Mania Grania – jak się naciąga widzów

Zagrałem – oglądając program stacji TVN siedem. Nigdy nie grałem w coś takiego, ale teraz, z powodu przeziębienia, siedząc w domu, miałem czas poskakać po kanałach.

Miła dziewczyna namawiała na rozwiązanie przedstawionej na ekranie, dość prostej zagadki. Jakoś nikt nie dzwonił z odpowiedzią, nie wysyłał SMSa o treści "Wiem" za jedyne 3,66 zł. Myślałem sobie – nikt nie ogląda o tej porze? Nikt nie chce wygrać 38 000 zł, z czego 700 jest gwarantowane…?

Wysłałem. Ledwo wiadomość opuściła mój telefon, dostałem drugą:

ManiaGrania: Byles blisko ale aby miec szanse na nasza nagrode musisz zglosic sie jeszcze raz. Daj sobie szanse. Powodzenia.

No to już wiem, dlaczego nikt nie dzwoni…

Mam szczęście, że nauka rozsądku kosztowała mnie tym razem tylko 3,66 zł (chyba brutto, okaże się, jak przyjdzie rachunek). A może kosztowała więcej? Teraz wszystko jest możliwe.

A propos – gdzie jest termofor? Szkoda, że nie mogę do niego zadzwonić.

Kiedy mówię mojej żonie…

"Kiedy mówię mojej żonie, że jest piękna, to często się obraża i pyta, czego ja od niej właściwie chcę. A wydawałoby się, że to kobieta rozsądna i doświadczona, więc powinna wiedzieć, że mężczyźni czasem mimo woli mówią prawdę"

Alosza Awdiejew "O tak zwanych brzydkich kobietach", Charaktery, luty 2006

Chcę więcej

Nie chcę spać, nie chcę odpoczywać, nie chcę myśleć o niebieskich migdałach. Tak wiele rzeczy wokół, wiele zadań do wygrania, tak ciekawie. Tyle można nauczyć się, wchłonąć…

Otrzeźwienie nie przychodzi nawet wtedy, kiedy coraz mniej zaczynam kontrolować, gdy nie pamiętam, po co wyszedłem do drugiego pokoju. Gdy nie mogę zdążyć na czas, gdy obracając się, zrzucam ze stołu szklanki, nie trafiam do drzwi, wściekam się na przechodniów, że chodzą tak wolno i zawadzają.

Otrzeźwienie musi przyjść, gdy pojawia się choroba. Pojawiła się. Łamanie w kościach, otępienie w głowie, że nie można się na niczym skoncentrować.

No i dobrze ci tak.

Braciom Kaczyńskim dedykuję

Historia nigdy nie dzieli się na odrębne fazy i mądrze jest przypomnieć, jak niewielką rolę odgrywają świadome ludzkie intencje w przewidywaniu wyniku wielkich wydarzeń.

Historia Świata – ostatnie pięćset lat, Powszechna Agencja Informacyjna S.A., Warszawa 1992, str. 585.

Spełnienie

Niech wszystkie dobre duchy towarzyszą Ci dziś w nocy. Dziś przeżyłeś coś, czego jeszcze nie rozumiesz, co wykracza poza to, co dotychczas. To uczucie jak po obejrzeniu sztuki teatralnej, która trochę Cię przerasta, ale jednocześnie fascynuje, dlatego ciągle myślisz o niej, powtarzasz w wyobraźni te sceny, zastanawiasz się, co z czego wynikło i jak do tego doszło.

Obcowanie z fascynującym nieznanym, które już się dotyka. Krok jeden – poza granicę tego, co znane dotychczas. Towarzyszy mu przeważnie nieuzasadniony strach, że tam – przepaść. Albo może – zamiast strachu – to właśnie podniosłe uczucie, że to poznanie, ten krok, można zrobić tylko raz. Ten pierwszy. Za drugim razem – stanie się już czymś zwyczajnym…

Zamknięta przestrzeń, cztery ściany. Nic ciekawego, a jednak – cos tam ZDARZA SIĘ. W umysłach ludzi, przygoda, akcja, przemiana. Po tym już nie jest jak przed tym… I nigdy nie będzie.

