Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku

Dziś kolejka kolejka do pobierania krwi jest dwa razy dłuższa. “Wchodzić po 2 osoby” głosi naklejka na drzwiach, ale przez szklane drzwi widać, że drugie okienko jest nieczynne.
– Jak to nieczynne, ktoś tam siedzi
– Ale nie rejestruje.
– Nie wiadomo, co robi.
– Udaje, że pracuje.

Na drzwiach do rejestracji przyklejono sporo innych ogłoszeń, jak.
– Godziny poboru materiału 7:00-13:00
– Zachować odstęp
– Prosimy NIE stawiać moczu na blacie

Wreszcie wchodzę do rejestracji, podchodzę do lady, tam kolejny napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”. Nie mam dziś moczu. Zza szyby wita mnie twarz dziewczyny:
– Proszę.

Podaję skierowanie i chwilowo nie mam nic do roboty.
– Nie widzę pani, bo na szybie, dokładnie na wprost, naklejono napis “Prosimy nie stawiać moczu na blacie”
– Tak, tak ma być.
– Ale na blacie też jest napis o moczu.
– Nie wiem pan, ilu pacjentów stawia mocz na blacie.
Rozglądam się, gdzie można postawić mocz i nigdzie nie widzę miejsca.
– A gdzie w takim razie można postawić mocz?
– U nas moczu się nie stawia! Mocz oddaje się w pokoju pobrań!

Dostaję numerek 4467 i wychodzę na korytarz. Tam, na dużym ekranie, widzę liczbę 4468.
– Rety, spóźniłem się! Mój numer już przeszedł!
– Spokojnie, niech się pan nie boi, będzie pana numer.
– Ale jak, skoro jest już następny?
– Niech pan uważa, te numery pokazują się znienacka.

Rzeczywiście, tu ciągle wchodzą, wychodzą osoby, wreszcie ukazuje się numer 4467. Z wrażenia zapomniałem, szukam karteluszka, muszę sprawdzić, czy to rzeczywiście mój. Wchodzę. Wewnątrz są dwa stanowiska, lewe jest wolne, a niewysoka blond kobieta pyta mnie o nazwisko. Kogoś mi mi przypomina, zastanawiam się, czy mogliśmy chodzić razem do szkoły.
– Ostatnio schudłem, powinno być łatwiej znaleźć…
– A były problemy ze znalezieniem?
– Raczej nie, ale wie pani, wolałbym nie stwarzać problemów.
– To może z drugiej ręki?
– Nie mam pojęcia, pani na pewno wie lepiej proszę wybierać.

Za oknem, daleko, na horyzoncie, obracają się szybko wielkie-malutkie wiatraki. Ranek jest słoneczny i nawet ciepły, mimo, że wiatr. Pielęgniarka podaje komendy: proszę popracować, zacisnąć, rozluźnić. Coś tam robi przy ramieniu, ja widzę wiatraki.
– Na horyzoncie, daleko, kręcą się wiatraki…
– Widzi pan, nawet nie wiedziałam, ma pan lepsze widoki niż ja.
– Jest dziś wietrznie, widać wierzby kołyszące się w parku obok szpitala.
– Nie zauważyłam…

Na koniec przykłada gazik do zagięcia w łokciu i sprawnie zakleja.
– Pamięta pani, że kiedyś nie dawano takich plastrów po pobraniu krwi?
– Pewnie, że pamiętam. Nie widać tego po mnie…?

“Nigdy nie byłem dobry w ocenianiu wieku” – mówię do siebie, bezgłośnie.

Niewyjaśnione

Najciekawsze jest to, co trudno wyjaśnić. „Nie ma szczęśliwszego momentu dla badacza jak ten, w którym zorientuje się, że nic nie rozumie” – cytuję z pamięci profesora Jana Chwedeńczuka, fizyka naukowca.

W ostatnim tygodniu zajmowałem się montażem nagrania wideo spektaklu „Zimne ognie” napisanego i wyreżyserowanego przez Macieja Sajura w Teatrze Bagatela. Przy tym spektaklu byłem już wcześniej, podczas prób przed premierą, a też potem, już w trakcie gry przed publicznością – miałem zadanie w kulisach i tylko słuchałem, w zasadzie – słyszałem mimochodem, nie patrząc na scenę.

