niebawem…

Białe Martini i zapach wiosny. To wystarczy, by zobaczyć Kraków czasu studiów, poczuć lepkie powietrze tamtych nocy… Budzi się tajemnica, z gatunku tych niewyjaśnionych nigdy; lecz może już wkrótce, jak obiecał mój Gość: niebawem…

PS. Białe Martini, zapach wiosny, i zapomniałem napisać – samotność.

Wśród mleczy

Słońce stało wtedy wysoko… Tyle jestem w stanie napisać. Na to całe zastanawianie się nad życiem, a może tylko emocjami, i tylko moimi, niestety, więcej nie wymyślę. A skoro słońce stało wysoko, to i mlecze wyciągały rozwinięte główki w stronę nieba. Na zdjęciu mleczy za bardzo nie widać, widać za to elementy, którym wszystko jedno, czy słońce stoi wysoko czy się chyli, i czy w ogóle świeci.

Takie sobie prymitywne kawałki żelaza i drutów. Ignoranckie. Wszystko im jedno. Od czasu do czasu przejedzie tramwaj, ale nawet i wtedy wątpię, czy robi na nich wrażenie. Tak więc zastanawiam się, dlaczego nie robiłem zdjęcia mleczom? No, zrobiłem jedno, tak na szybko. To błąd. Takie kiepskie jakieś.

Widziałem też pewną dziewczynę, która biegła przez mlecze, ignorując prymitywne żelazne druty i im podobne kawałki. Patrzyłem z daleka i tak myślałem, że gdybym stał na jej drodze, to zrobiłbym jej zdjęcie. Bo jej, najwyraźniej, również nie było obojętne słońce. Ale akurat nie stałem na drodze dziewczyny, a oceniwszy, że dogonić jej z aparatem nie mam wielkiej szansy, dałem spokój.

Można jednakowoż czatować z aparatem kilka dni pod rząd, na dziewczynę, tę samą, albo inną. Ba, są nawet niewielkie ścieżki wydeptane, można by czekać tam, z aparatem gotowym. Ale czy stać mnie, by czekać? Nie wiem. Nie bardzo. Już wiem, że raczej nie postoję, już raczej liczyłbym na łut szczęścia – ot zjawiam się, i przez szczęśliwy przypadek dziewczyna znów biegnie w słońcu, wśród mleczy, właśnie w moją stronę, a ja mam właśnie przygotowany aparat.

A! Tu się trafił pan, wśród mleczy! Nie biegnie, co prawda, i jest panem, a nie dziewczyną, ale to niezła wprawka, takie trening, przed spotkaniem dziewczyny. W razie czegoś będę już miał przećwiczone. No i przy okazji załapał się i gołąb. A sfotografować gołębia, to może i trudniej, niż dziewczynę (choć może kto wie?).

23:11

Wróciłem do domu. Ale wcześniej – szedłem ulicą, nad którą wisiały latarnie, ich czerwonawe światło mieszało się z bladoniebieskim, od księżyca. A jeszcze wcześniej, ten sam księżyc zaglądnął mi w twarz, poprzez uchylony wywietrznik, w dachu busa, którym jechałem. Zaglądnął na moment tylko, na jednym z zakrętów, przyświecił mi w oko, a ja byłem jak nietoperz, jeden z ośmiu nietoperzy, rozpinających górne kończyny w ciemności, między uchwytami, wewnątrz pojazdu. Reszta nietoperzy znalazła miejsce na siedzeniach, a co kilka minut – jeden, dwoje z nich, przeciskało się do wyjścia, przekładając zwinięte skrzydła wzdłuż umieszczonych pod sufitem rurek do trzymania się.

Z tłoku wypluła nas wreszcie maszyna, skulonych, na chodnik, gdzie rozwinęliśmy skrzydła, w czerwonym i bladoniebieskim świetle. I było tu tak dobrze, że moglibyśmy zostać, gdyby nie pchała nas jakaś siła, w przód, do tych lamp, czy do księżyca może.

Szczeka, tyka…

Szczeka pies. Dźwięk odbija się od ścian domów. Szczeka tak co wieczór. Za każdym razem szczekanie wywołuje ten sam nastrój.

