Przełom

Wczoraj widziałem nowego człowieka. Ruszał rękami i nogami, z prędkością, która dorównuje mojej szybkości działania.


Tak brzmi pierwsze zdanie tego blogu, napisane 25 stycznia 2005 roku. To był przełom, i jeden z powodów, dla którego zacząłem tu pisać. A "nowy człowiek" to Sara, wtedy jeszcze bez imienia, na ekranie USG, widziana raczej tylko przez lekarza, który na tyle przekonująco twierdził, że ten człowiek jest, i że to dziewczyna, że uwierzyliśmy.

Dziś kolejny przełom. Wyprowadziliśmy dzieci z naszej sypialni. Sara i Beniamin nosili dzielnie deski, podawali kołki, wkręcali śruby, a ojciec, czyli ja, składał to w piętrowe łóżko. W ogólnej euforii zginęło prawie uczucie, że oto kończy się okres, który już nigdy nie wróci. Bo począszy od dziś, idąc do mojego łóżka, nie będę mijał po drodze śpiącej dziewczynki z długimi, falującymi, rudawymi włosami, i dzielnego wojaka, który tylko na chwilę przysnął, by w środku nocy przenieść się do naszego łóżka. Dzieci, zmierzając do snu, będą wydeptywać inną ścieżkę przez przedpokój, a u nas – stanie się pustka.

A może nie. Może wrócimy do poprzedniego układu i nowe dziecięce łóżko wciągniemy znów bliżej nas. Bo teraz nie mamy pokoju dla gości.

Najpiękniejsze wspomnienia wiążą się z nocami, w których ludzie, ułożeni jak śledzie, wśród których i ja, usypiali jak jeden organizm, i budzili się następnego dnia. Tak było pod Giewontem, gdy ze schroniska wynoszono stoły i krzesła, by pomieścić wędrowców. Było tak na niezliczonych obozach, na których byłem, było na mazurskiej łajbie, było na zgrupowaniach chóru, na Ukrainie, w Rumunii, Mołdawii, Niemczech, Francji, USA, pod dziurawym dachem stodoły w Kruklankach, pod płachtą namiotu w burzy, i w Yellowstone Park, gdy nasi przewodnicy, przed nocą, głosem nie znoszącym sprzeciwu sylabizowali nam do ucha: Absolutely no food in the tent! To z powodu niedźwiedzi. I w zwykłym samochodzie, pod Miszkolcem, gdy złożyliśmy siedzenia z tyłu, żeby móc nogi wyciągnąć do bagażnika, a pojedyncze krople, spadające na dach naszego forda, zatrzymanego na dziko, w gęstwinie, dudniły w ciszy jak tąpnięcia trzęsącej się ziemi. I było tak w Krakowie, na Dąbiu, bo gospodarz oddał na rzecz gości piętrowy dom, sam rozkładając się w podpiwniczeniu, z żoną, dziećmi, psem i mną przy okazji, na podłodze.

W ciągu ostatniej dobry umarł Michael N. Wieloletni menadżer zorganizowany do tego stopnia, że sam napisał sobie nekrolog. Nie porozmawiam już z nim i nie zobaczę po raz kolejny, że wśród nawarstwień lat – doświadczenia, zarządzania ludźmi, pracy, konsekwencji, nawet bezwzględności – nie zatracił w sobie chłopca. Niesamowite – nić porozumienia nawiązana w ciągu kilku minut rozmowy. Łzy w oczach prawie osiemdziesięcioletniego człowieka, łzy nie mające nic wspólnego ze starością. Pamiętam to doświadczenie prawdziwego menadżera – w rozmowie w cztery oczy i prowadzeniu dyskusji na forum, w fantastycznie prostej komunikacji i przejrzystości w prelekcjach.

Dziewczyny z agencji

Tak, skorzystałem z ich usług. W zasadzie chodzi o jedną dziewczynę, która przebiegając błyskawicznie palcami robiła z niezrównaną sprawnością to, co trzeba. Choć broniłem się i na początku zupełnie nie mieściło mi się to w głowie. Ba! Nawet wpadłem w panikę, gdy obskoczyły mój samochód. Ledwie skończyły dwadzieścia, może, lat. A chyba i nie wszystkie.

