Wiesiek

– Wiesiek, wiesz, że obaj dostrzegamy kobiety, potrafimy je ocenić, docenić, i, że tak powiem, obaj w pewien sposób nawet je lubimy. Znam cię przecież, opowiadasz mi całymi godzinami.

Wiesiek znieruchomiał, zaskoczony moją tyradą. Nie dziwię mu się, przeważnie to on mówi, a ja słucham, i przeważnie przytakuję.

– Różni nas jednak pewna drobna, ale znacząca rzecz.

– …? – Wiesiek pozostawał nieruchomy.

– Ja potrafię palnąć pięścią w stół. Myślę sobie (ale tego nie mówię): „miarka się przebrała, tak dalej być nie może”, i robię coś z tym. A ty….

– Co a ja? No co ja??

– A ty nie…

Ugotują, zanim zjedzą

Poprzedni wpis to reakcja na bezsilność. Lecz nie chodzi tym razem o niemożność zrobienia wszystkiego, co trzeba, na co się ma ochotę, co by się chciało. Nie chodzi o to, że za dużo jest pracy, by ją wykonać.

W ciągu ostatnich dni miałem kilka krótkich, burzliwych dyskusji z ludźmi, a które okazały się chyba prawie bezsensowne. Jedną z nich opisałem tutaj, na blogu patrz.kubic.info. Inna dyskusja – z kobietą dziesięć lat ode mnie młodszą, w hipermarkecie, która tak przeciskała się między mną a półką, że musiałem się czegoś złapać, żeby się nie zachwiać. Zwróciłem jej (niepotrzebnie oczywiście) uwagę, że można użyć słowa „przepraszam”; w zamian usłyszałem, że „powiedziałam!”. Znów niepotrzebnie zauważyłem, że warto powiedzieć tak, bym miał szansę usłyszeć, zwłaszcza, że jestem tak blisko, że doszło, niewątpliwie, do kontaktu cielesnego. Dyskusja zakończyła się rzuconym mi wyzwiskiem, za to z taką siłą głosu, że usłyszało je pół sklepu.

Zresztą to bardzo ciekawe, że słowo „przepraszam” wydaje się ludziom chyba wręcz wstydliwe, skoro wymawiają je bezgłośnie. Za to zwrot „odpierdol się” wydziera im się z gardła z szaleńczym triumfem.

Wydawało się kiedyś, że umieć i rozumieć dużo – to będzie szczęście. Lecz nie zdawałem sobie sprawy z pewnej trudności. Chodzi o znoszenie zachowania ludzi, którym się wydaje, że wiedzą i rozumieją, i głosem nie zawierającym cienia wątpliwości plotą zupełne androny.

Jedno słuszne wyjście – nie odzywać się za dużo. Płynąć z zewnętrznym prądem. Potem wracać do siebie i robić to, co wydaje się słuszne. Wobec ignorantów jest się bezsilnym, nic nie można na to poradzić. Ktoś kiedyś powiedział: głupcy zjedzą mędrca na kolację, a wcześniej ugotują go w kotle. I zrobią to pełnym w majestacie ich prawa i logiki, a on nie zdoła się żadnymi argumentami obronić.

Poddaję się

Czasem miotam się między stanem, aby robić dużo, bardzo dużo, a tym, by nie robić nic. No, zupełnie nic – to raczej niemożliwe. Mam na myśli to, że kontemplowałbym – ja, tylko ja, na własny użytek, wewnętrzny.

Tak jak dzisiaj, spotkanie z… ojcem mojego przyjaciela, z którym jednak krótka rozmowa udowodniła, że nie jest po prostu ojcem przyjaciela, albo raczej – że zupełnie jasne, dlaczego jego syn jest człowiekiem, którego… bardzo dobrze, blisko czuję.

Czy potrzebuję pisać, komponować, fotografować? To oczywiście pytanie retoryczne, na które odpowiedź wydaje się twierdząca. A jednak przenika mnie silne wrażenie, że mógłbym się bez tego obyć. Więcej. Że najważniejsze i jedyne, co można zyskać, zabrać ze sobą, zapisać w sobie (nie wiem po co, chyba jednak nie dla dobra przyszłych pokoleń), to jest to, co zapamiętam, przeżyję, odczuję. Wszystko inne, czy zapisane na papierze, wydrukowane, nagrane – jest wtórne, przetworzone, i tak naprawdę bez większego znaczenia.