Życie człowieka jest nieodwracalne.

Jeszcze jedna migawka, z przedwczoraj… Na Rajskiej – młody człowiek wybiegający z biblioteki, z fascynacją w oczach… Mgnienie oka… Już go nie ma… Co przeżył? Coś przeczytał? Kogoś spotkał? Nie wiem… ale impuls dla mnie. Wspominam go – jego frunący krok i głowę, jakby w chmurach.

Pierwszy ząb

Od czasu, kiedy zobaczyłem moją córkę na ekranie USG, machającą zawzięcie ręką, minęło kilka epok. Tutaj mam ochotę je opisać pokrótce, ale rezygnuję, mając wrażenie, że ci z Was, którzy tego nie przeżyli, pokiwają głową z lekkim ubolewaniem ("tatuś dostał fioła na punkcie córki"), a Ci, którzy tego doświadczyli, będą się nudzić. Nie nie, tak naprawdę nie chodzi mi o Was, ale o mnie samego – nie chciałbym pisać czegoś, co wcale nie jest takie odkrywcze.. 😉

A ja po prostu uwielbiam odkrywać. I to, co się dzieje w moim życiu z w powodu mojej córki, jest ciągłym odkrywaniem. Odkrywaniem tego, jak rodzi się ludzka świadomość, jak rodziła się i moja. Odkryłem, że ci, którzy mają dzieci, są w rozwoju tej świadomości dużo dalej, niż ja byłem przed poczęciem Sary. Odkryłem, ba, zacząłem dopiero odkrywać, jak często moi starsi przyjaciele używali wobec mnie tej cierpliwości i wyrozumiałości, którą można zdobyć tylko troszcząc się o dziecko.

Odkryłem jak mały człowiek potrzebuje akceptacji, i że pod jej wpływem niesamowicie się rozwija. I że my, dorośli, pod tym względem nie różnimy się wcale od dzieci. Tylko że w przypadku dziecka widać to tak wyraźnie, podczas gdy my umiemy już skrywać tę potrzebę po wieloma warstwami – kurtuazji, pozerstwa.

Dziś córka zaskoczyła mnie gestem – siedząc ze mną na łóżku, złapała moją rękę i nieporadnie zaczęła zakładać ją sobie na głowę. Próbowałem rozwikłać tę zagadkę, bo przecież znam już kilka gestów. Przede wszystkim wyciąganie rączek oznacza, że chce, by ją wziąć na ręce. Gdy się do niej zbliżyć – łapie się kurczowo ubrania, nie puszcza, i podciąga. Ale zakładanie mojej ręki na jej główkę?

Poszedłem dalej za tym jej ruchem, przesunąłem rękę na malutkie ramiona i przycisnąłem do siebie. Jej twarz rozświetlił uśmiech…

A przy okazji – dziś, stercząc w łazience nad płukaniem pieluch (wziąłem się tylko dlatego, że mam wolny dzień oraz wykazałem dobrą wolę), głos Ioany, z napięciem, dotarł do mnie. Pomyślałem – jeszcze coś innego do zrobienia, jeszczeg tego nie skończyłem. Ale nie… "Mamy pierwszy ząb. Jeszcze nie widzę, ale czuję". Rzeczywiście, ostry jak brzytwa…

Ale cóż to jest wobec… zakładania ręki na głowę 🙂

Udało się – znów Nowy Rok

Zabrzmi pewnie idiotycznie – udało się, jesteśmy w Nowym Roku…

Nawet nie pamiętam day ostatniego wpisu. Wstyd mi trochę, nie przed
Czytelnikami, o ile tacy się tutaj zjawiają, a przecież pisałem na
początku, żeby nie liczyli oni na to, że będę się z nimi jakoś liczył.
Wstyd może przed samym sobą, wstyd brakiem konsekwencji, bo skoro już
coś takiego założyłem, i skoro moje myśli płodzą jakieś przemyślenia,
to właśnie tutaj znalazłem sobie miejsce, żeby je opisywać. Opisywać w
sposób ładny, na ile mi się to uda, opisywać, żeby próbować artykułować
to, co w głowie pojawia się niekształtne. Żeby ćwiczyć to
przekształcanie – z materii nieuchwytnej, w nieuchwytną – z myśli, w
ciągi bitów zapisane gdzieś, na dysku serwera blox.pl.

