Bez duszy

Ach ci menadżerzy… nie pozwalają sobie na grosz artyzmu, chwilę zamyślenia. Liczą się dla nich wymierne efekty, te cyferki, migające, przeskakujące – to w górę, to w dół. Im więcej szybkiego mielenia – papierami, telefonami, ludźmi (w imię bezdusznie pojętej efektywności), tym lepszy menadżer. Kobiety nie różnią się tu od facetów, ponieważ menadżer to byt ponadpłciowy.

Efektywności podporządkowane są środki wyrazu, forma, emocje… To ona określa, czy coś ma sens, czy jest stratą czasu. Zrobione? – idziemy dalej. Więcej i szybciej, co z tego, że bez duszy.

To nie dla mnie.

Wbijam igłę, nawet nie boli…

…musiałem trafić między receptory na skórze. Przeważnie choć trochę o jakiś się zawadzi, a jak już prosto w niego, to aż twarz wykręca. Ciekawe, że właśnie na udzie najczęściej najbardziej potrafi boleć.

Jakoś ostatnio nie przeszkadza mi to ciągłe mierzenie cukru i wstrzykiwanie insuliny. Zabiera czas, ze pewnością, zabiera też siły i angażuje koncentrację – to małżeństwo z cukrzycą. To trochę tak, jakby być agentem w obcym kraju – trzeba ciągle obserwować siebie, uważać – z czego wzięło się to wewnętrzne rozedrganie…? Albo skąd nagłe pociemnienie w oczach, dlaczego oblany potem…? Coś jest nie tak… ale co? Zmęczenie? Przeziębienie? Czy może właśnie ten przeklęty spadek cukru.

Oczywiście, są ludzie, którzy się tym nie przejmują – nie ważą jedzenia, nie liczą węglowodanów (przynajmniej węglowodanów), mają pewnie we krwi przeciętnie dwukrotność normy cukru (sami nie wiedzą ile), żyją kilkadziesiąt lat, i nie mają problemów ze wzrokiem, nerkami… Ja – ważę, liczę, upuszczam kropelki krwi na plastikową elektrodę średnio 3-4 razy dziennie. Czekam, odczytuję wynik, nakładem na elektrodę rozdarte paseczki opakowania i wrzucam do kosza. Czy w ciągu najbliższych 4-5 godzin będę czytał książkę, czy pójdę pobiegać… to zasadnicza różnica.

Stało się to dla mnie jak ubieranie butów. Nigdy bym nie uwierzył, że to jest możliwe. A jest.

Robić coś porządnie

Jedną rzecz robić w życiu porządnie. Na tyle, by być ekspertem, specjalistą, którego nikt nie zaskoczy czymś niespodziewanym… By coś znaczyć w jakiejś dziedzinie, by inni liczyli się ze zdaniem.

Dziewięć lat temu rozmawiałem z jednym z moich przyjaciół w starszym wieku, jeździł już wtedy na wózku inwalidzkim. Byliśmy na spacerze, gdy powiedział mi: "W życiu można robić jedną rzecz bardzo dobrze, albo wiele rzeczy, lecz kiepsko. Ja wybrałem to drugie". Ale i tak był podziwianym autorytetem dla młodszych o 20-30 lat od siebie ludzi.

Niestety, jak dotąd idę tropem zajmowania się wszystkim, co interesujące…

Z drugiej strony – dochodzenie do ideału wymaga odpowiedniego otoczenia. Trudno jest wyskoczyć wysoko ponad otaczającą przeciętność. Zajść wysoko można tam, gdzie już są góry, zamiast sypać kopce na równinach… W jednej rozmowie możesz zyskać miesiące sanmotnej pracy, w centrum idei możesz dosięgnąć najlepszych wniosków. Wspiąć się po nich i wyjść ponad.

Tylko czy chcę wędrować, ciągle opuszczać ludzi, i przenosić się w coraz wyższe góry, gdzie i tak samotność.

Co ja w życiu teraz robię

Moje życie składa się ostatnio z pracy, snu, oraz prób przebywania z najbliższymi.

