Bez pardonu

Powiadam Wam, ostrzegam Was, tylko nie mówcie, że Was nie ostrzegałem. Co się w życiu liczy najbardziej? Interakcja z drugim człowiekiem. Jeśli nie widzieliście swojego trzy i pół letniego syna, jak stawia pierwsze kroki na łyżwach (tak jak ja  dzisiaj tego nie wiedziałem), to chybiacie istocie swojego życia. Jeśli w ogóle nie macie dziecka, to niedostępne są dla Was obszerne, rozległe, ogromne, przepastne, ekstensywne, rozciągłe krainy Waszego życia. Żadna praca, żadne osiągnięcia, kariera, sława, pieniądze, zaangażowanie, hobby, fascynacja, pasja, namiętność, szaleństwo, inne pragnienie Wam tego nie wyrównają. Nic nie jest w stanie zastąpić uśmiechu na twarzy drugiego człowieka, tym bardziej tego, z którym możecie dzielić jego poznawanie świata – rzeczy, które od dawna znacie, ale zapomnieliście, że je znacie, dlatego musicie poznać je na nowo, i już nie tak samo, dziwiąc się, że to takie oczywiste, choć wcale zagadkowe, i takie proste, choć okropnie trudne, i że to to samo, choć coś zupełnie nowego.

Wszyscy ciągle jesteśmy dziećmi, i jeśli nie spojrzymy z godnością na młodszych od nas, to ci starsi też nie będą na nas zważać, ani Ten Najstarszy, który mimo swojej niezmiennej starości na zawsze pozostał dzieckiem.

wieczorem…

Głowa składana do poduszki ma czelność się podnosić. Zajęcia dnia, spędzane w biegu, nie pozostawiają czasu na pytanie o ich sens. Moment na to pytanie nadarza się, gdy wreszcie należy przestać myśleć o czymkolwiek.

Ostatnie dni to wytężona praca, przynosząca zadowolenie, a z drugiej strony – to jak jedzenie nałogowe czekolady – w końcu odbija się czkawką. Tutaj możecie zobaczyć moją pracę z dzisiaj. Kolejny montaż – wideo relacja. Zajęła godziny pracy, bo prowadzona równolegle z wieloma innymi sprawami koniecznymi "załatwienia". Tutaj – kolejna praca, którą się zajmuję. Z tym filmem walczyłem dzisiaj i przegrałem – żenujące, że Apple nie odtwarza dźwięku w niektórych filmach MPEG2. To woła o pomstę do nieba, ale umiem już nie zważać na takie "bzdurki". O 20:00 wieczorem zadzwonił mój telefon – to Straż Miejska znalazła kartkę z numerem za szybą mojego samochodu. W Krakowie od lat stoję na zakazie ruchu pod "moją firmą", podobnie jak kilkanaście moich kolegów i koleżanek z pracy, bo nie mam wyboru. Dojeżdżam 40 kilometrów i musiałbym kilkaset złotych miesięcznie wydać tylko na postój. Straż omija takie miejsca, chyba, że jakiś "uczciwy obywatel" zgłosi, że rażąco są naruszane przepisy. Tak, do niedawna też byłem takim obywatelem, dopóki nie zauważyłem, że władza kpi sobie z ludzi, którzy wierzą w prawa przez nią wydawane. Jedyne, w co warto wierzyć, to porozumienie człowieka z człowiekiem – z tym, z kim się spotykamy na co dzień. Strażnik też jest człowiekiem, i całe szczęście. Jedyne, co się liczy, to uśmiech i porozumienie z kimś kto zwrócił do nas swoją twarz, z kim przyszło nam funkcjonować. Cała reszta – innowacyjność, postęp, wzrost gospodarczy – to bzdura.

Zmiana mentalności

Z TokFM w tej chwili – typowy przebieg większości konfliktów – obie strony czują się zagrożone i próbują stosować siłę by bronić swoje interesy.