To było tam, gdzie asfaltowa droga przechodzi w żwirową, kończy się po prostu, z dołami, takimi jakie powstają po niezliczonych przejazdach ciężarówek. Po jednej stronie – trawy, które nigdy nie zaznały koszenia, wyniosłe, wolne, twarde, wysokie jak człowiek. I krzaki, i te drzewa rosnące samowolnie, prawdziwie, bez pielęgnacji, troski, przycinania. Po drugiej stronie – baraczki-kontenery, nie najstarsze, skromne, niewielkie, prostopadłościenne, o cienkich ścianach, dwóch oknach i drzwiach pośrodku. Za baraczkiem majaczył plac, jak manewrowy, z wysoką konstrukcją, galerią. Za galerią – hala jak budynek fabryczny, szeroki, niewysoki. Tam prowadziła brama z podnoszonym szlabanem, pod którym stawały ciężarówki, ich naczepy błyskały pomarańczowymi światłami. Ktoś wychodził z kabiny, podchodził do małego pawilonu przy szlabanie, o coś pytał, wracał z powrotem.

Tak więc przegoniwszy dziewczyny, które po mej słownej tyradzie zaczęły we mnie dostrzegać Marsjanina, zaparkowałem samochód z dala od baraczków. Człowiek pilnujący szlabanu powiedział, że mam iść na piętro i potem na prawo. Poszedłem, nieświadomy, wystraszony owym babskim nalotem i dziwnym wzrokiem mężczyzny, który, jak zapamiętałem, przyglądał mi się stojąc w drzwiach jednego z kontenerów z napisem "Agencja". Na piętrze, po prawej stronie, w sali, były chyba cztery stanowiska z ludźmi ubranymi na zielono, zaś przy wejściu – na grubej szybie napis "kasa", gdzie siedziała kobieta w mundurze. Na jego pagonach prężyły się znaki, zbyt skomplikowane, bym, zatrwożony, zdołał je zapamiętać.

Poprosiłem o formularze. Zakład ten bowiem nazywał się Urzędem Celnym, a ja przyszedłem zapłacić tak zwaną akcyzę za nasz nowy, piętnastoletni samochód, sprowadzony z zagranicy.

Zestaw dokumentów wyciągnąłem i jąłem się zadania. Na początku było nieźle, co prawda zastanawiałem się chwilę, czy jestem osobą fizyczną. Jeszcze na tyle naiwny by sądzić, że to jedyna spotykająca mnie trudność, przebrnąłem przez daty, numery i typ nadwozia, adresy, znów numery… Dotarłem do oświadczenia, że "stawkę wyliczyłem na podstawie tabeli……… kursu NBP z dnia………" A potem zaczynał się – rząd pustych pól z instrukcjami po polsku, a jednak jakby w innym języku… Tak! Mam sobie sam wyznaczyć akcyzę! I wpisać tajemnicze kody, których nazw nawet nie rozumiem…

Zacząłem rozglądać się po sali. Zauważyłem, że do owych stanowisk podchodzą najczęściej dziewczyny, podobne do tych (a może i te same) które napadły na mnie przed szlabanem. Dziwne. Rozważając, czy samych urzędników nie zapytać o owe kursy, tabele NBP i kody zacząłem się przyglądać ich twarzom. Nie wyrażały nic, patrzyły w dal, a potem w monitory komputerów. I tak w kółko. Czasem ktoś podniósł się, wziął, albo odłożył segregator, którymi obłożona była ściana z tyłu. Wszystko to w jakimś bezimiennym transie, jak część bezludzkiego mechanizmu, działającego tu od siódmej do piętnastej. A może jednak zapytać? Przypomniało mi się zdanie z formularza: oświadczam, że jestem świadomy odpowiedzialności karnej z ustawy, ustępu, paragrafu…. Więc jeśli powiem coś źle, albo już coś źle napisałem? Bezimienne twarze wyglądały jak bezlitosne.

Obok usiadł brunet w wytartym jeansie. Miał wypełnione pola, które u mnie były puste.
– Pan zdaje się wie jak to wypełnić?
– Wiem.
– A mógłby mi pan pomóc?
– Niech pan idzie do agencji.
– Agencji?
– Tam panu wszystko zrobią. Tam na dole, tam pisze, oni są wszędzie.

Zrozumiałem. Nadszedł czas by przeżuć i przełknąć. Pogodzić się z dziewczynami, przyznać do winy i prosić o pomoc. Ciężko zwinąwszy papiery, bez pośpiechu, skoro i tak straciłem już mnóstwo czasu, podniosłem się do wyjścia, układając twarz w wyraz obojętności, tak na wszelki wypadek. Tuż, na ławce w korytarzu, siedziała wysoka dziewczyna o wyrazistej twarzy, delikatnych kilku piegach, zgrabnym nosie, długich, farbowanych jasno, falujących, spiętych w jednym miejscu włosach. Była w jeansie. Zrozumiałem – tak ubierali się przychodzący tu faceci.
– Może pomóc panu?
– No…. raczej tak.
– To chodźmy.