Kłopotem ludzi, którzy umieją dość dużo różnych rzeczy, i nie chcą tych umiejętności przy każdej okazji zamieniać na pieniądze jest to, że mają roboty po pachy. A w końcu, ze zmęczenia – tracą wiarę w sens swoich non-profit działań, dostają depresji, wściekają się na innych…

Jeszcze nie nauczyłem się tego (choć już to wiem), że odpoczynek jest integralną częścią pracy, naturalną i nieubłaganą konsekwencją. Gdy mam dwa dni wolne, to pierwszy dzień to zmuszanie się do nie robienia tego, nad czym pracowałem przez ostatnie pięć dni. To zmuszanie to ból, zniecierpliwienie…

Dzisiaj byłem z moją już prawie dziesięciomięsięczną córką na dwugodzinnym spacerze. Miałem wrażenie, że nawiązaliśmy jakąś szczególną nić porozumienia… Po czym to poznać? Po bardzo drobnych zmianach w zachowaniu, chyba niedostrzegalnych dla kogoś, kto nie jest rodzicem właśnie tego dziecka. Przede wszystkim –  Sara przestała narzekać na siedzenie w wózku, zaczęła obserwować otoczenie, wsłuchiwać się w nie, jakby zaczęła dostrzegać drobniejsze, interesujące ją rzeczy, i zapominać o tej jednej z najmniej przyjemnych dla niej rzeczy.

Gdzieś w sąsiedztwie ktoś włączył radio w samochodzie, słychać było tylko dudniące "basy"… Wsłuchiwaliśmy się razem. Potem patrzyliśmy na przejeżdżające ulicą samochody. Przeszliśmy przez cmentarz, a widok rozświetlonych słońcem figur wzbudził w niej serię achów i ochów. Przystawiłem wózek do kępy zaschniętych skrzypów – rozbierała się palcami na części przez dobre piętnaście minut. Patrząc na chmury usłuszałem jej westchnienie – odwróciłęm głowę – ona śmieje się do mnie. Śmieje się – jeszcze raz i jeszcze.

Siadłem do komputera, żeby coś zrobić… Na jutro – plan dnia ustalony – zapomniana rata ubezpieczenia, dentysta po prośbie, zepsute części w samochodzie (gdzie to kupić…?), zakupy (fotelik, buty i co tam jeszcze…), wizyta agenta ubezpieczeniowego. W pracy – nowy pracownik,  zaległe spoty reklamowe, grafiki, zdjęcia, bannery. Ciekawe, kto jeszcze i kiedy zadzwoni, co będzie chciał – na wczoraj. Nie, nie jest źle. Lubię tę pracę, i to czasem staje się zgubne.

Zabieram się do pracy. Trzymajcie się – w kolejnym tygodniu 🙂

„Forteca głupców”

Gdy konsekwencja jest realizowana w sposób bezrefleksyjny, jej skutki mogą być katastrofalne.


Czasami od myślenia odstrasza nas nie związany z nim wysiłek, lecz wnioski, do jakich moglibyśmy dojść, gdybyśmy się oddali tej czynności. Istnieje bowiem wiele takich rzeczy z których wolimy nie zdawać sobie sprawy, a popadanie w automatyczny, bezrefleksyjny sposób reagowania skutecznie chroni nas przed nimi. Kryjąc się w fortecy sztywnej konwekwencji schronić się możemy przed zakusami rozumu.

Robert B. Cialdini "Wywieranie wpływu na ludzi" GWP Gdańsk 2003, str. 67, 68

Kawałek z prozaicznej rzeczywistości

Nigdy jeszcze nie spotkałem człowieka, który bezlitośnie, nie zważając na prośby, ustępstwa, uległość, delikatne sugestie jak i twardo stawiane polecenia – idzie po swoje. Nigdy nie spotkałem – aż do zeszłego roku.