Gdyby choć 8-10% społeczeństwa zaczęło pracować nad sobą zamiast szukać błędów u innych, to inaczej wyglądałby świat.

Pułapka myślenia – jeśli działam w sytuacji szczególnej konieczności to uważam, że mogę zastosować środki, które nie są dozwolone. I tak np. w obronie czystości moralnej stosujemy niemoralne środki (np. podsłuchiwanie, kłamstwo, oszczerstwo), usprawiedliwiając się, że jak tylko usuniemy zło, to wrócimy do normalnych metod.

Idealny klon

Dlaczego uczymy komputery, by były jak ludzie? Maszyny zaczynają rozpoznawać obraz i interpretować go, rozróżniać muzykę, już rozmawiają np. przez gadu-gadu na takim poziomie, że trudno je odróżnić od ludzi. Chciałbym na przykład by wśród tysiąca zdjęć ktoś odnalazł wszystkie, które mają pewien charakterystyczny nastrój. Chciałbym, żeby ktoś zrobił to za mnie, bo to dużo pracy. To męczące i zabiera czas. Gdyby np. komputer mógł to zrobić… To nie jest takie nierealne.

Rozwój informatyki z pewnością do tego doprowadzi. Pytanie tylko… po co? Dlaczego klonować cechy człowieka w maszynie? Czy nie lepiej współpracować po prostu z człowiekiem?

Ale człowiek jest kapryśny, ma swoje plany, nie każdy jest w stanie sprostać moim oczekiwaniom. Musiałbym się wykazać cierpliwością, by móc mu wytłumaczyć o co chodzi. I nie miałbym żadnych gwarancji na to, że zrobi dokładnie tak, jak będę chciał. Nawet gdybym znalazł kogoś takiego, to jak go przekonać do "usługi"? Musiałbym mu zapłacić. Albo przynajmniej wykazać się jakąś formą "wdzięczności". Musiałbym negocjować… Lub co najmniej uwieść. Trudne to, zabierające energię.

O wiele łatwiej byłoby stworzyć mojego klona w bezwolnej maszynie, która robiłaby za mnie całą nieprzyjemną robotę, a ja spijałbym tylko śmietankę przyjemności. Żadnej wdzięczności, żadnej pensji, zero negocjacji, cierpliwości, zrozumienia, godzenia się… I gdyby jeszcze mogła rozmawiać ze mną tak, jak ja bym tego chciał, i nie musiałbym wysłuchiwać jej narzekań. No chyba, że chciałbym – na wszystko znalazłby się "program".

I co Wy na to?

Szukam…

Scenerii, porównania… Samotnego drzewa w upalne popołudnie, śniegu po pas pod szczytem pagórka. Jak ta zawieja śnieżna w gęstwinie małych świerków tam, gdzie według mapy miały spotkać się szlaki. Wyciągniętego z plecaka papieru w kratkę i listu pisanego w rozmazaniach topniejących płatków. Zagubienia w gęstwinie bloków. Odłączenia z wyboru. Spokoju niespełnienia. Szczęścia nie mojej radości. Zalet pożegnania. Frajdy dystansu. Czego sam chciałem, co mnie chwilowo przerasta, dla czego milczę.

Proszę, pomóżcie, choć sam nie wiem w czym i jak. Więc choć rzućcie okiem na trzy, cztery sekundy, poważnie i spokojnie, na tę bezradność, faktyczną, udawaną czy wyimaginowaną, nie siląc się na zrozumienie, to wszystko.