Przecież wiarę w to, że potrafię cokolwiek napisać, wskrzesiła Magda,
pierwsza osoba, z którą zaprzyjaźniłem się przez internet. Kontynuacja
tego pamiętnika to też konsekwencja wobec Magdy – uzdrawiacza i
wspieracza wielu ludzkich dusz. Dziś sama Magda potrzebuje wsparcia,
zmagając się z chorobą…

Konsekwencja wobec tego pamiętnika to też kontynuacja, choć w
pojedynkę, rozważań prowadzonych z Krzyśkiem, człowiekiem, z którym
"dotykaliśmy się wzajemnie myślą", który w moim życiu zaistniał w
szkole podstawowej, z którym początek znajomości ginie w naszej
niepamięci…

Nie nauczono mnie prowadzić notatek, tego narzędzia, które potrafi
usystematyzować ludzki postęp, naukę, wiedzę, i uczucia. Panowania nad
erupcjami adrenaliny – gdy zgłębiam coś nowego i snuję kolejne plany –
uczę się dopiero teraz. Po nich przychodzi nieunikniony dołek, w którym
szukam drogi jakby w ciemności.

Patrząc na moją prawie siedmiomiesięczną córkę widzę, że zachowuję się jak ona – z rana pełna energii, wieczorem – pomimo rosnącego zmęczenia i rozdrażnienia – wyciągająca
ciągle i uporczywie rączki po nowe zabawki, i odrzucając je zaraz. Nie
są w stanie wywołać kolejnego uśmiechu, czas zwolnić, odpocząć, spać.

Zacząłem pisać ale… nie mam siły skończyć. Nie mogę już ogarnąć myśli i jakoś spuentować. Do następnego…  

Nie o polityce – miałem pisać…

Zastanawiam się, czy obecnie rządząca władza rzeczywiście różni się od poprzednich, czy to tylko ja ostatnio zacząłem coś więcej rozumieć z polityki… Piszę dziś o tym ponieważ to co widzę, jest dla mnie… zastraszające…

W zawód polityka niejako wpisane jest niemówienie prawdy, a z pewnością – niemówienie całej prawdy. Szczególnie w demokracji, w której to zwykli, przeciętni obywatele wybierają tych, co stoją na ich czele. Od te sytuacji byłby jeden wyjątek – gdyby wyborcy byli na tyle dojrzali i świadomi, że znieśliby każdą, szczególnie tę niemiłą dla nich wiadomość, dotyczącą przykrych konieczności podejmowanych dla ich dobra. Byłby to ideał, który, niestety, wydaje się daleki od rzeczywistości.

Tak więc politycy muszą ukrywać, pomijać pewne prawdy, muszą nawet kłamać. Jest to niejako konieczność systemu demokratycznego, w którym polityk musi wznieść się ponad przeciętność wyborców.

Z drugiej strony ideałem byłby, gdyby politycy, nawet jeśli muszą zwodzić, robili to wyłącznie dla dobra obywateli. Niestety, często zwodzą opinię publiczną tylko dla swojego dobra. Odróżnienie tych dwóch zwodzeń jest rzeczą trudną i niemożliwą do 100% realizacji.

Patrząc na obecną sytuację w Polsce zastanawiam się, o które z tych zwodzeń chodzi. Rozumiem, że trzeba mieć władzę, żeby zaprowadzić porządek. Trzeba mieć wpływ, żeby uzdrawiać nadpsute morale polityki, urzędów i społeczeństwa. Czy jednak uzykiwanie tego wpływu poprzez sięganie do centrów, które są wyrzutem dla Kościoła i dla trybunałów sprawiedliwości, może uświęcić cel, jakim jest przyszła naprawa moralna organów państwa?

