Komunikator, neverending brainstorm

Czy zwróciliście uwagę jak zmienił się sposób pracy grupowej pod wpływem komunikatorów? Tradycyjne spotkania zespołowe mogą być rozszerzone, czasem nawet zastąpione, poprzez grupę na komunikatorze. Zamiast rozwiązywać problemy podczas „burz mózgów” na fizycznych spotkaniach, można problem rzucić na grupie. Ludzie czytają i nie muszą odpowiadać od razu. Wiadomo, że wiele świetnych rozwiązań przychodzi nie w salach konferencyjnych, ale na spacerze, w wannie, po przebudzeniu rano. Grupa „komunikatorowa” tworzy jakby niekończące się spotkanie, które na bieżąco rejestruje problemy i je rozwiązuje w miarę możliwości. Oczywiście – ważne jest ścisłe ustalenie terminów, ale tak było zawsze, nie tylko w przypadku pracy rozproszonej.

Jest w tym inny problem – przenikania pracy zawodowej z życiem prywatnym…

Dramaturgia treningu

Dziś Antek postanawia odrobić trening rano, przed śniadaniem. Rower czeka, ustawiony na rolce. Za oknem śnieg i mróz, ale to za oknem, na zewnątrz, nie tu. Antek powoli wypija kubek wody, zakłada pulsometr i buty kolarskie, uruchamia trenażer, włącza aplikację. Aha, jeszcze zapas wody, jeszcze batony z energią, a specjalnie dla Antka – wstrzykiwacz z insuliną i program ciągłego pomiaru glukozy.

Na dziś przewidziany jest trening godzina sześć minut. Dziesięć minut rozbiegówki, dziesięć wybiegówki na końcu. Sedno to dwie serie, dwóch obciążeń – mniejsze 68% oraz większe 83%. Seria zaś składa się z trzech bloków: 3 minuty większego obciążenia a potem 1 minuta mniejszego obciążenia. Dalej 6 minut większego i 2 minut mniejszego. I jeszcze 9 minut większego i 3 minuty mniejszego. Brzmi skomplikowanie, ale Antek nie musi tego pamiętać, aplikacja pilnuje wszystkiego. Antek musi tylko pedałować. Tylko. Ha ha!

Tak po prawdzie – 83% obciążenia to wcale nie jest dużo. Jadąc w terenie prawie się tego nie czuje. Zagwozdka tkwi w tym, że trenażer wymusza ścisły rytm (fachowa nazwa: kadencja) oraz czas. Od nich nie ma ucieczki, no chyba, że Antek się podda i zejdzie z roweru. Lecz takie rozwiązanie nie wchodzi w rachubę.

Dramaturgia treningu rozgrywa się w umyśle Antka. Podczas rozbiegówki zachęca mięśnie do pracy. Nie chcą. Organizm jeszcze zaspany, zastany, nie tylko mięśnie, ale cały krwiobieg i układ oddechowy. Słabo, słabo. Pod koniec rozbiegówki nareszcie jest dobrze. Tak, może być dobrze, „znowu żyję”. Wtedy zaczyna się pierwsza seria. Jest dobrze, kręci się, kręci. Trzy minuty obciążenia 83% to bułka z masłem. Potem minuta „odpoczynku”, choć 68% to też niemało. Kolejne sześć minut i jest coraz ciężej, ale znośnie. Pojawia się lekkie kłucie w kolanie, nic nowego, przejdzie. Zaś 9 minut kolejnego wysiłku, sukcesywnie, powoli, minuta po minucie, doprowadza Antka do rozpaczy. Na posadzce jest już kałuża potu, serce mocno bije, ale nie bardzo mocno, a jednak brakuje siły. Antek zaczyna się zastanawiać, czy dotrwa do końca, bo przecież to dopiero pierwsza seria.

Trzy minuty „odpoczynku” zjawia się w końcu, z czego pierwsza minuta to paradoksalna walka z jeszcze większym bólem mięśni. Trzy minuty to trochę mało, zwłaszcza, że to nie taki sobie odpoczynek. Gdy przychodzą kolejne etapy obciążenia Antek odpływa mentalnie. Nachodzą go przeszłe wydarzenia z ostatnich dni, nie wiadomo dlaczego takie a nie inne. Konflikty z ludźmi, niezałatwione sprawy, problemy do rozwiązania. Antek rzadziej patrzy na licznik czasu treningu. Pedałowanie oddala się jakoś, kolejne sześć minut udaje się przetrwać bez rozpaczy. Jest ciężko, ale idzie naprzód. I znów można odpocząć przez 2 minuty.