Życzenia

Chodzi o to, że wydaje się, że wszystko już wiadomo. Życzenia z poprzednich lat są ciągle aktualne, aż okaże się wkrótce, że takie pozostaną do końca, tutaj. Od lat nie pamiętam tak niepozornych i zwykłych Świąt i Nowego Roku. Pewnie dlatego, że jedno i drugie było tym razem w niedzielę. Tak, na pewno…

Tata kupił paczkę sztucznych ogni, nie chciały odpalić (bo chińskie?), poprawiał w nich coś w garażu i nie zgasił potem światła. Nad ogrodem wybuchły, wreszcie. Tak to wygląda ogród z okna na piętrze – naszego mostku kapitańskiego. Widok z niego przypomina pokład starego statku, którego dziób niknie we mgle, przesłonięty dodatkowo szpejami po drodze. Tam po prawej stronie – to światełka z cmentarza, dziwię się i tajemnicze są te osoby, które je palą. Tam babcia wskazywała wzrokiem, kiedy jeszcze żyła, no i wreszcie już tam jest. Dziwiłem się jej, dlaczego: że przykrzy jej się życie, a nas uczyli (i ona też), że tak nie trzeba mówić.

Dlaczego jej się przykrzyło? Bo była niedołężna?

Nie wierzę w szczęście poprzez tzw. zaspokojenie potrzeb. Nie wierzę, że potrzeby można zaspokoić, ponieważ pojawiają się ciągle nowe. Wydaje mi się, że szczęście – czyli spokój, tak, spokój – osiąga się poprzez świadomie postawienie sobie granicy: tu – dość… Plus stara zasada – szklanka do połowy jest pełna. A niech będzie pełna i w 1/4…

Zmęczony jestem…

Uczymy się wszystkiego

Dzieci wołają. Z ubikacji. Oczywiście powstaje drobna sprzeczka o to, które z nich obsłużyć najpierw. "Gdybym mógł zrobić to dwiema rękami naraz, to bym zrobił. Ale nie dałbym rady wytrzeć was dokładnie, więc ktoś musi być drugi".

Biorąc do ręki nocnik doznaję krótkiego błysku, wspomnienia. Bo opróżnianie nocnika to też odpowiednia technologia, którą ja poznałem mając około dziesięć lat, przy udziale mojego młodszego brata. Otóż nocnik z kupą jest już brudny, ale opróżniając go warto się postarać, by nie zabrudzić go jeszcze bardziej. Pozostaje więc jedna możliwość – ruch nagły i stanowczy, którym obraca się nocnik dokładnie do góry dnem i zaraz potem strząsa zawartość do ubikacji. Technologia wyrzucania kupy.

Dzieci ciągle uświadamiają mi sprawy elementarne. Dzieci są błogosławieństwem dla kogoś, kto chce się ciągle rozwijać, poznawać mechanizmy świata wokół. Trudnym błogosławieństwem. Uczę syna smarować kromkę chleba i denerwuję się, bo zapomniałem, że to nie jest takie łatwe. Pod jego ręką pasztet oblepia wszystko inne, tylko nie kromkę i nagle wiem, że ta nauka potrwa nie dzień czy dwa, ale tygodnie. Dociera do mnie ogrom pracy – wiedzy, umiejętności, doświadczenia, które każdy z nas musi zdobyć, żeby przeżyć.

Jeszcze posługiwanie się przedmiotami, narzędziami, jest niczym w porównaniu do umiejętności życia wśród ludzi. Kiedy zdać sobie z tego sprawę, staje się to przerażające. Nic dziwnego, że uproszczenia i schematy to nasz ratunek (jak pisał Cialdini). A cóż dopiero, jeśli ktoś ma ambicję wyjść choć trochę poza szablony…

Udany związek

Do skrzynki pocztowej ostałem reklamę serwisu Stworzeni dla siebie. Oto co widać na pierwszej stronie:

Wielki formularz rejestracji.

Potem – prosto do miłości:
1. Wypełnij profesjonalny test doboru partnerskiego
2. Dowiedz się z kim możesz stworzyć związek
3. Przeglądaj profile potencjalnych partnerów
4. Poznaj osobę stworzoną dla Ciebie!

Pod spodem:
Określenie czego szukamy, naszych oczekiwań i wymagań pomoże odnaleźć właściwą osobę i stworzyć udany związek.

