Tytułu nie mam siły wymyślać

Jestem teraz tutaj, gdzie zielona strzałka:


View Larger Map

Mam uczucie dobrze zrobionej roboty (przejechania siedmiuset kilometrów, w tym 30-40 po drodze dwupasmowej, po dniu pełnym pracy, w ciągu nocy, śpiąc w międzyczasie jakieś czterdzieści minut pod Miskolcem), po której należy mi się nic nie robić, nie mieć żadnych wyrzutów sumienia, że coś jest nie tak, że komuś coś zalegam i tak dalej. To znaczy – oczywiście, że zalegam, ale mam prawo przynajmniej teraz o tym nie myśleć. I nie tylko mam prawo, ale nawet udaje mi się nie myśleć. Nie wiem, czy to efekt chwilowy, czy mojego dorastania z wiekiem, a bardziej – z doświadczeniami, które choć wpierw wywoływały białą gorączkę, to w końcu zaczęły doprowadzać do obojętności – na takie drobiazgi, że np. komuś coś zalegam.

Idąc dalej – z politowaniem patrzę na kolegów (ukrywanym politowaniem, albo politowaniem pełnym zrozumienia i chęci pomocy), (napisałem: na kolegów, choć zdecydowanie częściej dotyczy to koleżanek), tak więc na koleżanki, które nie mogą się powstrzymać przed np. odebraniem dzwoniącego służbowego telefonu. Zaś gdy zdarzy mi się okazja im to zademonstrować (nie odbieranie), to patrzą zaskoczone, zbulwersowane, może nawet zgorszone… Ale żadna nie przyzna, że…. tak naprawdę się da.

Z maską ci do twarzy

Zadziwiające jest to, że kiedy człowiek nauczy się w końcu ubierać różne maski, a przynajmniej jedną, to potem przychodzi mu to z zadziwiającą łatwością. Staje się wręcz codzienne i odruchowe. A przecież czasem się zdarzy, że dobrze byłoby tę maskę ściągnąć, albo najlepiej w ogóle nie ubierać. 

O kobietach i ptakach

Przeczytane podczas obiadu

O kobietach i ptakach

Kobiety z takim samym instynktem znajdują sobie miłosny pokarm na
ziemi, jak ptaki ziarna lub ryby. Krążą w nieskończonej przestrzeni,
instynkt prowadzi je ponad jeziorami, rzekami, morzami, nizinami, aby,
po skomplikowanych zygzakach i zakolach, nagle runąć w dół. W takich
razach cudownie przejawia się ich instynkt i dobre oko. Bardzo rzadko
się mylą i tylko niekiedy zdarza się, że ofiara jest silniejsza albo
zręczniejsza i wyślizguje się im z dziobów jak kijanka z dzioba mewy.
Wówczas trochę skrzeczą, jak mewa; i odlatują dalej, krążąc, kołując,
niezmordowanie, czujnie.

Sandor Marai, Księga ziół

To ciekawe, że kasza gryczana kojarzy mi się z tą książką.


Jak paść ostatecznie…?

Padałem już, i miałem paść ostatecznie w pościel. Lecz po tym, jak uśpiłem dzieci, wkraczając do kuchni zobaczyłem zlew pełen naczyń, i przypomniałem sobie, że one rzeczywiście tam są. A moja dziewczyna siedzi przy komputerze nad tłumaczeniem, już chyba trzeci lub czwarty dzień, bo zajmuje się nim w chwilach wolnych od pracy i dzieci, nie mówiąc o zajmowaniu się sobą.