Nie jest tak źle, byle tylko wytrzymać jeszcze 9 minut. Tylko 9 minut. „Zobaczę” – myśli, przecież zawsze mogę zsiąść. Byle nie zsiąść za późno. Ciekawe, czy można przewrócić się na rowerze zapiętym do trenażera. Na pewno można, ale trzeba by chyba zemdleć. Na to się nie zanosi, chociaż kto wie. Mózg przecież nie włącza czerwonej lampki: uwaga, za 5 sekund reset. Ale można się zachwiać, tak na moment, i będzie za późno żeby złapać równowagę. Dlaczego tak słabo dziś? Było o wiele lepiej, jeszcze trzy tygodnie temu. Dzisiejszy trening należy do tych mniej wymagających, co jest nie tak?

Nagle Antek zdaje sobie sprawę, że kręci mu się nie tak źle. Ból mięśni zmniejszył się, nawet można by o nim zapomnieć. Oddech dość głęboki, ale nie tak ciężki, bez zadyszki. Jest dziwnie lekko, za lekko jakoś. Antek patrzy na cyfry wyświetlane przez aplikację – wszystko się zgadza, 83% obciążenia, kadencja 100, czas treningu dobiega godziny. Czyli… za chwilę koniec…? Ciekawe, mam wrażenie, że mógłbym zacząć od początku, jeszcze raz.

Na końcu obowiązkowy wybieg, 10 minut lekkiego kręcenia. Nuda, nuda, choć znów pojawia się ból mięśni. Tak trzeba. Antek wraca do codzienności. Puls maleje, oddech już całkiem lekki. Jest pięknie, choć Antek wie, że ta lekkość to złudzenie. Mokry od potu, przy uchylonym minimalnie oknie, nie czuje zimna. Po zakończeniu musi rozciągnąć mięśnie, szybko wziąć prysznic, ciepło się ubrać i zjeść lekki, niewielki posiłek. W organizmie już zaczęła się regeneracja, która będzie trwać przez cały dzień, nawet dłużej.

Regeneracja jest istotą rozwoju, nie sam trening. Podczas regeneracji organizm nadbudowuje swoje układy tak, by w przyszłości lepiej sprostały zadaniu, które właśnie doświadczył w czasie treningu. Dlatego tak ważny jest tryb życia w całości – odżywianie, dobry sen, brak większego stresu. Godzina, dwie godziny treningu mają wyzwolić procesy regeneracyjne, które działają nieprzerwanie całą dobę, do następnego treningu. Tę pracę organizm wykonuje ciągle, z tygodnia na tydzień. Alkohol, używki, kiepskie czy wręcz szkodliwe pożywienie – niweczą wysiłek treningowy. Najważniejszy jest sen. Jeśli nie masz czasu na sen, zapomnij o trenowaniu.

Wspomnienie o Stanisławie Lemie

Byłem na studiach, w pędzie między zajęciami, kiedy zobaczyłem ogłoszenie – w sali xx Stanisław Lem spotkanie. To już za godzinę! Wszystko zostawić i pędzić. Ale! To okazja do zdobycia autografu! Tylko na czym on mógłby się podpisać? Przydałaby się jakaś jego książka, nie miałem żadnej przy sobie. Nie wiem jak i gdzie, w ekspresowym tempie kupiłem „Dzienniki gwiazdowe” w miękkiej okładce. „Podłe wydanie jak pod autograf” – pomyślałem. Sala amfiteatralna wypełniona po brzegi, dzień słoneczny majowy, światło wpadało przez wysokie okna, Stanisław opowiadał swoje historie, ale natychmiast przerywał, kiedy dostawał pytania na karteczkach. Po spotkaniu, plącząc nogi, podszedłem do niego. Podpisał, zrobiłem w tył zwrot i szedłem długim korytarzem. Kiedy doszedłem do załomu – obejrzałem się i zobaczyłem, że patrzył na mnie. Pomyślałem, że wyglądam jak kadet Pirx egzaminacyjnym lotem na Księżyc…

Stanisław Lem autograf

Rowerem we mgle

Dziś 75 kilometrów rowerem we mgle. Rano, za dnia, 45 kilometrów. Wieczorem, zupełnie po zmroku, 30 kilometrów. To było zmaganie głównie z zimnem. Najgorzej dla stóp, klatki piersiowej oraz dłoni. Stopy i dłonie to temat standardowy u rowerzystów, ale tułów nie powinien się przeziębiać. Ewidentnie trzeba poszukać innej odzieży.