W baraczku, przy biurku, moje papiery przepływały przez jej ręce jak piłeczki u sprawnego cyrkowego żonglera. Bezbłędnie, błyskawicznie odnajdywała potrzebne rubryki, tłumaczenie niemieckich zaświadczeń było jej zbędne. Na ścianie wisiała tabela NBP… Moje dokumenty uformowała w trzy kupki – jedna – do zaniesienia od razu tam, na piętro, druga i trzecia – na później, do kolejnych "urzędów". Ile jestem winien? Ależ to śmiesznie mało, taka pani miła…

Do obojętnych twarzy na piętrze poszedłem teraz już na pewniaka, jednakowoż w pokorze. Gdy stałem przy okienku kolejne dwie dziewczyny przyniosły następne papiery. Zdziwiony i zszokowany, jak niesamowicie milcząca jest ta symbioza urzędu z agencją, w której ja funkcjonuję tylko jako dyskretny dodatek, zauważyłem na ścianie plakat. Jak pamiętam: Nasza wizja – być bliżej obywatela… Chwilę zastanawiałem się, czy nie poprosić o zgodę na sfotografowanie go, ale ostatecznie… brakło mi odwagi…

Od debila po idiotę, po drodze – kretyn

Skończył się spektakl, więc mogę pisać dalej.

Tak więc mając w pamięci zachowanie autora (z poprzedniego wpisu) obiecałem sobie, że nie popełnię jego błędu. Spróbuję nie pretendować do roli pieniacza.

Tak jak wczoraj, kiedy na stacji benzynowej (BP, to nie byle co) naiwnie byłem posłuszny strzałkom mówiącym – tu jest kolejka do kasy. Okazało się potem, że tych strzałek się nie przestrzega, i to jest reguła i zasada, która tu obowiązuje! Lecz ja, brnąc dalej w naiwność, przechodząc kolejne własne granice: głupoty, debilizmu i pieniactwa, oczywiście, zapytałem po co są te znaki, i czy są jakieś zasady kolejności, wedle których obsługuje się klientów. "Zasady ustala kierownik, którego można spotkać między 9:00 a 21:00". Cóż, była właśnie 22:30. Lecz ja, posuwając się dalej do kretynizmu, przypomniałem, że już dwukrotnie szukałem kierownika w tych godzinach, bezskutecznie. Na te słowa odwrócił się wyrostek przy kasie i zapytał "masz problem?" I tu okazałem się kompletnym idiotą, mówiąc mu "i pan właśnie wszedł bez kolejki". Tak, teraz należało tylko oczekiwać, że kiedy wyjdę za drzwi pogrążając się w chłodnej ciemności, dostanę w zęby.

Na tle tej atmosfery pojawia się postać Larsa Øyno, autora sztuk teatralnych i reżysera. Pierwotnie poznałem go tylko z nazwiska, gdy tworząc stronę internetową festiwalu miałem problem z uzyskaniem na ekranie litery Ø. W kontakcie bezpośrednim objawił się człowiek o arystokratycznej powierzchowności, czyniący wszystko z opanowanym spokojem, pod którym jednakowoż bardziej można się było domyślić niż wyczuć, wibrujące emocje. To właśnie on potraktował sztukę autora (o którym wspomniałem w poprzednim wpisie) z własnym rozmachem, bezwzględnością, pasją, bezkompromisowo. Połączenie zewnętrznego chłodu, spowolnienia, dystansu, z wewnętrznym wulkanem, a to wszystko szczerze i uczciwie, bez zmyły, mydlenia oczu i pokazywania siebie innym, niż się jest…

Jego postać staje mi przed oczami po chwilach moich słabości (czytaj: pieniactwa i robienia z siebie idioty). Szkoda, że nie wcześniej. Ale pracujemy nad tym…! 🙂