No i wziąłem się za ten zlew, i rozbudziłem znów, i co teraz? Bo podczas mycia naczyń wspomniałem, mimo woli, różne wydarzenia, które podnoszą ciśnienie krwi, co zwykle jest przeszkodą w zasypianiu. Jak na przykład stwierdzenie jakiegoś pana, usłyszane w TokFM, w tramwaju, gdy jechałem wczoraj rano do pracy: że wiele kobiet, rzekomo, specjalnie zostaje w domu i zajmuje się małymi, swoimi niedawno narodzonymi dziećmi, żeby uniknąć powrotu do pracy. Przepraszam bardzo, ale pacan po prostu to powiedział, choć nie wiem, jaki ma tytuł naukowy, może bardzo wysoki, a może i opierał się na szeroko zakrojonych badaniach. Lecz mnie wydaje się to paranoją, bo zajmowanie się małymi dziećmi w domu to jedna z cięższych robót, na jakie matki mogłyby się skazać, i całe szczęście, że się na nie skazują, bo one robią to o niebo lepiej niż ojcowie. I to nie z powodu lenistwa ojców. Marta, mój przyjaciel, psycholog dziecięcy, twierdzi, że dziecko, przez sam fakt, oczywisty i niepodważalny, że przez dziewięć miesięcy jest zrośnięte z matką, nigdy w początkowym okresie życia nie będzie miało takiej więzi z ojcem, jak z matką, i że to nawet nie za dobre, by ojciec miał niemowlęciu zastępować matkę.

Tak więc niech mi specjalista jakiś nie tłumaczy, że matkom się nie chce pracować i dlatego decydują się na pozostanie w domu, by zajmować się dzieckiem. Ja patrzę na matkę moich dzieci i jestem szczęśliwy, że do maksimum wykorzystała wszystkie urlopy, by dzieci odchować od pampersa. Nikt tego by nie zrobił lepiej niż ona, żadna pani w żłobku i nawet najlepsza opiekunka, ani nawet ja, bo nie ma takiego sposobu, by matkę zastąpić, ani takich pieniędzy, które można by za to zapłacić… Tak więc, panie specjalisto, co mi pan tu opowiada, za przeproszeniem?

Otworzyłem piwo, bo już widzę, że nie usnę tak łatwo. Dziewczyna przy komputerze zgłasza, że zjadłaby trochę truskawek, które dzisiaj zebrałem (zebrałem jak nigdy, zaznaczam), więc myję truskawki. Myję dwa razy, stawiam obok niej, i po dziesięciu minutach widzę, że miska już w połowie pusta. Dziewczyna kładzie głowę na biurku, usypia, ale na niby. Na ekranie – szlifierki kołowe do wałków; i co z tego, że to studiowałem, jak studiowałem nie po rumuńsku, i choć mogę jej wytłumaczyć, o co chodzi, to rumuńskich słówek nie znajdę i nie pomogę…

Myję naczynia i wspominam rozmowę z dziećmi, przed snem.
– Z czego jesteście dzisiaj zadowoleni?
– Ja z tego, że babcia była ze mną na trampolinie – mówi Beni.
– Była, naprawdę? – nie dowierzam – i skakała?
– No nie, ale tak robiła – chłopak wstaje i ugina lekko kolana.
– No no, ale babcia… A co was dziś zdenerwowało?
Beniamin myśli przez chwilę:
– Że Janek mówił dziś kulwa.
– Mówił?
– Ja nawet nie wiedziałam, że jest takie słowo: kurwa – odzywa się Sara, na parapecie okna wycina i koloruje papierowy kwiat. O tej porze dopada ją wena twórcza.

Opowiadam im potem różne historie, kiedy już leżą na swoich miejscach – Sara na piętrowym łóżku, Beni na parterze. Na szczęście nie zapytali mnie, co znaczy to słowo. Kiedy już usnęli – ja drepczę po mieszkaniu, próbując odnaleźć odpowiedź właśnie na pytanie: co to znaczy? Na czym polega znaczenie wyrazu kurwa i dlaczego jest ono takim wytrychem do wszystkiego? Jak odpowiedzieć dziecku, mówiąc coś więcej niż "że to brzydkie słowo", a nie poruszając całego skomplikowania relacji międzyludzkich. Zresztą – jakiego skomplikowania…? Powszechność tego słowa opiera się na tym, że mężczyzna, czując wewnętrzną odrazę do swojego pożądania oraz sposobów, w jakie próbuje go zrealizować, nazywa tak kobietę, której sam używa instrumentalnie…. Deprecjonuje osobę, której używa przedmiotowo, by oddalić poczucie wstrętu wobec samego siebie… Typowe, prymitywne, ohydne, odwieczne….