Można by się zastanawiać, jak to możliwe, że szczekanie nie nudzi mi się. Może są w nas takie struny, których drganie nigdy nie spowszednieje. To albo niepojęte, albo staje się normalne wraz z wiekiem. Zresztą, po co się nad tym zastanawiać.

Szczekanie psa ma swój kontrapunkt w tykaniu kuchennego zegara. Słucham tykania i sprawdzam – czy dziś tyka wolno, czy szybko? „Oczywiście, że zawsze tyka tak samo”, ktoś powie. Ale nie o to chodzi. Liczy się to, jak ja czuję właśnie teraz – czy dla mnie to szybkie, czy wolne tykanie?

To dla mnie miara zmęczenia, przekonałem się już, że dość skuteczna. Słucham i słyszę, że właśnie tyka szybko, więc nic tu po mnie, moje miejsce jest w łóżku. Szybko, to mało powiedziane, tykanie pędzi dzisiaj, niestrudzone, i zdaje się przyspieszać. To tak, jakbym wpadał do wnętrza czarnej dziury, a zegar pozostał na zewnątrz. Najwyższy czas się ratować, więc…. dobranoc Wam…

Pola zebrzaste

Przedwiośnie

Podłużne połacie śniegu przeplatają się z czarnymi pasami ziemi. To zupełna tajemnica. Dlaczego wszystkie tak regularnie się układają, na przestrzeni całych kilometrów? Jakby się umówiły, albo rozmawiały ze sobą, co najmniej – były w kontakcie.

Śnieżyca

Ślisko jest tak bardzo, że trudno ruszyć samochodem. A co dopiero go zatrzymać? Jest jednak różnica: trudniej ruszyć, bo napędzane są tylko dwa koła, zaś przy hamowaniu udział biorą cztery koła. Tak więc hamowanie powinno być skuteczniejsze niż przyspieszanie.

Co tam… ślisko…

Wieje bardzo. Okna wypełnione argonem, czy tam innym gazem, zaledwie przyprószone śniegiem. Nasze poprzednie okna miałyby już kwiaty z lodu, a zbliżając dłoń do szczelin poczułbym ten powiew, co na zewnątrz. Drżałbym też, ubrany w podwójne ciuchy, od tego chłodu, i marzył, by zapaść pod kołdrę. A tak – nie marzę. I nie marznę.

Zawiewa za oknem, w świetle lamp, gnie drzewa, gnie nie za bardzo, bo są bez liści, nie stawiają oporu. Już nie wiem, gdzie ulica, gdzie chodnik, gdzie zaczyna się trawa i skarpa, bo wszędzie biało. Ach, jakie płatki śniegu mkną w dół; niech mkną, choć będą narzekać rano, ludzie, że im źle. A gdyby tak teatr odwołał przedstawienia, dzieci nie poszły do szkoły, gdybyśmy odśnieżali drzwi wejściowe, choć do połowy zasypane? To co? Nadganialibyśmy potem zaległości? Że program w szkole niezrealizowany, plan sprzedaży, plan produkcji, plan osiągnięć zostawiony z tyłu? Że kurier nie dojechał, mleka nie dowieźli (myślał by kto), albo nie ma pięciu rodzajów chleba i kajzerek.

Niech śnieży. Śnież czym więcej. Powietrze oddycha tej nocy pełniejszą piersią, nie pyta nas o zgodę, zagniewanych, zmartwionych, zastraszonych. Śnieżyca króluje, i jakąś pociechę mam w tym, że gdyby chciała, zmiotła by nas, z lekkim uśmiechem. A ja bym jej uśmiechem odpowiedział.

Nie wiem gdzie on jest



Głowa mojego syna jest gorąca, a w wyobraźni widzę zimne ślady opon na śniegu, tuż przed naszym domem. Każdy z tych śladów jest jak kanion, jeden obok drugiego. Gdyby być krasnoludkiem, można by podróżować przez nie cały dzień. Beniamin usiadł mi na kolanach, ale myśli o czymś innym, o co nie jestem w stanie go zapytać. Ledwo zapytam, a już myśl ucieknie, wiem, że tak będzie, mam tak samo. Więc nie pytam, patrzę i wiem, że jest gdzie indziej, niż na moich kolanach, i tuli się do mnie, a nie tuliłby się, gdyby nie był myślami gdzie indziej… Może przemierza, jako krasnoludek, śnieżne kaniony na naszym podwórku.