Szwankować zaczęły lampki pozycyjne, muszę poszukać bardziej szczelnych wobec wilgoci.

Słowo klucz – aklimatyzacja. Nieprzystosowanie organizmu widać np. w wysokim tętnie na samym początku. Potem w uczuciu obezwładniającego zimna. Zamiast ciągnąć ten stan – trzeba się ogrzać, dać szansę organizmowi na złapanie wątku.

W ciemności i mgle przydałaby się lampa oświetlająca drogę zamocowana dość nisko nad ziemią. Czołówka nie pomaga – strumień światła wychodzący tuż nad poziomem oczu rozprasza się w mleku, zasłania to, co powinno być widać . Dlatego musiałem jechać wolno, a to jest doświadczenie, które rzadko mam okazję przeżywać. No nie umiem jeździć tak, aby nie czuć obciążenia. To nie jest dobre, jeśli chce się jeździć w dalekie trasy, a ja tak chcę. Mgła pomogła mi dziś zobaczyć, jak to jest, kiedy pedałuje się „od niechcenia”. Zostaje wtedy sporo sił – na przyszłość, na długą trasę.

Na niektórych odcinkach naprawdę niewiele widziałem – tam, gdzie brakowało jakichkolwiek linii na szosie. Rower szosowy, który zjechał z asfaltu na miękkie albo nierówne pobocze, niemal od razu jest zagrożony wywrotką nawet przy niezbyt dużej prędkości. Opona szosowa musi trzymać się szosy.

Wnioski:

  • lepsze ciuchy, również odporniejsze na wilgoć
  • lepsze lampki, nie sprawiające problemów
  • aklimatyzacja, rozważne przyzwyczajanie organizmu, bez przegięć

Wyrazistość

W twórczości – ile byś nie myślał, kombinował, teoretyzował – ostatecznie liczy się wyrazistość dzieła i tego, co chcesz przekazać. (Przepraszam, że piszę na „TY”, ale to tak, jakbym mówił do siebie.) Wszystko idzie w dym, jeśli wyszło coś, czemu brakuje konkretnego charakteru, spójnej formy, konsekwencji. No niestety, aby to osiągnąć trzeba wiedzieć, co się czym powoduje, jakie są mechanizmy, zasady. Całość powinna rozrastać się jak drzewo, z głównego pnia, którym jest pomysł nadrzędny, pod którego wszystko inne ma zostać podporządkowane. Widz patrzący z daleka na drzewo widzi pień i koronę, tylko dwa elementy. One muszą być dla niego interesujące, pociągające, prowokujące do podejścia. Wtedy zacznie zauważać gałęzie, ich ułożenie, ruch na wietrze. Jeśli dalej coś widza zaciekawia, nęci, będzie chciał zobaczyć z bliska liście, ich żyłki, meszek, drobne plamki. Wytwór musi pracować „od ogółu do szczegółu”. Dopieszczając detale można stracić kontrolę nad całością, a efektem jest kiszka.

Teatr w szpitalu

Co jakiś czas powraca ten temat. Przeglądałem materiały sprzed kilku lat – tak, to się zdarzyło! Jeden spektakl Teatru Bagatela zagrany w kilku krakowskich szpitalach dziecięcych. Był początek grudnia i z prezentami szliśmy przez oddziały szpitalne. Najlepsza jest końcówka reportażu, oczywiście jeśli na kimś robi wrażenie fakt, że chore, zamknięte w izolatce dziecko, podrywa do tańca cały zespół dorosłych 🙂

Aneta Belcik – całość, od pomysłu, poprzez produkcję i realizację. Ogrom pracy, dla kilku chwil. Czy „to się opłaca”? 🙂

Martyna Lechman „Zagraj w legendę”

Obsada:

Marek Bogucki
Marek/ Doradca/ Karczmarz/ Gołąb/ Król/ Konserwator Zabytków/ Wit Stwosz/ Krowa

Maciej Sajur
Maciek/ Książę/ Gołąb/ Szewczyk Dratewka/ Wawrzek

Natalia Hodurek
Kinga/ Krowa/ Księżniczka Wandzia/ Owca/ Konserwatorka Zabytków/ Posąg Maryi/ Przekupka

Artur Sędzielarz
Kajtek/ Wiedźma/ Smok/ Wiejski Chłopiec/ Król/ Przekupka

Reżyseria – Marek Bogucki i Maciej Sajur
Scenografia – Urszula Czernicka
Muzyka – Artur Sędzielarz
Reżyseria świateł – Marek Oleniacz
Realizacja dźwiękowa – Mateusz Hajto

Niecny cel artysty

Celem artysty jest wywołanie wrażenia. Wywołanie tak, aby wciągnąć, pochłonąć odbiorcę zanim on zorientuje się, że jest wciągany i pochłaniany. Jest to możliwe dzięki konstrukcji mózgu, w którym połączenia nerwowe zajmujące się uczuciami działają o wiele szybciej niż połączenia związane z myśleniem (np. Kahnemann, „Pułapki myślenia”).