Przeglądam internet, patrzę, jak znajomi urządzają premiery wystawy, piszą teksty, tworzą dużo, tworzą nieustannie. Teraz, w tym momencie, jestem od nich daleki. To ich wybór. Pęd w stronę pracy, osiągnięcia, dorobek… Proszę bardzo.

Lecz czy jestem w stanie opisać takie spotkanie, jakie widzicie poniżej? Czy ktokolwiek jest w stanie – opisać, sfilmować, przedstawić na fotografii – w sposób niezależny od żadnych konwencji, trendów historycznych, kulturowych, znaczeniowych i tak dalej? Znaczenie ma to, co jest bezwzględne. Reszta jest tylko tymczasowa, umowna, i dlatego poddawana dyskusji krytyków i znawców.

Nie tak rzadko chce mi się powiedzieć: NIE. Nie będę wchodził we współtworzony przez was system znaczeń, symboli, systemów, nie będę tworzył własnego systemu. Interesuje mnie tylko to, co trafia do człowieka wprost. Co jest uniwersalne. Reszta przeminie.

 Ojciec

O Twitterze

Twitter jest tak skonstruowany, że każdy może obserwować każdego. Jedynym sposobem na pozbycie się niepożądanego obserwatora jest zablokowanie go. Skoro jednak Twitter wyraźnie informuje użytkownika o nowych osobach, które zaczęły mnie obserwować, to nie informuje o tym, kto przestał mnie obserwować. Twitter nie informuje też, kto mnie zablokował – po prostu przestaję widzieć posty tego kogoś, nie mam więc szansy żadnej interakcji. 

Przeglądając użytkowników Twittera można zauważyć osoby, które mają na koncie tysiące , dziesiątki tysięcy i setki tysięcy obserwujących. To bardzo ciekawe, pozwala się zastanowić nad trendami wśród użytkowników. Jednak fałszywe byłoby sądzić, że ilość obserwatorów odzwierciedla prawdziwe zainteresowanie jakąś osobą.

Istnieją bowiem programy (raczej trzeba za nie zapłacić), które pozwalają namnażać obserwatorów. Najprostszym mechanizmem, stosowanym też na Facebooku, jest „lajk za lajk”. Skoto Twitter informuje, kto mnie zaczął obserwować, sugeruje mi niejako (i należy też to do dobrego tonu) bym zaczął obserwować tę osobę. A jednak ktoś może mnie obserwować przez jeden dzień, a potem przestać, a ja zauważę tylko spadek liczby obserwujących, będzie mi natomiast trudno odnaleźć tego, kto zrezygnował (by w zamian również przestać go obserwować). Jednak programy wspomagające robią to za nas. Wyłapują „niepokornych” albo „naciągaczy” i same przestają obserwować tego, kto się wycofał z obserwacji. Co więcej, te programy same potrafią to robić – zaczynają obserwować innych, a potem wycofują się z obserwacji.

Zastanówmy się – ile osób byłbyś w stanie obserwować? To znaczy – naprawdę czytać posty, które publikują? Stosunkowo niewielu. To zależy od częstotliwości publikowania, lecz z mojego doświadczenia sądzę, że obserwować 200 osób, które publikują ze średnią aktywnością, to już bardzo dużo. Zwłaszcza, że za naprawdę ciekawymi postami kryją się całe artykuły, zbiory materiałów, nad którymi warto się pochylić. Tak więc co z osobami, które obserwują 500, 1000, 10 000 osób? Ta obserwacja to fikcja. Tak więc życie na Twitterze, pod swoją powierzchnią, ma swoją drugą warstwę.

Programy, o których wspomniałem, mają również możliwość publikowania postów. Oczywiście użytkownik musi je zaprogramować, a posty zaczynają się powtarzać, co jest dość proste do wykrycia. To znaczy – byłoby dość proste, gdybym czytał Twittera bez przerwy. Muszę jednak spać, jeść, pracować. Poza tym Twitter to społeczność międzynarodowa, wchodzą więc w grę strefy czasowe. Wyraźnie widać ożywienie na Twitterze, gdy w USA jest dzień, albo konkretniej – popołudnie. Za to polskie tweety pojawiają się o innej porze. Tak więc programuje się automaty do tweetów w ten sposób, aby docierać do „klientów” na świecie w różnych porach.