Pisz, do jasnej anielki

– Pisz, pisz pisz.

Do jasnej anielki! Ale o czym? Ten ostatni tekst o statku spaskudziłem. Statek nie płynie, ani tekst tym bardziej. Wizja zwiotczała zanim wyszła spod palców. Pisać o suchym wietrze, obeschłych chodnikach w centrum miasta? O poszukiwaniach w ciemności i po omacku? O wypływaniu z przesmyku na szersze wody, a tam jeszcze ciaśniejszy przesmyk? O wspomnieniach z dzieciństwa, zapachu ogórków kiszonych? To już było. Myśl rodzi się banałem, konstrukcje zdań zbrzydły porządnie, wewnętrzny krytyk zaciera ręce.

– Pisz, jasny gwint!

 

Dostał pierwszego maila. Przeczytał i od razu zaczął pisać. O tak, szło mu szybko, kursor skakał wzdłuż wiersza i przechodził do następnego. Przeszedł tak dwadzieścia, trzydzieści linijek, gdy postawił wreszcie końcową kropkę. A potem swoje imię.

Odpowiedź nadeszła po dwóch dniach. Już w trakcie czytania zaczął odpisywać, szło mu nie gorzej niż poprzednim razem. Postawił kropkę, a po niej swoje imię, i nawet odniósł wrażenie, że mógłby pisać dalej. Powstrzymała go zwykła przyzwoitość. Po dwóch dniach otrzymał odpowiedź, i odpisując sam nie wiedział kiedy napisał trzy razy więcej niż ostatnio. Trudno, pomyślał, tak wyszło jak wyszło. Gdy dostał cztery razy dłuższą odpowiedź nie zastanawiał się długo, tylko po prostu odpisał. W międzyczasie, nie wiadomo jak i kiedy, nadszedł jeszcze inny mail. To dopiero wyzwanie, pomyślał, i zabrał się za odpowiedź. Szło mu sprawnie, najsprawniej ze wszystkich razy, a pisząc unosił palce ponad klawiaturą i wzrok jakby też zawiesił, nie patrząc na ekran. Gdy odpisywał już każdego dnia, nie licząc listów, i nawet nie zauważając, że przyplątał się jakoś trzeci adresat, zdał sobie sprawę, że oprócz chodzenia do pracy, jedzenia i spania, to głównie odpowiada na listy. To mu się nie spodobało, marnuję się, pomyślał, i powziął usilne postanowienie, że skoro pisanie już idzie mu tak dość regularnie i składnie, to mógłby napisać coś więcej, niż list, a na przykład małe opowiadanie.

To byłoby całkiem możliwe, pomyślał, musiałby tylko trochę przyspieszyć pisanie, żeby oprócz pięciu listów codziennie, posuwać akapit po akapicie naprzód taką niewielką, niewinną akcję. Bohaterowie pojawią się sami. Lekkie przyspieszenie pisania nie stanowiło problemu, pamiętamy przecież, że on w pisaniu radził sobie całkiem dobrze, a przecież opowiadania nie pisze się miesiącami. Po dwóch tygodniach tekst zakończyła kropka, a wtedy, mimochodem, przypadły mu do głowy, zupełnie niespodziewanie, dwie inne historie, z prawie gotowym już zakończeniem. Przysiadł więc godziny nocy, i machnął je oba, tak sobie, po prostu.

Nim się obejrzał, miał zbiór opowiadań, lecz to niczym mu się zdało, bo przecież prawdziwym wyzwaniem tego, kto coś już pisze w miarę regularnie, jest powieść. Zauważył już wtedy, że tempo pisania podwoiło się od czasów pierwszego opowiadania, co przyjął z zadowoleniem, no przecież bez zdziwienia. Powieść ciągnęła się trochę, to prawda, ale przetykał ją sobie odpowiadaniem na listy, co wobec powieści było zajęciem relaksującym, i jakby nie-zajęciem, rozrywką, wypoczynkiem, coś jak pobyt na plaży w upalny letni dzień, gdy niczego się nie robi, wsłuchuje tylko w szum morza, bo i mewom nie chce się latać.