Powtarza się jedno bardzo silne wrażenie – scena solowa Ewy Mitoń miażdży wszystko. Dlaczego? Myślę o tym intensywnie od kilku dni, ale to myślenie rozpoczęło się w czerwcu, czyli cztery miesiące temu. W jego trakcie przychodzą mi do głowy różne uzasadnienia, rozwiązania, wyjaśnienia. Ale po kilku godzinach przestaję w nie wierzyć. Pozostaje stwierdzenie: nie wiem.

W tej scenie Ewa jako aktorka musi zagrać dwie postaci naraz. Jako postać w spektaklu – właśnie aktorka – zostaje do tego zadania zmuszona z powodów typowo teatralnego bałaganu, niedociągnięć organizacyjnych, może też nieodpowiedzialności czy kaprysu innej aktorki, która nie zjawiła się na spektakl. I Ewa gra jednocześnie dwie postaci, które dialogują ze sobą, rozpoczynają przyjaźnie, lecz w trakcie rozmowy wzrasta napięcie, konflikt, determinacja, zostaje podjęta życiowa decyzja.

Praca przy montażu nagrania zintensyfikowała moje pytania. Obraz wideo, oglądany w dodatku w zaciszu pracowni, wyrwany z kontekstu teatralnego – jest nieubłagany. Oprócz planu ogólnego mam zbliżenia z dwóch kamer. Widać wszystko. I w tym, co robi Ewa, wydaje się nie być żadnej skuchy, wątpliwości, niepewności. Ewa idzie jak po sznurku, eskalując bez zmyły emocje, aż do końcowego trzaśnięcia drzwiami, które jest triumfem, choć otoczone jednocześnie porażką. Gasną światła i na widowni rozlegają się brawa.

Szał paniczny

Próbuję dokończyć album z fotografiami teatralnymi, nad którym pracę rozpocząłem… kiedy to było…? Prawie rok temu. Praca idzie jak po grudzie, oczywiście zastanawiam się – dlaczego. Czy dlatego, że jestem świadom, jak taki album obnaży mój sposób widzenia, który, „oczywiście”, okaże się zbyt małostkowym i niedojrzałym? Czy dlatego, że ciągle mam wrażenie, że nie dotarłem do tego, co czai się wewnątrz mnie, tej wizji, do której nie doszedłem. Ona tam jest, ale kiedy zaczynam ją przekładać na konkret – czyli określone zdjęcia, ułożone według założonego planu – to wizja rozmywa się. Rzeczywistość rozmija się z oczekiwaniami. To bardzo trudny moment, choć na początku wcale nie wydaje się taki trudny, ba, nawet nie wiem, że on nadejdzie. Kiedy po wstępnym ułożeniu zdjęć wracam do nich za chwilę, godzinę, pół dnia, dzień, dwa, tydzień, i oceniam: słabe, nie o to chodzi, a o co chodziło, dlaczego nie robi wrażenia, dlaczego się nie składa w narrację.

„Dyktanda” Stanisława Lema w Teatrze Barakah, 2014, fot. Piotr Kubic

Przepytałem moich bliskich, udało się namówić Beniamina, żeby oglądnął to, co już mam. Miałem niewielką nadzieję, że mi pomoże, ale bardziej liczyłem na to, że zobaczy coś dla niego nowego, zdobędzie doświadczenie takiej „dziwnej pracy”, która dla mnie, w jego wieku, w ogóle nie była pracą, była wręcz dziwactwem i fanaberią. A teraz spędzam nad nią godziny, dni, i rozrywa mnie jakaś mieszanina uczuć, „szlag mnie trafia”, bo mam 140 tysięcy zdjęć teatralnych, i co – i nic…?

Beniamin już na wstępie strzelił uwagą w dziesiątkę – zdjęcie na okładce jest za słabe, trzeba je przenieść na tylną część okładki. Ma rację! Potem, wspólnie, znaleźliśmy kilka kolejnych ogniw łańcucha fotograficznego, zajęło to godzinę, może więcej, ale posunąłem się do przodu. Wczoraj – moja dziewczyna dawała swoje uwagi, ona częściej zadaje trudne pytania, lecz one sięgają tam, gdzie ja nie sięgam. Początkowo się buntuję, ale potem wracam i myślę, znów od nowa. Zaczynanie od nowa, a przynajmniej – nie banie się tego, na tym polega ta praca…

Nie pochwalę się

W poprzednim wpisie nadmieniłem, że siadam do montażu wideo. Dziś patrzę na tamtą pracę z perspektywy czasu, cieszę się, że ją skończyłem z sukcesem, ocenionym przez zleceniodawcę. Mógłbym się pochwalić efektem końcowym, ale się nie pochwalę.