Pamiętam jednak pewnego użytkownika (publikował posty o fotografii), który pisał tak często i powtarzał się tak bardzo, że trudno mi było wśród jego treści odnaleźć posty innych. Niestety, musiałem przestać go obserwować.

Powtórka

Wczoraj i dziś obejrzałem dwa razy ten sam spektakl. A w zasadzie pełne jego próby, dwa przebiegi. To adaptacja „Idioty” Dostojewskiego. Spektakl mi się podoba, widzę konsekwencję i spójny kształt, to, że reżyser wie, co robi, ma wizję. Podoba mi się adaptacja, która podkreśla esencję, a sposób jej konstrukcji jest mi nawet bliski. Obydwie próby wywarły na mnie spore wrażenie, które ciągle się utrzymuje.

Meczy mnie za to co innego. Przeświadczenie, że chyba poznałem z grubsza wszystko, co dało by się poznać w zakresie konstrukcji tego świata. Spektakl mówi to, co już wiem, a interesujący może być dla mnie sposób przedstawienia, czyli forma (chylę oczywiście głowę przed wykonawcami, znów widać ogrom włożonej pracy). W tym kontekście napisałem poprzednią notkę tu na blogu – trzeba mieć fioła, by być aktorem, by ciągle to robić, i chcieć wypruwać z siebie kolejne, ciężkie emocjonalnie role. To okropnie trudne, a ewentualne profity nie wynagradzają włożonego wysiłku.

Fascynujący jest dla mnie sam tekst Dostojewskiego, z którym mam ostatnio kontakt, pomijając ową adaptację spektaklu. Lecz fascynujący znów nie dlatego, że jest odkrywczy, tylko…. z prozaicznego powodu – że Dostojewskiemu chciało się o tym pisać, z drobnymi szczegółami, które jednocześnie poświadczają swoją prawdziwość. Chciało mu się tkać tę rzeczywistość, która jest przecież kopią znanej mu rzeczywistości, przyprawioną solidnymi dawkami celnych konkluzji, włożonymi w usta bohaterów. Konkluzje są ciągle aktualne, tak jak były aktualne tysiąc i pięć tysięcy lat temu, tylko nośnik – czyli schemat społeczeństwa w szczegółach, jest inny.

Mówiąc krótko – seks, władza i pieniądze. Plus idiota, czyli ten, który jakimś trafem znalazł się w środku i jest po prostu…. ludzki. Ta mieszanka musi doprowadzić do kulminacji i…. tragedii.

Niestety, to nic dla mnie odkrywczego. Po co więc pisać, adaptować, wystawiać, i więcej – malować, fotografować, opowiadać, filmować – coś, co jest wiadome od tysięcy lat? Po pierwsze dla tego, o czym pisałem wczoraj – bo ktoś, twórca, ma taką potrzebę, i to wystarczy za wszystkie usprawiedliwienia.

A jeśli już silimy się na drugi powód – może za każdym razem jest to jednak coś choć trochę innego. Bo zapomnieliśmy, albo uwierzyliśmy, albo się łudzimy, że nie jesteśmy tacy sami, jak nasi przodkowie sprzed setek lat. Powtórka wykonana przez aktorów, w kostiumach, które wyglądają dokładnie jak nasze codzienne ubrania, nie pozostawia nam złudzeń. Jesteśmy tacy sami.

Teraz czas na szczerość wobec samego siebie. Dlaczego poszukuję tych powodów? Chyba dlatego, że dopada mnie rezygnacja. Co ja miałbym robić? Czy mogę jeszcze wnieść coś nowego? Gdybym postawił siebie w roli twórcy (co jawi mi się kusząco), to o czym miałbym opowiadać? A może twórca nie zadaje sobie takich pytań. Jego wewnętrzny imperatyw nie pozostawia wątpliwości…

Dyletant wydaje polecenia

Dyletant zostaje szefem specjalisty z doświadczeniem. Znacie takie sytuacje?

Jeśliby byłbym tym drugim – co by mnie w tej sytuacji wkurzało? Ten, kto wydaje polecenia, powinien być choć w części świadomy tego, co one spowodują. Lecz jeśli jest to „szukanie we mgle”, to zacząłbym się zastanawiać dlaczego mam wykonywać trzy razy tę samą pracę…?