Zauważył wtedy, że mógłby prawie pisać na dwóch klawiaturach naraz, na przykład pierwszy i ostatni tom trylogii, tylko że serce miał jedno, rozdwoić się nie chciało, a początek historii był wesoły, koniec zaś tragiczny. Pozostał więc na pisaniu powieści wraz z instrukcjami obsługi, z których to miał na chleb i czynsz, gdyż do pracy, ma się rozumieć, przestał chodzić jakieś trzy lata temu.

W międzyczasie zaczęli pisać do niego czytelnicy pierwszych piętnastu tomów opowiadań oraz siedmiu powieści. Sam nie wiedział jak, aż wśród listów napotkał znany skądinąd podpis – to jego brat zawiadamiał, że konserwując kopie zapasowe starych plików wybrał niewielką ich część do publikacji.

Że pisarz był solidny i uparcie odpowiadał na listy, korespondencja z czytelnikami zaczęła ograniczać czas przeznaczony na pisanie, i nasz bohater zastanowił się chwilę. Wyszedł do pobliskiej ciastkarni, zamówił ptifurkę z białą kawą i zamyślił się. Dłonie w tym czasie próbowały coś pisać, schował je naprędce, bo goście z sąsiednich stolików już się przyglądali. Nadmieńmy mimochodem, że nagrody literackie, Noble i inne uznania nawet nie pojawiły się w rozważaniach naszego pisarza, on tylko chciał sprostać zapotrzebowaniom jego czytelników i jego duszy, która była najpierwszym i najbardziej nieustępliwym czytelnikiem. Dusza czytała czasem szybciej, niż sam nadążył pisać. Pierwotnie więc zwiększył tempo, by ją przede wszystkim zaspokoić, z czego był wewnętrznie bardzo dumny, nie przyznawał się jednak do tego nikomu. Ponieważ jednak z nikim już od dawna się nie spotykał, niebezpieczeństwo przyznania się mogło zaistnieć jedynie na papierze, a tam nikt nie musiał wziąć przyznania się na poważnie, więc czuł się bezpiecznie. Ostatecznie było tylko jedno wyjście, by zaspokoić niespokojną i zachłanną duszę, która czytała szybciej, niż pisał.

Zebrał się w sobie. W ostatnim opowiadaniu wyjaśnił bratu powody swojej decyzji i podjętego kroku: „nie spotkamy się już nigdy, chyba, że na kartach powieści”. Musiał pisać szybciej, niż potrafił, pisać zanim jego umysł wymyślił, co ma pisać. Palce i klawiatura były zbyt niedołężne, należało się ich pozbyć, a może raczej – ominąć, zacząć pisać całym sobą, innymi słowy – każdą chwilą, pisać drgnieniem, mrugnięciem, bezruchem, każdym impulsem neuronu. Tak, zebrał się w sobie po raz drugi, choć był to kolejny krok, jak poprzednie kolejne, z których każdy wynikał z pozostałych, naturalny, konsekwentny, oczywisty. Zatrzymał palce nad klawiaturą, zamarł, a myśl mu przebiegła, że gdy wskoczy, już nie powróci. I naraz tysięczne, milionowe przyspieszenie, otchłań i miliardy znaków, do tej pory uwięzionych w stawach palców i magnetykach klawiatury, trysnęło strumieniem. Piszący stał się pismem, a pismo stworzyło piszącego, gdzie spojrzał, gdzie się odwrócił, chmary znaków, wyrazów, akapitów całych nadążały za każdym gestem. Czy były nim, czy on nimi, pozostawmy to znawcom, o ile będą uważali za interesujące tym się zająć.

Tak pisze do dziś. A naprawdę – JEST pisany. No dobrze, o to już nie będziemy się sprzeczać. Najważniejsze, że już się nie martwi, że kiedyś będzie musiał postawić ostatnią kropkę.

Spacer o północy

Wychodził przez drzwi na zewnątrz i usłyszał szum. Nie liści. „Igieł i konarów” – pomyślał. Sam szum by wystarczył za powitanie, liczył też, że poszuka stopami schodów w ciemnościach, lecz ojciec zamontował na ganku czujnik, i skoro tylko wychylił głowę za framugę, zajaśniało światło. „Szkoda, zupełnie niepotrzebnie”. Szum uciekł dalej, poza granicę jasności. Uciekł do ogrodu.