No dobrze, ale pytanie pozostaje: jak odpowiedzieć dziecku?

Piwo nie pomogło, zabieram się za wiśniówkę, produkowaną domowym sposobem w Rumunii i przywożoną tu przez rodzinę, przy każdej okazji. Dziewczyna wstaje od komputera i pada w pościel, a ja nie mogę paść jeszcze. Piszę więc, piszę czym prędzej, byle wszystko, co bzdurne, z siebie wyrzucić, by pozostała wreszcie pustka, wobec której będzie można już tylko… zasnąć. Lecz zanim pojawi się pustka, czepiam się kurczowo jeszcze jednego, może dwóch cudów, które się dziś zdarzyły, a którymi się z wami nie podzielę, samolubnie, bo chcę, by pozostały moje.

Dobranoc Państwu!

Nawzajem

Jestem fotografem, i mój odruch zawodowy to szukać widoków wartych zatrzymania w kadrze.

Czasem wydaje mi się, że podobny odruch zawodowy ma i np. psycholog (ten profesjonalny czy też domorosły), by szukać u napotykanych ludzi rzeczy, które można by zmienić, "ulepszyć". Czy przychodzi im czasem do głowy, że to oni wymagają "ulepszenia"? No bo zdarza się, że i mnie ktoś zrobi zdjęcie.

Zidiocieć (o ile to się jeszcze nie dokonało)

Od taty dostałem czapkę z daszkiem. Mam ich cztery, pozostałe zgubiłem. Ta jest zgrabna, z jeansu, z napisem Selénia Motor Oil.

Z takim napisem – gdzie ja się będę mógł pokazać? Pożyczyłem więc od żony malutkie nożyczki pielęgnacyjne ("i tak ich nie używam"), zorganizowałem lampkę halogenową nad stołem w kuchni, kubeczek na ścinki (przecież wczoraj tu odkurzałem) i skoncentrowawszy zmysły zacząłem odpruwać akcent nad "é". Poszło gładko, nie tak, jak przy ostatnim odpruwaniu (które Wam zresztą relacjonowałem). Więc…. dalej!

No to dalej. Najbardziej denerwujący jest wyraz "oil", potem "motor". "Selenia" mogłaby zostać, więc odpruję na końcu. Towarzyszy mi słodki zapach wyrzutów sumienia, bo w domu przygotowania do urodzin dzieci, syn kaszle częściej niż mówi (rzadkość), ja rozbabrałem do połowy tłumaczenie tekstu z rumuńskiego na polski (miało być na wczoraj), mam też przygotować referat (dopiero na za tygodzień…), za miesiąc pracuję na obozie fotograficznym, do którego jeszcze nie zacząłem solidnych przygotowań. Nie wspomnę o zadaniach mojej żony, w których mógłbym ją wspomóc zamiast dziergać tę głupotę.

Ale dziergam, pod lampą, bezwstydnie w kuchni, w centrum życia rodziny, od razu nadstawiając pierś na krytyczne ciosy (dziwnie nie nadchodzą, oczekuje się, że sam się zreflektuję), dziergam z bezmyślną radością, do której wstyd się przyznać: że nie muszę składać polskich zdań z rumuńskich (szyk przestawny w stosunku do polskiego), czuć tępego bólu pustki w chwilach, gdy powinienem mieć natchnienie (referat i warsztaty fotograficzne), i że przecież mogę w każdej chwili przerwać to kretyńskie, matołowate, cepowate, bałwańskie, gamoniowate, bezmózgowe, durne i bzdurne (wiedziałem: słownik wyrazów bliskoznacznych ma tu mnóstwo propozycji), i nikomu niepotrzebne zajęcie. I tylko ode mnie zależy, kiedy to zrobię.