Tak więc konstruowanie dzieł tak powinno przebiegać, by zaskakiwać. No niestety. Ale ktoś powie – ileż można zaskakiwać, już wszystko zostało powiedziane, pokazane, wyjaśnione, przeżyte przez masy ludzkie na przestrzeni dziejów i globu.

Ale nie. Bo najprostsze odruchy, instynkty, są nieczułe na to, co było. One rezonują ciągle, zwłaszcza te najsilniejsze. A najsilniejszą emocją jest strach. Uczucie pierwotne i nieusuwalne, mimo wszelkich starań, treningu, medytacji, modlitwy i tak dalej. Drugą przemożną siłą jest pożądanie, głównie seksualne (patrz np. spektakl „Testosteron” Saramonowicza). Trzecim, które gdzieś tam pałęta się wokół dwóch pierwszych, jest zachwyt. Zachwyt również może obezwładnić totalnie. Uwaga na zachwyt! Wydaje się piękny, dobry, nieszkodliwy. Ale to właśnie w jego sidła łapiecie się niezliczoną ilość razy oglądając reklamy, widząc nowy produkt (torebkę, sukienkę, samochód), zyskując nadzieję na polepszenie Waszej egzystencji.

Teraz uwaga – uważajcie bardzo na twórców, którzy potrafią połączyć w jednym dziele zachwyt + strach + pożądanie. Wtedy my, odbiorcy, jesteśmy załatwieni dokumentnie.

(Nie) uciekaj od emocji

Mam wrażenie, że niemała część ludzi stroni od uzewnętrzniania spontanicznych emocji. Wzruszenie jest postrzegane jako słabość. Ale nie tylko wzruszenie, również zamyślenie, zaciekawienie, nawet zwykły uśmiech skierowany do drugiego człowieka – czasem są jak niepożądany odruch, którego lepiej się wystrzec.

Przypomina mi się historia pewnego zdjęcia, które załączam poniżej. Zrobiłem je dawno temu na oddziale kardiologii szpitala dziecięcego. Na tym oddziale było wiele dzieci, od noworodków po kilkuletnie. Wszystkie z chorobami, wadami serca. Zrobione zdjęcia pokazywałem później na zajęciach fotoreportażu, w czasie, gdy uczęszczałem do szkoły fotograficznej. Wtedy nie zdawałem sobie sprawy z wielu kwestii, które dziś są dla mnie oczywiste.

Zdjęcie zostało podsumowane przez prowadzącego w ten sposób: to nie jest dobre zdjęcie, nie róbcie tak.

Przez lata wręcz nie potrafiłem zrozumieć, dlaczego tak powiedział. Byłem zaskoczony i nie zapytałem go. Ale tego rodzaju zaskoczenie wynika nierzadko z faktu, że przeczuwa się, że pytanie „dlaczego” niczego nie wyjaśni, bo nie otrzymam szczerej odpowiedzi.

Co ciekawe – bardzo często czuję, że nie powinienem pytać – tak do końca, dążąc do sedna – nie powinienem pytać ludzi właśnie wtedy, kiedy czegoś naprawdę nie rozumiem. Pytania „dlaczego” są trudne, mój ojciec notorycznie na nie narzekał, gdy byłem dzieckiem i nastolatkiem. Pytania „dlaczego” często objawiają słabość tych, którzy je otrzymują. Bo bardzo często na pytanie „dlaczego” – pytany musiałby odpowiedzieć: nie wiem. Albo: przypuszczam, wydaje mi się. Jeśli pytany jest np. nauczycielem, to klops, bo jak powiedzieć uczniowi – nie wiem? Podobnie w przypadku kierownika, dyrektora, lekarza wobec pacjenta. Okazuje się, że najprostsze pytanie sprawia największe trudności, a zadając je można się nieźle narazić. Pytanie „dlaczego” jest swoistym testem klasy człowieka.