Wierzyłem w przesadność stwierdzenia, że są ludzie, którzy otrzymawszy palec bez wahania wezmą całą rękę, a potem zaczną się dobierać do tułowia. A jednak – dziś mam wrażnie, że spotkałem taką osobę. Jest, a w zasadzie – była moim pracownikiem. Według mojej oceny mogę ze spokojem stwierdzić, że zrobiłem ile mogłem, aby nasza współpraca przebiegała w sposób dla niej jak najbardziej wygodny, przyjemny. A w końcu – żebyśmy się rozstali z czystą kartą. Mogę zrozumieć, że nie odpowiadała jej nasza organizacja pracy, że spodziewała się, że będzie jej zajmować dużo mniej czasu. Znosiłem jej niedokładności, jej uporczywe targi na temat jak coś zrobić, kiedy pracować, pretensjonalne stawianie warunków, odmawianie pracy, stawianie mnie przed faktami dokonanymi. Darowałem jej, w aktach nie znalazło się ani jedno spóźnienie, dzień nieusprawiedliwionej nieobecności, nagana, choć zasłużyła na nie. Dotarła do granicy, której, jako szef, nie mogłem już pozwolić przekroczyć. Nie zaakceptowała jej.

Lecz zamiast odejść w spokoju – rzuciła na mnie oskarżenie. Zaskakiwała mnie wiele razy – swoim tupetem, później rozczarowywała – tym, jak mało reprezentowała w porównaniu z owym tupetem. Zdziwienie wiele razy odbierało mi mowę. To ona mnie oceniała, to ona wszelkimi sposobami narzucała własny harmonogram pracy i rozliczała mnie z moich godzin. Dziwiła mnie ta bezczelność, dopóki nie odkryłem, że stoi za nią często brak umiejętności – merytorycznych, komunikacji interpersonalnej. Rzadko mówiła – proszę – ale jeśli już, to brzmiało w jej ustach jak żądanie. Domyśliłem się, że w ten sposób ukrywa swoją słabość. Ale nawet wtedy – cóż mi pozostało – próbowałem konsekwentnie i spokojnie wymagać tego, czego ode mnie oczekiwano – organizowania pracy, egzekwowania obowiązków.

Niska samoocena – jedna z najniebezpieczniejszych rzeczy, jakie znam w drugim człowieku. Aby potwierdzić swoją wartość – udowania, że to inni są winni jej niepowodzeń, wywyższa się nie poprzez to, co sama umie (bo jest przekonana, że niewiele umie), ale poprzez pokazywanie, że inni są źli, bo ją niszczą. A skoro ją niszczą, to ona musi atakować pierwsza. I musi mieć ostatnie triumfujące zdanie. Dlatego chce udowonić, że jej odejście to moja wina. Że to ona nie chce pracować z takim tyranem jak ja, że faworyzuję wszystkich innych, a ona pracuje za resztę zespołu.

Przeżywam to od tygodnia. Mam nadzieję, że niedługo się skończy – bez fajerwerków, wdeptywania kogokolwiek w ziemię. Jest oczywiste, że z człowiekiem, który tak jednostronnie ocenia naszą współpracę, dalsze funkcjonowanie jest niemożliwe. Chcę już tylko spokoju i oczyszczenia z oszczerstwa.

Moja córka w mroku

Osobowość mojej córki tworzy się gdzieś tam, gdzie nikt nie ma dostępu, a tym bardziej ona sama. Za piętnaście lat nie będzie pamiętać tego, co dzieje się teraz, choć z pewnością pozostanie w niej tak wiele – z nieokreślonych, nieopisywalnych wrażeń.

Wydaje się, że mamy z nią kontakt, że się rozumiemy, choć w najprostszych odruchach. A jednak… skoro ona za kilka lat nie będzie pamiętać o tym, co teraz, nie będzie wiedzieć, , to czy ten kontakt naprawdę istnieje? Czy moja córka już jest, to znaczy – czy istnieje – nie w znaczniu działania narządów wewnętrznych, ale czy jest zdolna sama to istnienie potwierdzić – zgodnie z sednem ludzkiego istnienia?

Powiedziałbym, że nie, ale powiem, że nie wiem, chyląc głowę i będąc konsekwentnym względem tego, co uważam za tajemnicę.