Pisząc konkretniej – ja jestem zadowolony z mojej pracy, bo udało się przejść po linie zawieszonej nad ruchliwą ulicą, dokonać ekwilibrystyki skrojenia czegoś co wciąga, mimo niewielkiej ilości materiału. Mój osobisty sukces i satysfakcja, ale nie sukces w szerszym, ogólnym kontekście.

Kontekst. To kwestia kluczowa. Fotografia istnieje w jednym kontekście, a nie istnieje w innym. Wypowiedziane słowo działa w jednym kontekście, a nie działa w innym. Typowy zabieg np. polityków, którzy już coś powiedzieli, a potem okazuje się to gafą – zmieniają kontekst swojej wypowiedzi na rzekomo inny, niż był faktyczny. Ludzie pamiętają słowo, ale bardzo rzadko potrafią nazwać kontekst, ponieważ one jest bardziej złożony. Stąd tak łatwo wmówić im, że kontekst był inny.

Tak więc mój filmik zadziałał dobrze w kontekście, do którego został stworzony. Ale Wy nie macie tego kontekstu. Dla Was filmik stanąłby w rzędzie, serii, nawale, całej fali filmików, które oglądaliście przed minutą, sekundą, przeglądając internet. W takim kontekście mój materiał będzie szary, nieznaczący, taki zwykły, pospolity, jak tysiące innych.

Czy doskonale wiedział, co robi…?

Siadam do montażu wideo. Mam już około 75% materiałów, w tym tzw. mięso – czyli sedno, główną treść krótkiego filmu, który ma powstać. Ale to „mięso” jest jeszcze „z kością” i „podrobami”. Porozrzucane w różnych częściach „surowca”. Trzeba je wypreparować i połączyć w odpowiedniej kolejności – smaków, faktury, treści – aby powstało danie, przy którym widz powinien zapomnieć, że powstało z „mięsa”.

Nawet, jeśli film ma mieć kilka minut – widz powinien dość szybko zapomnieć, że jest to film, twór w rzeczy samej sztuczny. Niech widz wskoczy w historię, która w dużej części tkwi w nim samym – wtedy jest szansa na wchłonięcie odbiorcy.

Kiedy siadam do montażu, przeważa mnie poczucie niewiedzy. Jakbym jeszcze nie był gotowy, jakbym nie wiedział, jak to zrobić. Ale muszę zacząć, bo zobowiązałem się dotrzymać terminu. Więc oglądam kawałki i najtrudniejsze jest znoszenie tego, że ciągle niewiele rozumiem. Trzeba opanować strach, cierpliwie, spokojnie szukać, przykładać różne części. Zaczynam od poszukiwania tego, co najbardziej przemawia. Teraz na przykład szukam „od końca”, żeby nie przywiązywać się do kolejności, w jakiej materiał był nagrywany.

Może najtrudniej uwolnić się od myśli, że to, co zrobię będzie kiepskie w moich własnych oczach. Że nie ma efektów „pośrednich” – bo albo jest to, co mnie satysfakcjonuje, czego widzę sens, albo zrobiłem dziadostwo i praca pójdzie do kosza. Uwolnienie się od tego lęku to podstawa pracy twórczej, w przeciwnym razie – nigdy nie skończyłbym niczego, nie pokazał niczego, bo zawsze byłoby „nie gotowe”.

Przypominam sobie wywiad radiowy ze Stanisławem Lemem, któremu zadano pytanie – jak powstała powieść „Niezwyciężony”? Mam to nagranie, autentyczny głos Lema:

– Tak mi się napisało. Doprawdy nie wiem, jak się napisało i nie jestem w stanie powiedzieć, co bym napisał, gdybym tego nie napisał. Powieść jest nie za krótka, nie za długa, taka w sam raz.

Tymczasem ta powieść to świetna realizacja sztandarowego schematu scenariusza np. filmowego. Starannie skonstruowany przebieg napięć, żadnego zbędnego wątku czy detalu, kulminacja, i zwycięstwo, które jest raczej przegraną rodzaju ludzkiego. Po drodze – znakomite opisy wplecione w najdramatyczniejsze akcje, psychologia człowieka, oczywiście szeroka wiedza naukowa.