Acha – w samym środku gwiazdka z napisem: "100% gwarancji bezpieczeństwa i jakości". Dalej: Profesjonalny serwis, dopasowane profile. Gwarancja bezpieczeństwa SSL.

Po lewej stronie – zdjęcie obejmującej się pary. Ciekawe, że mają ciemnawą skórę, jak ludzie z południa, taką na przykład ma moja żona. Zastanawiam się – czyżby nie pasowały zdjęcia typowych Słowian? A może chodzi o zasugerowanie związku z obcokrajowcem?

Śmieszne to i żałosne zarazem. Nie ma osoby stworzonej dla mnie ani ja nie jestem stworzony dla nikogo. Tytuł serwisu eksploatuje romantyczną wizję, że gdzieś na świecie istnieje "druga połówka jabłka", że wystarczy ją odnaleźć i już szczęście gotowe. Żadne dopasowanie, w dodatku mierzone internetowym testem, nie gwarantuje udanego związku. To śmieszne dopóki się nie pomyśli, że tak wielu ludzi chwyta się i tego sposobu, żeby nie pozostać samotnym.

Dotknięcie

Dotknięcie kogoś wewnątrz, tam, gdzie centrum, w piersi, wszystko jedno, czy tam spokój, radość, wściekłość czy rozpacz, jeśli tylko ze świadomością, że dotyka się tego, co najważniejsze, co właśnie teraz, że blisko najbliżej, bo tak się udało może raz na tysiąc, że tam najdelikatniejsze, czego dotknąć to może zniszczyć, na pewno zmienić, jak, czy na lepsze, czy pomóc, czy rozdrapać, może tylko zaglądnąć, ale i to strach.

Strach, bo to zostawia ślad i w patrzącym, bo kto czuje, ten zapamięta i będzie widział znów i znów. Będzie widział dziecko patrzące ufnie, i tamtą twarz tęskniącą nadzieją i siecią delikatnych zmarszczek, i ciebie, jak dziś przy zlewozmywaku, o zalęknionych oczach błagających o spokój.

Ambiwalencja wewnętrzna

Nie wiem, skąd się u mnie bierze. Prosty, głupi przykład – słyszę teraz ciągle w głowie Secret World Petera Gabriela, wersja z dwupłytowego albumu, który ukazał się co najmniej dziesięć lat temu. Ten utwór gra teraz w mojej głowie z całą swoją siłą. Ale nie muszę go sobie wyobrażać, bo mam go w komputerze, mógłbym go odtworzyć, skierować prosto do uszu, mam odtwarzacz i słuchawki. W zasięgu mojej ręki jest zatopić się w nim teraz, kiedy go słyszę, tuż przed snem, w ciemności poszaleć, z widokiem na łysiejącą brzozę za oknem, po zgaszeniu światła w kuchni, patrząc na nią, jej zarys, w świetle ulicznych lamp.

Ale nie chcę go słuchać, nie chcę go puścić w uszy. Czuję jakąś obawę, rezerwę, powstrzymanie. Skąd, dlaczego? Czy może dlatego, że za bardzo zapanuje nade mną, wywoła zbyt silne emocje. A może przeciwnie – nagranie okaże się zbyt proste, prymitywne wręcz. Przecież znam ja na pamięć i wiem, że jak na mój gust aranż mógłby być trochę bardziej subtelny, wysublimowany. A może dlatego, że w wyobraźni mogę sterować tym utworem jak chcę, cofać go, przesuwać do ulubionych miejsc, kompulsywnie sobie aplikować. Może w wersji z nagrania jest zbyt nudny, albo zbyt samodzielny, a ja chcę mieć nad nim kontrolę…

Ambiwalencja dotyczy też ludzi, których bardzo lubię, ale coś mnie powstrzymuje przed kontaktem z nimi. Jakaś chęć samoobrony… Dlaczego? Nie wiem.