Określenia medyczne:

debilizm – najlżejszy stopień upośledzenia umysłowego objawiający się trudnościami w logicznym rozumowaniu, pozwalający jednak na uzyskanie wykształcenia podstawowego, wyuczenie się zawodu i prowadzenie samodzielnego życia

kretynizm, matołectwo – głęboki niedorozwój fizyczny i psychiczny spowodowany silną niedoczynnością tarczycy; łączy się z zahamowaniem wzrostu i zatrzymaniem rozwoju umysłowego na poziomie dziecka, czasem z osłabieniem słuchu i wzroku (nawet głuchotą i ślepotą)

idiota, med. – człowiek głęboko upośledzony umysłowo, który w swym rozwoju nie osiągnął zdolności mówienia

Dzwonią do mnie ludzie…

Szok. Dzwonią do mnie ludzie, przychodzą, z różnymi pytaniami, najróżniejszymi. Zawodowymi, osobistymi i tak dalej. Mówią – jest tak i tak, pytają – no i co ja mam zrobić? Przez długi czas próbowałem coś odpowiadać, dziwnie się czułem, bo spora ich część jakby mnie nie słuchała, albo moje odpowiedzi wzmagały ich zniecierpliwienie. Aż okazało się, że właśnie o to im chodzi. Mam przytaknąć, zrozumieć, współczuć, i mam się nie przejmować, że nie dopuszczają mnie do głosu, bo i tak, jak powiem dwa słowa, to już im wystarczy. Porwą je ze sobą i wycisną z nich co tylko można, do cna, jednocześnie nie przyznając się, być może nawet przed sobą, że coś im te słowa dały…

Być zadowolonym

Są takie obszary ludzi, w których do dobrego zwyczaju należy (przepraszam, ale to jest cytat), "napieprzanie" na wszystkich dookoła, i skrupulatne opisywanie, jak to wszystko jest "do dupy". I jeszcze w dodatku – "ch..". Obowiązują kwaśne, zbolałe miny, a wesołość należy czerpać z powodujących wymioty anegdot.

Jeśli nie nap…….. razem z nami, nie jesteś jednym z nas. Wspólną elementem nas łączącym jest nap………. Nasza wspólna krzywda i niesprawiedliwość. Jeśli nie czujesz się skrzywdzony, to albo jesteś naiwnym durniem, albo trzymasz z tymi, którzy nas krzywdzą. "Nie lubię, jak się ludzie cieszą" (cytat z kabaretu POTEM), bo jak można się cieszyć, jak jest tak podle?

Majstersztykiem jest nap………. z panem X na pana Y, a potem z panem Y na pana X. Ktoś, kto posiądzie tę umiejętność, staje się przyjacielem i powiernikiem wszystkich. Każdej krzywdzie przytaknie, z każdą skargą się zgodzi. Każdego zranionego zrozumie.

A skoro już ktoś ma dobry nastrój, to można mu dorzucić żwiru na plecy. Niech pomoże zgnębionym, niech się solidaryzuje. Egoista jeden, samolub, niech zobaczy, jakie jest życie.

"Ja tak lubię z tobą pracować!" I tak w ogóle "lubię cię bardzo". Ponieważ więc cię lubię, zrób to dla mnie, i jeszcze tamto, i gdybyś miał wolną chwilę, to jeszcze. Nie zdążyłeś? Ale powiedziałeś, że zrobisz. To na kiedy? Nie wiesz teraz? A kiedy będziesz wiedział? Acha, to nawet nie wiesz, kiedy będziesz wiedział. A przecież ja cię tak lubię.

Od części z tych rzeczy udało mi się uwolnić. Tym gorzej, kiedy wracają, jak alergen. Koniecznie trzeba być zadowolonym. Źródło zadowolenia odnaleźć niezależne od humorów i uznania innych ludzi, od pieniędzy, od sytuacji. To jest cała wiedza, sztuka wręcz…

Dwadzieścia groszy

– Natura obdarzyła mnie zdolnością analitycznego
myślenia, ale jednocześnie – ogromnymi możliwościami odczuwania, tak
siebie jak i ludzi wokół. No i to nie daje mi spokoju.

Stałem
pod wiatą miejskiego przystanku, osłonięty od słońca, wtulony w kąt. Nie
chciało mi się ruszać, nawet wtedy, kiedy usłyszałem ten mamrot,
przeciskający się przez szczeliny wiaty. To był ktoś po drugiej stronie.
Nie bardzo wiedziałem skąd, bo tam niskie ogrodzenie, oddzielające
chodnik od krakowskich Plant.