Kiedy w średniej szkole muzycznej pani dyrektor mówiła, że Bach doskonale wiedział, co komponował, to powstawało we mnie wzburzenie. Przecież w sztuce, zwłaszcza w muzyce, która istnieje tylko w akcji, liczą się przede wszystkim emocje, nawet jeśli połączone lub bazujące na intelektualizmie. Przecież nie chodzi o to, żeby wiedzieć (kij z tym, co mi po wiedzy), ale żeby czuć. Rozumiem, że tym sposobem pani dyrektor chciała nas zachęcić do zgłębiania wiedzy muzycznej i pewnie zachęciła, nawet jeśli się buntowaliśmy.

Pogodzić się z bezsilnością, przyznać, że nic nie wiem, to dobry początek. Szukać wątku, znaków, tego, co najważniejsze…

PS. Czasem w różnych kręgach twórczych można zauważyć rzekome objawienia. Pada pytanie – co zrobić, jak to zrobić – i już ktoś ma gotową odpowiedź. Zaś zastanowienie, trawienie tematu, rozpatrywanie różnych możliwości – postrzegane jest jako słabość, amatorka, dyletanctwo. Tymczasem jest zupełnie odwrotnie.

Splątane sznurówki

Wróciłem z urlopu, przeczytałem maile, ogarnąłem kalendarz na najbliższe dni, wykonałem parę telefonów, popchnąłem parę spraw do przodu. Ale najgorsze, z czym walczę – to strach. Poczucie, że muszę wytężyć wszystkie siły, żeby poukładać kłąb, który na razie leży przede mną – jak splątane sznurówki. Nie zjadłem śniadania i mechanicznie biorę się za prace, które nie są potrzebne – żeby tylko oddalić to, co trzeba zrobić najszybciej. A może nie wiem, nie jestem pewien, co trzeba zrobić najszybciej, i w ten sposób mózg próbuje uzyskać trochę więcej czasu na zastanowienie…? Walczę z ogarniającą falą stresu, ale – zabawne – z tym nie da się walczyć, bo walka sama w sobie, z definicji, zawiera element stresu. Więc co robić…?

„Olać”. Tak tak, na to słowo moi rodzice załamywali ręce, a kiedy próbowałem oponować – pomstowali: jaka nieobowiązkowość! Mieli rację, wcale nie byłem obowiązkowy jako dziecko i nastolatek. Potem wtłaczałem w siebie obowiązkowość przez lata. Odsuwanie nieprzyjemnych spraw na później, z obawy, że „będzie bolało” – tak przeważnie było. Zamiast odsuwać – chwytać byka za rogi. Odnajdywać przyjemność w czymś, co wcale nie wydawało się przyjemne. To się da robić…

Dziwny jest ten strach… Przecież mam dobre życie. Na razie nie żyję w wojnie, nikt mnie nie prześladuje, mój stan zdrowia jest wręcz bardzo dobry.

Darmowa masówka, za myślenie trzeba zapłacić, polaryzacja rośnie

Oczywiście mogę się mylić, ale po próbie przeczytania artykułu w Tygodniku Powszechnym przyszło mi do głowy, że rośnie polaryzacja między myślącymi ludźmi a tymi, którzy biorą rzeczy jak leci. Wynika to z faktu, że te lepsze treści są dostępne w sieci przeważnie za opłatą. Rzeczpospolita, Tygodnik Powszechny, Wyborcza. Natomiast Onet, czyli masówka, jest za darmo, ale jednak trudniej znaleźć tam coś, co nie będzie pisane pod przeciętność – aby przeciętność mogła to zrozumieć i klikać dalej. Bo z klikania i wyświetlania kolejnych reklam portal zarabia. Więc teksty muszą y

Artykuł w Tygodniku Powszechnym przeczytałem – w nagrodę za założenie konta, ale tak nie będzie ciągle, i zaraz limit darmowych artykułów się skończy. Ale przecież – co to jest 250 pln za roczny dostęp do wszystkich zasobów?