Moje umiejętności, które zdobyłem sam, ciężką pracą w ciągu kilkunastu lat, miałyby służyć czyjejś edukacji, zamiast posuwania spraw do przodu. Lecz czy ktoś musi uczyć się akurat na mnie? Czy nie ma innych sposobów, np. książki, materiały audiowizualne, kursy, czy choćby własne samozaparcie.

Ten problem to kontynuacja tematu: mam świetny pomysł, tylko niech go ktoś zrealizuje, bo ja nie umiem. 

Pamiętam z przeszłości, jak fascynowały mnie programy, które szczęśliwie trafiły do mojego służbowego komputera. Nie mogłem zrozumieć dlaczego ktoś inny układa pasjansa, zamiast np. uczyć się Power Pointa, którego miał na swoim komputerze. Ktoś jeden, kiedy ma wolną chwilę, stoi, siedzi, patrzy w niebo, gada o tych samych sprawach, o których gadał tydzień temu, miesiąc temu i rok temu. A ktoś inny w tym czasie czyta książkę, zdobywa nowe umiejętności, planuje przedsięwzięcia.

Zaczynam dostrzegać swoje doświadczenie, oraz to, że nie jest dobrze oddawać go całkiem za darmo. Dostrzegam też, że przełamałem już w sobie kilka barier i dlatego kilka bardzo ważnych kwestii jest dla mnie łatwiejszych. To spory potencjał, który jest wiele wart. Trzeba go delikatnie i mądrze bronić.

Piramida

Na szczycie potrzeb niezachwianie stoi sen. Pewnie dlatego, że jedzenia mam pod dostatkiem, a nawet bronię się przed nim, od kilku tygodni.

Niesamowicie ciekawe – mniej jem i czuję się lepiej. Nie najadam się do syta, tylko aby zaspokoić uczucie głodu. Czytałem gdzieś o tym, a może oglądałem film, może ktoś mi mówił – sprawdziłem to i potwierdzam. Trzeba tylko zrobić coś z uczuciem ssania w żołądku.

Jak sobie z nim poradzić? Zaprzyjaźnić go. Brzmi absurdalnie, ale najtrudniej zrobić pierwszy krok i przekonać siebie, że tak jest dobrze, tak powinno być. Potem jest łatwiej, i ze zdziwieniem się patrzy – tak, to możliwe!

Wracając do snu. Co zrobić, gdy trzeba spać, a nie można? Nic. Po prostu leżeć. Jak nie można leżeć, to wstać. Można spróbować coś robić, cokolwiek, np. dla domu albo do pracy. Ale jak nie wychodzi – przestać. Najważniejsze – to nie przejmować się tym, że trzeba spać, a nie można.

Tak jak na szczycie moich potrzeb jest sen, tak największym moim wrogiem jest frustracja. Na przykład z tego powodu, że powinienem spać, a nie mogę usnąć. Jeśli więc nie można spać, to nie należy się z tego powodu przejmować. Ani z żadnego innego powodu.

Sposoby na radzenie sobie z frustracją są dwa. Jeden, to widzieć świat innym, niż jest w rzeczywistości. Na przykład – mam jeden stary samochód, ale jestem przekonany, że tak naprawdę mam trzy, tylko jeden z nich pożyczyłem koledze, a drugi jest na tuningu w warsztacie. Można też uważać, że im starsze auto, tym lepsze. Drugi sposób to patrzeć wprost na rzeczywistość, oceniać adekwatnie, a nawet lubić taką, jaka jest: mam stary samochód, bo nie stać mnie na nowszy. Inny przykład – nie mam predyspozycji by być pisarze, muzykiem, menadżerem (wielu ludzi uważa, że mogłoby być). Nie mam absolutnego słuchu, świetnej pamięci, nie umiem świetnie oceniać ludzi. Mylę się, i nawet nie zawsze wiem kiedy.