– Nie można całkowicie
zrozumieć innego człowieka. Kolejne pytania i odpowiedzi dotykają coraz
subtelniejszych i wymykających się spod opisu części duszy. Poza tym –
zmieniamy się, czasem z dnia na dzień. Jedno pytanie może komuś otworzyć
drzwi objawienia, zrozumienia czegoś, a wtedy nie będzie nigdy jak
przedtem. Tak więc ktoś, kto twierdził coś wczoraj, dziś może twierdzić
już coś innego, a to dlatego choćby, że wczoraj wieczorem zadaliśmy mu
pytanie, którego on sobie nigdy nie zadał.

Od dzisiaj mam ważny
bilet miesięczny na jedną linię tramwaju. Ale chodzi mi tylko o przejazd
między dworcem a miejscem pracy. Dokładnie – o dwa przystanki.
Wypróbuję przez miesiąc, bo chodzenie z tym ciężkim plecakiem, choć
miało przypominać moje dawne wyprawy górskie, jednak jakoś mi nie służy.
Niewidzialny mamrot kontynuował:

– Patrzysz na kogoś i oceniasz, nawet nie jego, ale to, co mówi. Budujesz profil osobowości
po to, aby wiedzieć, czego się spodziewać na przyszłość. Wydaje się, że
widzisz jego tendencje, odruchy. Ale czy naprawdę dobrze widzisz i
oceniasz? Czy np. to, co ktoś mówi o sobie, nie jest przesadzone, bo np.
akurat on ma tendencję do zwiększonego samokrytycyzmu? Może to dobry
człowiek, a przedstawia siebie jako tyrana, bo wyolbrzymia swoje wady…
Czy to w ogóle możliwe? Albo jeśli mu to powiesz, to stanowczo
zaprzeczy, tym bardziej, że urażony i bezbronny, bo poczuje że
przejrzałeś go na wylot… A może to ty się mylisz zupełnie? Może wcale
nie przejrzałeś go na wylot i nie czuje się urażony i bezbronny, a twoja
pewność jest głupotą… Albo jest na tyle miękki, że chce się szybko
przystosować, by uniknąć krytyki, podtrzymać akceptację.

Chyba
jednak dziś pójdę piechotą… Ładna pogoda, warto się przejść. Trudno,
pojadę jutro. Ruszam z przystanku, gdy wyrasta jak spod ziemi nieogolona
twarz.

– Przepraszam, mogę zapytać?
A ja już wiem, o co.
– Spieszę się.
– Przepraszam, ale mnie chodzi tylko o… dwadzieścia groszy.

Nie mogę, spieszę się – myślę, że przecież mam plecak na sobie, a w
plecaku portfel, nie będę go zdejmował i otwierał tylko po dwadzieścia
groszy.
– Kolego, brakuje mi tylko dwudziestu groszy. Mógłbyś poratować?
– Nie mogę.
Jegomość
zostawia mnie na chodniku, a ja po przejściu kilkudziesięciu kroków
zdaję sobie sprawę, że to chyba ten sam głos, który słyszałem przez
ażurową ściankę przystanku.

Lekarzu, ulecz sam siebie.

Gdy fala ogarnia

Już wiem, są takie godziny… Ba, godziny. To zaledwie dziesięć, może dwadzieścia minut, kiedy rozdzwaniają się telefony, ktoś zagląda do pokoju, ktoś spotyka mnie w przejściu. No, powiedzmy, kluczowe, dramatyczne pół godziny, kiedy to otrzymuje się listę zadań, która wystarczyłaby na tydzień. Jak nie dopuścić do takiej kumulacji? To chyba nie jest możliwe.

Zabawne, że każdy z napotkanych "dobroczyńców", "obdarowujących" mnie jedynie okruszyną jakiejś drobnej swojej / nieswojej sprawy, jest dogłębnie przekonany, że to coś zajmie mi tylko pięć minut. I najgorsze – to przekonanie potrafi wlać i we mnie. Dopiero gdy wracam do pokoju i siadam na fotelu wraca poczucie rzeczywistości…

Zachować stoicki spokój to zbyt mało. To trzeba po prostu olać (przepraszam, niewyszukane słowo…) Tak! Siadam i myślę – mam to gdzieś. (Ale oczywiście, że nie mam, to tylko taki sposób, żeby na bodziec z jednej strony odpowiedzieć równie silnym bodźcem z drugiej.) Tak więc nie kiwam nawet palcem (choć kusi), gotuję wodę na herbatę, wychodzę na spacer. Niech poukładaniem tego martwi się kto inny. Kto? A co mnie to obchodzi…?