Problem polega na tym, że przeciętny Polak nie zapłąci 250 pln, nie zapłaci nawet 80 pln za rok. On korzysta z tego, co jest przeznaczone dla szerokich mas odbiorców. A to, co jest przeznaczone dla szerokich mas odbiorców, nie może być „wysokich lotów” – ta treść musi być stworzona dla nich, aby karmić ich potrzeby. One nie są wysokich lotów.

Nie chcę narzekać ani straszyć. Wydaje mi się nawet, że żyjemy w jednym z najlepszych okresów w historii – my w środkowej i zachodniej Europie. Jeszcze nie przelała się do nas krew z Rosji i Ukrainy, jeszcze mamy czas myśleć o sprawach wyższych niż tylko codzienne przetrwanie.

Życie a ciśnienie tętnicze

Po latach zmagania się z sobą, głównie w celu zrozumienia samego siebie, a to tylko po to, żeby życie (własne) wreszcie uczynić spokojniejszym, doszedłem do następującego wniosku. Wszystkiemu winna jest skłonność naszej całej rodziny (ze strony ojca) do niskiego ciśnienia. Zaczynamy funkcjonować dopiero wtedy, kiedy coś nam podniesie ciśnienie. Dlatego na przykład mój ojciec całe życie pije kawę. Może też dlatego ja nie piję – nie chciałem tego uzależnienia.

Niskie ciśnienie tętnicze nie wydaje się problemem, ale powoduje szereg psychologicznych konsekwencji. Na przykład gdy mamy niskie ciśnienie, wszystko nas boli, nic nam się nie chce, a także widzimy świat w czarnych barwach. W rodzinie ojca większości jego braci twierdziła co najmniej dwa razy dziennie, że to już koniec, i że czują, że niedługo pociągną. Co stoi w sprzeczności z faktami – wyrośli w wiosce na wysokich wzgórzach, gdzie do tej pory nie ma asfaltu (położono zdaje się płyty betonowe), a kamienista ziemia była im przez całe życie kamieniem u szyi. Krowy szło się pasać boso, codzienne jedzenie to brukiew. Cała rodzina niezwykle wytrzymała, dożywała w dobrym stanie fizycznym późnego wieku.

Odkąd pamiętam ojca – wyprzedzał wszystkich z tempie pracy. Choć niewielkiego wzrostu, dość szybko poddawały mu się styliska łopat czy siekier, nosidła wiader, a w ostatnim czasie – kółka kosiarek do trawy, które nie wytrzymywały jego tempa pracy.

Gdy miałem 10 lat rodzina jeździła na wakacje z funduszy uzyskanych ze zbioru agrestu. Mieliśmy tego mnóstwo w ogrodzie. Na początku wakacji ojciec, wujek, babcia, dziadek, ale też ciotka i mama (mieszkaliśmy w domu trójrodzinnym, trzypokoleniowym) po powrocie z pracy o godz. 15:00 zasiadali do krzaków agrestu. Wiaderka i skrzynki wypełniali zielonymi kulkami, zawożonymi potem do punktu skupu. Wieczorem ojciec czasem podsuwał mi palce i igłę, zaciągał pod silną lampę i mówił – wyciągnij mi ten kolec, bo sam nie dam rady. Palce u dłoni miał ponabijane igłami agrestu. Rwał agrest w takim tempie, że nie przejmował się kolcami.

Ojciec w wieku 75 lat zbiera czereśnie

Wracając do ciśnienia (tętniczego) – dopiero zadania podnoszące nam ciśnienie sprawiają, że jesteśmy pracowici, zaangażowani. Przy niskim ciśnieniu – leżymy, lenie; narzekamy na rozmaite bóle, nie widzimy sensu życia i mamy przeświadczenie, że za chwilę umrzemy.

W świecie, w którym coraz mniej pracuje się fizycznie, a coraz częściej – umysłowo i emocjami – jest nam trudniej. Nastręczają się niezbyt pozytywne podniety ciśnienia. Oczywiście, pozytywnie działają: zachwyt, szczęście, zaciekawienie. Ale, niestety, skuteczniej ciśnienie podnosi złość. Nie ma to jak natknąć się na absurd – w urzędzie, w pracy, na ulicy, gdziekolwiek. Kiedy zobaczymy absurd, nasze ciśnienie wreszcie rośnie do poziomu normalnego, myśli zaczynają się klarować, pojawiają się wnioski i rozwiązania problemów. Układanka tego świata zaczyna mieć sens. Nie ma to jak spotkać idiotę, który mówi nonsensy. Im większe emocje, tym lepiej pracuje nasz mózg. No niestety. Wściekłość – ach! – ależ ona rozjaśnia życie!