By podążyć za szumem musiał przejść podwórko. Pokrywał je mokry śnieg, tak jak i ogród. Furtka prowadziła w białą przestrzeń, w której wznosiły się zmartwiałe drzewa. Szumiały one, ale i te dalej, wysokie, za kamiennym murem. Szczęście, na ogrodzie nie było czujników i lamp, lecz i tak nie było w nim ciemno. Przylegał do cmentarza, na którym w oddali lśniły podświetlone ściany wysokiej kaplicy. Z innych stron dobiegało światło pojedynczych lamp. Na końcu, za kamiennym murem, za który wyglądnął, świeciły cmentarne lampki, gdzieniegdzie, wśród ukwieconych sztucznie nagrobków.

Szumiały tu wysokie drzewa, rosnące wzdłuż muru. To wśród nich poranił sobie dziecięcą rękę, tak bardzo chciał pracować jak dorośli przy obcinaniu gałęzi. Kilkanaście metrów dalej zaczynała się pustka pól, opadająca w dół i daleko dalej wznosząca się znów, w kolejnym wale jak wielka fala. Wiedział o tym bardziej, niż teraz widział, tam zaczynała się ciemność.

W ogrodzie pozostały jeszcze drzewa sprzed trzydziestu lat. Jedno z nich niosło kiedyś w swojej koronie latawiec, który miał namalowaną na foliowej powierzchni czarną postać – Zappa. Ojciec zawiesił go na czereśni, bo od zawsze walczył z plagą czarnopiórego ptactwa gnieżdżącego się w wysokich koronach cmentarnych drzew. Ptaki obżerały owoce. Ojciec zawiesił latawiec bez pytania, ale przeszło to bez większej przykrości. Latawiec przetrwał zimę, i choć podarty i wypłowiały, dotrwał do następnego lata.

Przyciężkawy, mokry śnieg nieco chrzęścił przy stawianych krokach. W niektórych miejscach przecinały go rzadkie tropy, prowadzące w poprzek ogrodu. „Ogród żyje swoim powolnym życiem”, którego ślady są i teraz, o wpół do dwunastej w nocy.

Na ulicę z drugiej strony domu wychodziło się przez małą bramkę. Klucz tym razem lekko przesunął rygiel. Buty były już przemoczone po spacerze w ogrodzie, lekko ślizgały się po asfalcie. Prowadziły do niego betonowe schody, jakoś niezwykle wytrzymałe, niezniszczone przez trzydzieści lat. Po drugiej stronie ulicy był niegdyś spożywczy SAM (niegdyś czyli znów trzydzieści lat temu). W ostatnim czasie szczęścia próbowali w tym budynku różni handlowcy i przedsiębiorcy, ale okolica nie należy do aktywnych klientów. Jedyne, co tak naprawdę handluje, to niezbyt duży market spożywczy.

Pięćdziesiąt metrów poniżej znów schody, tym razem szerokie, z żelazną bramą na ich szczycie. Tej bramy nikt nie zamykał od lat. Chyba kiedyś próbowano ją zamykać, lecz nie weszło to w zwyczaj. Za bramą rozciągała się szersza alejka wyłożona płytami chodnikowymi. Po jej prawej stronie stał nagrobek z dwiema lampami. Podszedł tam. W owalach umieszczono zdjęcia. Na jednym z nich był Przemek, ten sam, którego historii bał się będąc dzieckiem. Jak to dorośli opowiadali – Przemek umierając na białaczkę mówił „mamo ratuj”. Wyobrażał sobie tę sytuację wiele razy. Patrzył teraz na Przemka, a on pozostał ten sam, na zdjęciu, którego nie niszczą deszcze ani mrozy, jak nieśmiertelny i wiecznie młody.

Szumiał tu wiatr, wysoko nad głową, w nagich konarach; szumiał narastając w ekspresyjnym crescendo, i szybko potem milknąc w jeszcze bardziej nagłym diminuendo subito.

Paradoks

Z ogrodu widok na cmentarz

Jak to możliwe, że nagromadzenie wielu szczegółów może sprawiać wrażenie takiej pustki.