezruchu powraca tylko co jakiś czas myśl, że Beniamin jest w szpitalu w Rumunii. A obok niego – jego matka, dzieli wąskie łóżko. Odwodnił się, bo on, jak zacznie wymiotować, to robi to zwykle przez całą noc. On pierwszy z naszych dzieci,
Polak i Rumun w jednej osobie, sprawdzi tamtejszą służbę zdrowia…

Dobranoc…

Padam…

…po prostu…. Moim początkiem i końcem są emocje, zaś w środku nie ma nic innego. Choć czeka na mnie jeszcze cała ich fura, ja odpadam, rezygnuję. Od jutra – koniec z czuciem, zaczynam dzień jak księgowy, realizując punkt po punkcie zaplanowane zadania, bez mrugnięcia okiem. Przepraszam Was – za nieodebrane telefony, nieodpisane listy… Błądzę, marnuję, chybiam. Ale jestem, i posyłam odrobinę…

Szachy

Bliskie życie z drugim człowiekiem to jak gra w szachy, w której nie ma sensu przewidywać dalej niż jeden ruch do przodu. A i to już za wiele. Po prostu wykonujesz ruch i patrzysz, co dalej. I dopiero na jego gest ty robisz następny. Jakby szachy życia przewyższały ilością kombinacji, kolorytów i odcieni te tradycyjne, 64-polowe, a wszelka próba analizy wszystkich ruchów naprzód tylko coraz bardziej pogrążała obu graczy.

Życie z drugim człowiekiem to ciągłe wyczekiwanie. Wydawać się może, że to nic pewnego, ale może tak da się osiągnąć pewność.

Cud niepoznany

Coś czasem wydaje się cudem, dopóki się tego nie pozna. Stąd może pochodzić strach przed poznaniem. Bo dlaczegóż mają spaść różowe okulary, a świat nagle zacząć wyglądać normalnie? Ludzie chyba dzielą się na dwie grupy – jedni pozostają w bajce nie chcąc dochodzić do prawdy. Inni – tworzą bajkę, najprzód chcąc poznać rzeczywistość aż do bólu. Należę do tych drugich. Czasem jednak boję się bólu.

Szukam…

Scenerii, porównania… Samotnego drzewa w upalne popołudnie, śniegu po pas pod szczytem pagórka. Jak ta zawieja śnieżna w gęstwinie małych świerków tam, gdzie według mapy miały spotkać się szlaki. Wyciągniętego z plecaka papieru w kratkę i listu pisanego w rozmazaniach topniejących płatków. Zagubienia w gęstwinie bloków. Odłączenia z wyboru. Spokoju niespełnienia. Szczęścia nie mojej radości. Zalet pożegnania. Frajdy dystansu. Czego sam chciałem, co mnie chwilowo przerasta, dla czego milczę.

Proszę, pomóżcie, choć sam nie wiem w czym i jak. Więc choć rzućcie okiem na trzy, cztery sekundy, poważnie i spokojnie, na tę bezradność, faktyczną, udawaną czy wyimaginowaną, nie siląc się na zrozumienie, to wszystko.


Pogoda

Po szaleńczym wietrze dzisiaj, nastał, jak się wydaje, spokój. Ponura pogoda zmieniała się szybko. Dwa, trzy fragmenty dzisiejszego dnia nadawały się świetnie na wędrówkę z aparatem wśród pól. Nie zdążyłem.

W domu odczuwanie dzieci nie ustaje. Oraz świadomość, że drobne, codzienne chwile układają się w nich w matrycę na życie. To utwory muzyczne, kojarzone choćby jak dziś z paskudną pogodą, wspólne prace (przewlekanie pościeli), kłótnie i następujące po tym porozumienia, czy nawet zwykła nuda spędzana razem.


Skok

Lampa solna. Pochrapywanie. Śpią. Czyli w porządku. Ja pracowałem, przewaliłem kawał roboty, skończyłem już – czyli też w porządku. Nie mogę usnąć, chyba nie chcę, zanim się uspokoję, to też norma.

Skoro wszystko w porządku, zamknięte zadania na dziś, spokój się ostał, choć zmartwiały, szarpany, skoro zrobione co było można, skoro ktoś się cieszy… Dziwne uczucie (wbrew temu, co mówią) – jestem niepotrzebny.

Odejść, zapaść się, niech wieko się zamknie od góry. Ten sam skok wykonany wygląda tak samo – czy w dal i w przyszłość, czy w otchłań i zapomnienie. Wolność i tu i tam, tylko w zapomnieniu – trwalsza.


Uciekasz by powrócić

Nie interesuje mnie urządzanie domu, ustawianie altany w ogrodzie, koszenie trawy. Sąsiadka, która niedawno się pojawiła i wraz z mężem postawili parterowy domek tam, gdzie trójkątny skrawek ziemi niczyjej między drogą zmierzającą do cmentarnej bramy a naszym ogrodem zarósł murem leszczyny nie do przebycia, dziś zamiatała kostkę na swoim podwórku, i tak bardzo czystą i zamiecioną już wcześniej. Troska, dbałość o swój, wreszcie swój dom, i o obejście, które powinno wyglądać. Ogrodzenie z murowanymi słupkami i automatyczną bramą, wysadzane zielonymi, ozdobnymi tujami, które w przyszłości przynajmniej wizualnie odgrodzą podwórko od reszty na zewnątrz…

Poznawać (czytaj: uciekać) coraz więcej, w imię przesuwania horyzontu, zbierania doświadczenia, nie marnowania życia; jechać coraz dalej, spotykać coraz dziwniejszych ludzi, a przecież ciągle: ludzi, obserwować, fotografować, przeżywać, choć niestety powierzchownie, bo jakżeby inaczej – ich zwyczaje, emocje, problemy, na szczęście nie moje. Iść ciągle dalej i dalej tylko po to, aby w końcu i tak powrócić – do starego ogrodu, koszenia trawy i altany, zepsutego dachu; do siebie, do tego, o czym chciałem zapomnieć, zagubić podczas dalekich wędrówek…

To, czego unikasz, czego najbardziej się boisz – to cię spotka. Wreszcie, pogodzony, poddasz się dobrowolnie temu, przed czym uciekałeś, z pokorą staniesz przed największym strachem: oto jestem…