To, co dzieje się wewnątrz jej psychiki pozostaje dla wszystkich tajemnicą. Pozostanie nawet dla niej samej. To my, dorośli, patrząc na ukochane dzieci, przypominamy sobie nieco z naszej owianej tajemnicą przeszłości. Nasz początek tonie w naszej niepamięci, czyli w świadomościowym niebycie, ożywionym tylko dzięki wierze w opowiadania bliskich. Wyłaniamy się z nicości, rzeźbieni przez wewnętrzny mechanizm i zewnętrzne środowisko. Nasza swiadomość, podobnie jak dziecka, jest zakryta, nawet jeśli dzięki dziecku możemy odkryć jej nieco szerszego rąbka.

Mrok, mrok. Niezbadane. Tak kuszące, pociągające, wręcz irytujące współczesnego człowieka, który przyzwyczaił się już do tego, że wszystko chce posiąść, oświetlić bezcieniowym światłem, nie pozostawiającym nic domysłom, wyobraźni, wierze.

A jednak – moja córka jest w mroku niepoznania, w jakim i ja byłem, z jakiego nic nie pamiętam. A przecież tamte chwile ukształtowały mnie – te zapachy lata, topniejącego śniegu, schnącej po zimie ziemi. Ale miałem wtedy może 4-5 lat. A co wcześniej – nie pamiętam… nie pamiętam!! Dlaczego! Moje najpiękniejsze dzieciństwo.

Nie musimy wszystkiego wyjaśniać

Skądś, z nastolactwa czy dzieciństwa wyniosłem przekonanie, że ludzie między sobą muszą się za wszelką cenę dogadać, wszystko wyjaśnić. Dziś wiem, że nie jest to możliwe, a raczej – że zwyczajnie brak na to czasu i sił. A czasem nawet – brak również celu.

A jednak pozostaje ten niedosyt, rozczarowanie. Niepotrzebnie – w większości przypadków.

Zachowania niesłychane dla jednej strony, dla drugiej są normą. Do współpracy ze sobą dążą ci posługujący się podobnym zestawem sygnałów porozumiewawczych, na podobnym poziomie wrażliwości.

Tak po prostu jest.

Kłamać jest pięć razy trudniej, niż mówić prawdę

Przeraża mnie naiwność ludzi, którym się wydaje, że ich rozmówcy kupią każde słowo, byle wytłumaczenie.

Tak często wystarczy średnie życiowe doświadczenie, trochę inteligencji, żeby zauważyć, że coś się nie zgadza, że coś nie tak.

To naprawdę widać. Im bardziej prymitywnie, tym bardziej widać, i tym trudniej zachować twarz.

Ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie

…przenikasz i znasz mnie,
Ty wiesz, kiedy siadam i wstaję. Z daleka przenikasz moje zamysły,
widzisz moje działanie i mój spoczynek i wszystkie moje drogi są Ci znane.
Choć jeszcze nie ma słowa na języku: Ty już znasz je w całości.
Ty ogarniasz mnie zewsząd i kładziesz na mnie swą rękę.
Zbyt dziwna jest dla mnie Twa wiedza, zbyt wzniosła: nie mogę jej pojąć.
Gdzież się oddalę przed Twoim duchem? Gdzie ucieknę od Twego oblicza?
Gdy wstąpię do nieba, tam jesteś; jesteś przy mnie, gdy się w Szeolu położę.
Gdybym przybrał skrzydła jutrzenki, zamieszkał na krańcu morza:
tam również Twa ręka będzie mnie wiodła i podtrzyma mię Twoja prawica.
Jeśli powiem: Niech mię przynajmniej ciemności okryją i noc mnie otoczy jak światło:
sama ciemność nie będzie ciemna dla Ciebie, a noc jak dzień zajaśnieje: .
Ty bowiem utworzyłeś moje nerki, Ty utkałeś mnie w łonie mej matki.
Dziękuję Ci, że mnie stworzyłeś tak cudownie, godne podziwu są Twoje dzieła. I dobrze znasz moją duszę,
nie tajna Ci moja istota, kiedy w ukryciu powstawałem, utkany w głębi ziemi.
Oczy Twoje widziały me czyny i wszystkie są spisane w Twej księdze; dni określone zostały, chociaż żaden z nich nie nastał.
Jak nieocenione są dla mnie myśli Twe jak jest ogromna ich ilość!
Gdybym je przeliczył, więcej ich niż piasku; gdybym doszedł do końca, jeszcze jestem z Tobą.

Ps 139,1-18