Luźne

Nikt się nie wypowiedział po poprzednim wpisem, tak więc może jest zupełnie inaczej niż ja myślę – może każda kobieta chciałaby stanąć na wybiegu, ubrać się tak, jak tamte, być oceniana. Jeśli wykazuję naiwność, napiszcie o tym, w końcu nie musicie się podpisywać, przynajmniej nie własnym imieniem 🙂

Czasem wydaje mi się, że kształt tego świata, (w zakresie, w którym ma wpływ człowiek) zależy tylko od tego, że ktoś jeden potrafi zinterpretować ten świat na swój sposób i przekonać do swojej wizji innych ludzi, i to w dodatku tak, że oni są nawet zadowoleni z tego, co ten jeden wymyślił.

Niedobrze, wyszło zbyt skomplikowane zdanie. Pomyślę, jak to wyrazić inaczej. Najlepiej napisać opowiadanie 🙂

Sprawa z Antoniną

Antonina dziś zachowywała się dziwnie. Zawsze po skończonej pracy wypadała przez szklane drzwi firmy wychodzące na ulicę, szybkimi krokami osiągała samochód, odpalała silnik i zdecydowanymi pociągnięciami kierownicy przeciskała się przez szpaler zaparkowanych aut. Była w tym naprawdę dobra, jadąc przodem lub tyłem naciskała ostro na gaz, nie chybiając wąskiego traktu.

Dziś było inaczej. Choć Patryk ociągał się, na wszelki wypadek grzebiąc długo i nie wiadomo po co w swoim plecaku, wiadomo – by nie spotkać się z Antoniną przy szklanych drzwiach, to ona rozmawiała przez telefon, jakby nie mogła rozmawiać potem. On, słysząc pojedyncze słowa, czuł, że są bez składu i ładu, jak kiepsko oświetlona fasada dekoracji, miały tylko sprawiać wrażenie potrzebnej rozmowy. Podejrzenie zaczęło się tlić w jego głowie, które odrzucał, a jednocześnie ratował od śmieci co rusz, nie dając mu umrzeć do końca.

Wreszcie poszedł pierwszy, powłócząc nogami w powietrzu szalenie ciepłego wieczora, i znów niezwykłym trafem, zbiegiem okoliczności – słyszał za sobą pobrzmiewający głos Antoniny, odbijający się od wysokich kamienic w tej bocznej uliczce, milczącej o tej porze. Rozmawiała z kimś, idąc za nim, jak nigdy, zupełnie przez przypadek, ale z pewnością dlatego, że właśnie tamtędy wiodła droga do jej mieszkania.

Pomny swojej przysięgi, że nie da się uwieść pozorom, szedł naprzód ignorując słodkie podejrzenia wzbudzane brzmiącymi słowami, i już rodził mu się plan, że nagle zatrzyma się, odwróci, i bezlitośnie zmierzy Antoninę wzrokiem od stóp do głów. "Zważ przecie, że już roić ci poczęła mistrzyni rojenia, sam sobie roisz mistrzu" – szeptał mu rozsądek – "a ledwo odbierze twój wzrok – pożre go, strawi i wchłonie, i w mgnieniu oka wyprze się tego, zdementuje i obali; więc nie myśl nawet o słowach i nie aprobuj, jeśli zachowałeś cień pamięci, nie mrugnij okiem".

Antonina nie zostawiała śladów. Nigdy nie wyjaśniała niczego, była mistrzynią klawiatury wątłych podtekstów, której pasaże komponowała jej żeńska intuicja, silniejsza ze wszech miar od niej samej. Grała nieuchwytną, nie dającą się potem przywołać ani udowodnić melodię – że kiedykolwiek istniała, że ktoś grał, a ktoś komponował. Tylko słuchacz zatrzymywał się dziwnie zdziwiony, winny i już skazany ze swego zdziwienia, że to co było, nigdy nie było, a co się zdawało, to śnił…….

Więc poszedł dalej.