W ogóle przyjmowanie codziennego potoku życia z lekką nutą rezygnacji (że co ja mogę na to poradzić) jest dość niezłym sposobem. Najgorsze wydają się wzbudzone nadaremno nadzieje. Na przykład bardzo zależy ci na spotkaniu z kimś, i umawiasz się, ale jakoś ciągle okazuje się, że jeszcze nie teraz. Chodzisz z nadzieją i czekasz, tłumacząc sobie, dlaczego jeszcze nie teraz, i wykluczając kolejne powody (że jeszcze nie teraz), widzisz następny nadchodzący sposobny moment, że już i już. Okazuje się on jednak, według  kolejnych zrządzeń, znów nie tym. W końcu ciebie, nieświadomego do końca, co dzieje się w Twojej głowie, nagle trafia po prostu szlag.

Najlepiej więc byłoby żyć z przeświadczeniem, że na niczym mi nie zależy. I można by olewać (nawet z ubolewaniem lub politowaniem) wszystkich innych, oszołomów, którzy do czegoś dążą, o coś walczą, i jeszcze wierzą.

Skoro tak byłabym żyć, to po co żyć.

PS. Zostawiam Wam film, który oglądałem o pierwszej w nocy, gdy nie mogłem usnąć.

Tato myślał

Tata miał spać w domu. Rodzina miała korzystać z ładnej pogody i pójść do parku – na rolki oraz rower. Tata jednak zebrał się w sobie, i pojechał z rodziną. Pomyślał, że może zdrzemnie się chwilę w samochodzie. Ale i to w końcu wydało się niezbyt mądrym pomysłem. Mądrym niemądrym – mało praktycznym. W sumie – nie do zrealizowania.

Tato, chodź

Dziękuję

Dziękuję Wam za dzisiejszy wernisaż. Ktoś w mojej sytuacji może oczywiście robić to, co robi (fotografuje i wystawia) tylko dla samego siebie, dla własnej pasji, dla idei, dla zabicia czasu i tak dalej. Ale jeśli jednak na wernisażu pojawią się goście, to…. pozostawiam ten fakt bez komentarza. Kto przeżył, ten wie, kto nie wie, to z mojego tu pisania się nie dowie. 

Refleksja (2). Takie przedsięwzięcia jak choćby malutka wystawa przypominają, że bez życzliwych ludzi i ich zaangażowania to wszystko jest mało warte. Dziękuję tym, którzy dokładali się od początku jak i tym, którzy w ostatniej chwili dorzucili co trzeba. Człowiek stoi tym, co zrobią dla niego inni. 

Amelia

Ciągle jeszcze myślę o dzisiejszej wizycie na basenie. Będąc już w wodzie dostrzegliśmy (Beni i ja) wychodzącą z szatni koleżankę Beniego. Szepnąłem mu do ucha (a siedzieliśmy w jacuzzi): jak ma na imię? Amelka.

Pamiętam ją od pierwszych dni, gdy maluchy, zostawiane na siłę przez rodziców, chlipały na kolanach przedszkolanek. Ten okres już minął. Ale Amelka od zawsze miała twarz dorosłej osoby. Na czym to polega? Muszę jeszcze nad tym pomyśleć. Dość, że dziś na basenie była w towarzystwie dużo starszej siostry oraz babci.

Do Amelki próbowałem zagadać, gdy już w czwórkę grzaliśmy się w bulgoczącej wodzie. Lecz ledwo zadałem pytanie i minęły może trzy sekundy, odzywała się babcia, tonem upominającym, instruującym, wyjaśniającym, zachęcającym. Patrząc, jak dorosła twarz pięcioletniej Amelki zastanawia się nad odpowiedzią, i jak raz po raz przerywa jej tok myślenia oczywista babcina oczywistość, sam dziwiłem się sobie, że jeszcze nie buchnąłem wściekłością. (Dziękuję tu wszystkim, na których mogę się wzorować, by nie okazywać na zewnątrz tego, co mam w środku.)

Nie, nie jestem święty. I dziś złapałem się na tym, że mam dla własnych dzieci nieustające instrukcje, upomnienia, wyjaśnienia, polecenia, zachęty i tak dalej. Że już zapominam, jak brzmi mój głos, zwracający się do nich tak po prostu. Że zmieniam się w nadświadomego swojej misji policjanta, który nawet nie patrzy spokojnie w twarz dziecka, lecz od razu wszystko wie.

Popatrzeć w twarz Amelki, uśmiechnąć się i zaraz spuścić oczy, by nie wkroczyć zbyt mocno….