Te obserwacje i płynące z nich wnioski nie są chlubne. Od czasu, kiedy zorientowałem się w czym rzecz, próbuję podmieniać złe emocje na dobre. Ale okazuje się, że dobre czy złe – emocje są bardzo męczące. Wszystko jedno, czy te silne, czy słabe (nie wiem nawet, czy jest sens ich stopniowania), bo te subtelniejsze wywołują jeszcze większe wrażenia. Jestem w sytuacji bez wyjścia. Marzeniem byłoby wzorować się na ludziach, którzy potrafią spokojnie analizować tabelki (jak moja dziewczyna). I czasem to się udaje, ale na krótką metę. Dobre i to, ale nie mam długich perspektyw na zasadniczą zmianę siebie (spójrzmy prawdzie w oczy – 3/4 życia za sobą)(zresztą już czuję się tak, jakbym po południu miał nie żyć).

Powracając do emocji, tych dobrych – jest ich bardzo dużo, wręcz przesyt. Choć początkowo wywołują uczucie szczęścia, później pozostawiają większe zmęczenie. Wiele fantastycznych emocji płynie z kontaktów z ludźmi, więc je także powinienem ograniczyć. Przepraszam Was, jeśli to źle brzmi, ale pomyślcie – ostatecznie to i tak dla Waszego dobra. Piękno trzeba umieć sobie dawkować, podobnie jak absurdy tego świata 🙂

(wpis został umieszczony w kategorii „Czy to żartem czy serio)
(poniżej – przykład sytuacji wywołującej silne emocje pozytywne)

Stanisław Słowiński i Tomasz Kukurba podczas koncertu na Letniej Scenie Radia Kraków 2023, fot Piotr Kubic.

Zmęczenie niezmęczenie

Zmęczenie psychicznie. Nie od razu jest jasne, bo w ferworze zajęć wszystko wydaje się OK. Pojawia się jednak typowy objaw – wrażenie, że „wszystko dzieje się za wolno”. Ludzie za wolno chodzą na ulicach, na schodach, w przejściach, zagradzają, wchodzą mi pod nogi. Za wolno jadą samochodami, wolno skręcają, nie mogą się zdecydować, a przecież – nie ma czasu…!

Ktoś chce coś powiedzieć, ale tak długo trzeba czekać, aż się wypowie, szuka słów, a przecież trzeba pchać rzeczy do przodu, a nie gadać! Zadania, które do tej pory rzekomo można było gładko wykonać, teraz „nagle” są problemem. Zmęczenie psychiczne to też chwiejność nastroju. Od euforii, kiedy się udaje, do dramatu – z błahego powodu. To nagle ogarniająca rozpacz, której trudno znaleźć realne przyczyny, choć przyczyny powierzchowne zawsze są pod ręką.

Zmęczenie psychiczne to gubienie rzeczy, wyjście do drugiego pomieszczenia z utratą pamięci – po co wychodzę, to urywanie się wątków w rozmowie, przeskakiwanie z tematu na temat. To zmęczenie to też chęć, żeby dalej coś robić, nawet kiedy niekoniecznie trzeba coś robić. To wygląda jak uzależnienie, bo na chwilę pomaga znów – powrót do komputera i rozpoczęcie pracy. Nicnierobienie to brak czegoś, pustka, wręcz ból.

Więc ucieka się dalej, do aktywności. Trening fizyczny pomaga przywrócić klarowność umysłu, ale też tylko na jakiś czas. Trening taki pomaga usnąć, to jest dobre, ale jeśli nie ma wystarczającej ilości czasu na sen, to przebudzenie nie poprawia sytuacji. Zaburzenia snu są poważnym sygnałem, że kierat się zaczął – ten, w którym kręcę się już tylko w kółko, i tylko kwestią czas jest, kiedy padnie ciało.

Fatalne jest to, że w takim stanie coraz trudniej jest się uśmiechnąć. Nawet przy próbach – wychodzi grymas, który przez otoczenie jest odczytywany źle, ma się rozumieć. Utrata dobrego kontaktu z otoczeniem może skutkować daleko idącymi konsekwencjami. W końcu pozostaje niewielka grupa osób, którzy jeszcze chcą rozmawiać. Cofnąć ten trend nie jest łatwo, im dalej się zabrnie, tym więcej czasu i wysiłku, żeby znów przekonać ludzi do siebie.