Podsumowując więc temat – po latach wiem, że to zdjęcie świetnie oddaje walkę dzieci o życie i zdrowie na oddziale kardiologii. Zrobiłem wtedy wiele zdjęć – noworodki w inkubatorach, dzieci w łóżeczkach, dzieci doglądane przez pielęgniarkę, dzieci podczas lekarskiego obchodu, dzieci z matkami, które mieszkały w szpitalu, dzieci z bliznami na klatce piersiowej po operacji. Żadne z tamtych zdjęć nie oddaje tematu tak dobrze, jak właśnie ta fotografia. Dlaczego więc prowadzący rzucił tak dziwną i niezrozumiałą opinię? Przecież był to niezłym fotoreporter.em Jedyny powód, jaki mi przychodzi do głowy – został zaskoczony własnymi emocjami i stojąc przed grupą adeptów fotografii – nie wiedział, co z emocjami zrobić. Uciekł, zaprzeczył.

Wynika z tego dalsza obserwacja – czasem nauczyciele po prostu się mylą, mówią wbrew uczniom, z różnych powodów. To blokuje rozwój, bo uczeń idzie błędną drogą, traci czas i swoje siły, których zapas jest ograniczony. Bądźcie czujni i wrażliwi na wewnętrzne poczucie – że „coś się tu nie zgadza”. Czasem większość ludzi wokół będzie twierdzić coś, co Wam wydaje się dziwne, niespójne. Poszukujcie powodów Waszego wahania, zastanowienia. To poszukiwanie otworzy przez Wami nowe światy.

Syn poleca mi film

Jeśli mój czternastoletni syn poleca mi film sprzed 23 lat, to muszę go obejrzeć. Po pierwsze dlatego, że czekam już kilka lat, żeby polecił mi film z tych, które on ogląda. Po drugie – jeżeli podoba mu się filmy starszy niż on sam, to jest to jeszcze bardziej intrygujące. Po czwarte i piąte – tego nie muszę wyjaśniać rodzicom – wiem, że w ten sposób dowiem się bardzo dużo o moim synu, tym bardziej że (tego też nie muszę wyjaśniać (rodzicom)), wiem o nim coraz mniej i tylko czekam na moment, w którym moja niewiedza będzie miała emocjonujące, coraz poważniejsze, a może in katastrofalne skutki (oczywiście katastrofalne tylko w moim wyobrażeniu).

Wczoraj w nocy, po całym dniu pracy, zacząłem oglądać i po 5 minutach już wiedziałem, że jest to bardzo dobre kino – świetny scenariusz, obsada, reżyseria, zdjęcia i montaż. Temat i fabuła – drastyczne. Tempo – przygniatające jak na tatusia, który pada ze zmęczenia, więc padłem . To nic dziwnego – najlepiej usypiają rzeczy proste albo tak skomplikowane, że mózg nie jest w stanie za nimi nadążyć.

Podejdę więc do filmu po raz kolejny, ale… dziś jest sobota i wrócę do domu około północy. Jutro – podobnie. Najwcześniej więc – poniedziałek. Muszę to zapisać w kalendarzu, żeby nie umknęło…

Nie sobą

Zastanawiające jest, zatrważające dążenie do dogadzania masom. Walka o lajki na Facebooku poprzedziła walkę o klikalność na wszelkich portalach, najgorsze – że na tych informacyjnych. Te, które chciały wyznawać wyższe ideały, trzymały się dłużej.

Być sobą czy być takim, jakiego oczekuje ode mnie otoczenie? Więcej – dawać otoczeniu to, czego ono chce, bo otoczenie interesuje się mną tylko w takim stopniu, w jakim mogę mu dać to, czego chce. To dość skrajne podsumowanie rzeczywistości, której portale społecznościowe stają się większą częścią niż reszta świata. Skrajne i gorzkie podsumowanie.

Najważniejsze – żeby treści nie były zbyt ambitne, skomplikowane. Przeciwnie – powinny być łopatologiczne, bo człowiek współczesny tylko w ćwierć sekundy może się czymś zachwycić, potem – przewinie palcem do kolejnego posta. A w ćwierć sekundy może się zachwycić tylko tym, co już zna, bardzo dobrze zna. Projektant grafiki, zdjęcia, treści – ma tylko ćwierć sekundy, żeby odnaleźć i nacisnąć u odbiorcy emocjonalny guzik, najlepiej – śmiechu, bo na myślenie nie ma po prostu czasu.

Banał poszukiwany jest usilnie. „Lubię tylko te utwory, które znam”. Dodatkowo – mały ekran smartfona uniemożliwia przekazanie choćby tylko trochę bardziej skomplikowanego obrazka. Żadnych półtonów, światłocieni, subtelności.