Tylko cisza

Była taka powieść s-f polskiego autora, w której ludzkość zahibernowała się na Ziemi na sporo lat po to, aby w tym czasie dać szansę przyrodzie na odbudowę. Tylko kilku ludzi pozostało na straży uśpionej ludzkości. Trwali oni w centrach sterowania – w ciszy… Wśród znieruchomiałych miast, na skraju lasów – odradzających się roślin.

Czasem pozostaje tylko… cisza. Są wydarzenia, stany emocjonalne, walki, zmagania, których jakoś nie da się uczciwie podsumować słowami. Coś jak Pyrrusowe zwycięstwo lub wygrana pomniejszych nagród podczas gdy główna, na którą się czeka z myślą o uldze, oddala się bardziej… Cóż wobec ludzkiego starania o to, co najbardziej wymarzone. Właśnie tego dostać nie można, mimo odniesionych ran, zniszczonych w walce zmysłów, energii, wrażliwości. Wszyscy pozostają przegrani. Coś tu nie tak…

Usiądź zatem, popatrz na coś, na co nie masz wpływu, jak na przykład ten zachód słońca. Można tylko zgadywać, jak będzie wyglądał za pięć minut. Pójdzie swoim torem, Twój wzrok go nie wzruszy.



Plac zabaw

– Tatuś, huśtaj mnie.
– Huśtam.
Huśtawka jest ciężka, zespawana z porządnych rur, tyle, że na dobrych łożyskach, więc już rozhuśtana – huśta się nieźle. Jest wysoka, Beniamin z ledwością na nią wchodzi.
– Stop. Zatrzymaj.
– No dobra.
Zatrzymać jest tak samo trudno, jak rozhuśtać.
– No huśtaj mnie!
– Ale chciałeś zatrzymać.
– Ale teraz chcę huśtać.
– To po co miałem zatrzymać?
– Chciałem ci coś powiedzieć.
– No i co?
– Już powiedziałem.
– Tak? A co to było?
– Że… trawa jest zielona.
Patrzę na plac zabaw. Rzeczywiście, trawa o tej porze roku ma jeszcze dość żywą zieleń…

Huśtam dalej. Z bloku wypada kobieta (ja już mówię na takie: dziewczyna, bo młodsza oda mnie 😉 w stroju sportowo-obcisłym, pewnie do sprzątania w domu. Szczupła jest, to widać, niewysoka. Przybiega do chłopczyka, pewno swojego synka (na pewno synka, obok niego – dziadziuś):
– Masz mu oddać! Rozumiesz?!
Ach tak, na placu zabaw jest zawadiaka, taki piegowaty jeden, wciska się wszędzie i panoszy. I takich małych chłopców, jak ten, to prawie rozgniata.
– Mówiłam ci, masz mu oddać i koniec! Tyle razy ci mówiłam! Masz mu oddać!! Ja ci to mówię, tak masz zrobić!!!! Jak nie oddasz, to popamiętasz – chłopczyk stoi osowiale – Masz mu oddać!! Zrozumiałeś?! A ty stoisz i nic nie robisz? – to do dziadziusia, równie spokojnego i bezbronnego jak wnuczek, o zmartwionym wyrazie twarzy. Matka wraca do klatki, sprawnie i szybko przenosząc nogi ponad płotkiem przy trawniku.

Beni skończył się huśtać, idzie pozjeżdżać na rurze.

Patrzę na piasek. Zapach lata jak ten z dalekich dni. Bez poczucia czasu: zawsze jest teraz, dopóki nie przyjdzie mama albo tata i nie każą iść do domu. Przyszłość nie istniała, inaczej niż teraz. Świadomość… Może raczej – świadomość konieczności. Konieczności… czego? Aż strach mówić…


Skrzyżowanie bezkolizyjne

Ten sam problem powtarza się wciąż, w różnych kręgach. Na przykład – w grze w zespole muzycznym, który gra na zasadzie własnej inwencji muzyków. Ktoś przychodzi do zespołu i… nie znajduje w nim miejsca. Po prostu nie widzi momentów, w których mógłby coś zagrać – dodać, dołożyć. Czuje, że zespół nie zostawia dla niego miejsca. Mógłby spróbować wpłynąć jakoś na zespół, zaproponować coś innego, ale inni tego nie dostrzegają, nie odbierają jego starań – świadomie lub nie. Czy za bardzo są skoncentrowani na sobie? Brakuje im wrażliwości, doświadczenia…? Nie akceptują przybysza? Skrzyżowanie bezkolizyjne…