Uzależniony od pracy leży w ogrodzie, przytwierdzony pasami do trawy, z głową skierowaną wyłącznie w niebo i patrzy na przepływające obłoki. Czuje ból całego ciała, potworne ssanie w środku tułowia, swędzenie skóry na głowie, ale nie może się podrapać. Jest przełom czerwca i lipca, wiatr przepycha chmury i przelotne deszcze. Nagle zbiera się na burzę, to i dobrze, bo ten człowiek może i potrzebuje wstrząsu. Nie chodzi o uderzenie pioruna, ale o pogodzenie się z losem – o sytuację, w której naprawdę nic nie można zrobić, choć wszystko wydaje się walić na głowę, i że to koniec. Przewalają się gromy, pioruny biją gdzieś dalej, chciałbyś, żeby spadł rzęsisty deszcz, może nawet ulewa, żeby coś zabolało mocniej niż to odrętwienie, żeby walec przejechał. Tego już nikt nie wie, co będzie, czy spadnie tylko kilka kropel, a może trawa wokół uziemionego przybierze kolor rozpryskującej gleby w ulewie. Chodzi o to wrażenie kompletnej porażki, gdy nic nie można zrobić i wreszcie należy przestać. Porażka, która wyzwala.

6,22 % to prawie jak u zdrowego

Nie chodzi o promile alkoholowe 🙂

Odebrałem dziś badania lekarskie z wynikiem parametru Hba1c. Określa on „leczenie” cukrzycy. To znaczy – na ile udaje się to „leczenie”. „Leczenie” piszę w cudzysłowie, bo tej choroby nie leczy się tak, jak innych chorób, z prostego powodu – jej się nie da wyleczyć. Tak zwane „leczenie” polega na nieustannym ratowaniu sytuacji. Pacjent ratuje się codziennie, cotygodniowo, comiesiecznie i wieloletnio – aż do śmierci, a umierając – ciągle jest cukrzykiem 🙂

W smartfonie mam aplikację, która co 5 minut odczytuje na głos poziom cukru. Co 5 minut analizuję, czy poziom zmierza w dobrą stronę. Dwanaście razy na godzinę, od wstania z łóżka rano do położenia się w łóżku wieczorem. Kiedy śpię – aplikacja co 5 minut sprawdza poziom i jeśli wyskoczy poza zakres – budzi mnie alarmem.

Wynik HBa1c = 6,22% jest dla mnie sukcesem. Co prawda jest poza zakresem zdrowego człowieka, ale jestem już bardzo blisko, bo „zdrowy” zakres leży między 4 a 6%. W przypadku mojej choroby, mojej specyfiki – to duże osiągnięcie. Przez wiele lat miałem gorsze wyniki, ale dzięki nowoczesnej technologii mogłem je poprawić.

Dzięki technologii i nieustannym staraniom. Ciągłym kalkulacjom, obserwacji, przewidywaniom. To jest praca przez 7 dni w tygodniu, prawie 24 godzin na dobę, bo kiedy budzę się rano odczytuję wyniki z nocy, analizuję i przed następną nocą wprowadzam poprawki.

Skoro taki okazał się wynik, można postawić sobie kolejny cel – zejść poniżej 6%. Ideałem wydaje się 5,5% – to pewnie mniej niż u wielu „zdrowych” – tzn. takich, u których nie okazała się jeszcze cukrzyca, ale którzy jedząc bez zastanowienia i nie dbając o siebie mają z pewnością już niezłe rozjazdy z normą1. Żeby poprawić wynik trzeba znów zmienić styl życia, żywienia, poszukać najsłabszych punktów, poszukać więcej informacji, poczytać. Kimś się zainspirować, komu się udało.

1 Zdarza się, że zdrowi ludzie, tzn. tacy, którzy nie mają zdiagnozowanej cukrzycy, zakładają sobie czujniki glukozy, żyją normalnie i obserwują, co dzieje się w ciągu doby. Wtedy okazuje się, jak niekorzystny wpływ mają pokarmy o dużej zawartości węglowodanów i wysokim indeksie glikemicznym. Organizm początkowo jest w stanie regulować glikemię, ale po pewnym czasie dochodzi do choroby.