Takiej schizofrenii jeszcze nie przeżyłem, być może dlatego, że nie pamiętam czasów socjalizmu. Ale wydaje mi się, że nawet tamci trochę bardziej ukrywali i udawali, lepiej pozorując szlachetność idei i działań. Wydaje mi się również, że poprzednicy obecnego rządu zwodzili w bardziej elegancki sposób. Obecni – robią to grubymi jak liny okrętowe nićmi.

Sięganie do populizmu prędzej czy później kończy się pożarciem przez masy. Sięganie do dyktatury – również. Nadzieja, że jedna partia, nie dopuszczająca do zaistnienia zdrowych opinii krytycznych ze strony opozycji, jest zdolna prosto poprowadzić państwo, jest w 90% mrzonką. Żeby być Piłsudskim, trzeba coś sobą reprezentować. Co reprezentuje sobą mąż stanu schlebiający ksenofobii, reklamujący się w mediach, które są wstydem naszego społeczeństwa, podejmujący współpracę z kimś, kogo deklarował przywoływać do porządku?

Na koniec – wspomnienie. Przed ostatnimi wyborami do Sejmu, jadąc w nocy do domu, słuchałem radiowych programów wyborczych. Wśród nich ujął mnie jeden człowiek. Panowie politycy, wasze programy wyborcze, pełne piosenek, efektów dźwiękowych, anegdot itp są niczym wobec wystąpienia jednego z was – Andrzeja Leppera. To ktoś, kto przemawia do ludzi, do ich serca, współczuje im, rozumie ich. Oczywiście w mowie. To człowiek, któremu słowa same płyną przez usta – nie odczytywane z kartki ani powtarzane do sztuczności w zaciszu studiów nagrań. Nie wnikam w sens jego słów – i wnikać jest zbędne, gdyż on nie ma większego znaczenia. I to właśnie robi wrażnie w Polsce, gdyż tak niewielu jest tych, co sens zdołają ocenić.

Znów się uczyć

Patrzę na moją sześciomiesięczną córkę, siedzie obok mnie w "leżaczku". Dzisiaj po obudzeniu nie zobaczyła matki, jak zwykle, ale ojca. Jest teraz ciągle jakby zdziwiona, może dlatego, że sytuacja jest nowa, a ona nie do końca rozumie, dlaczego.

Patrzy znów na mnie – znów z tą dziwiącą się obserwacją, przez moment poruszyła ustami, prawie zupełnie tak, jak Michał Wołodyjowski (gdzie ona to widziała)…? He he…

W jej życiu codzień zdarza się coś. Nawet jeśli otoczenie to samo, to ona postrzega je inaczej – każdego dnia. Każdego dnia jej zmysły przenikają o jeden szczegół więcej, jeden metr dalej, łączą w całość i w ciąg logiczny kilka kolejnych elementów.

Każdy dzień w jej życiu to wydarzenie, święto wprost, zdarza się i stwarza się oddzielnie.

A w moim? Zdawać by się mogło, że już poznałem, już połączyłem w mojej głowie wszystko co było do poznania i połączenia.

Ale przecież to nieprawda.

Spróbować posuwać się do przodu choć w części tak, jak moja córka.

Cień Lema

Między trzydziestką a czterdziestką, bliżej tej drugiej: smuga cienia – kiedy już przychodzi akceptować warunki nie podpisanego kontraktu, narzuconego bez pytania, kiedy wiadomo, że to, co obowiązuje innych, odnosi się i do ciebie, że z tej reguły nie ma wyjątków: chociaż to przeciwne naturze, należy się jednak starzeć. Dotąd robiło to po kryjomu ciału – tego już nie dość. Wymagana jest zgoda.


Z żalem przerywam cytat, choć przecież kontynuować, to byłoby przepisywać jeszcze i jeszcze, i zakończyć pewnie nie tyle kilka akapitów, co stron dalej. Wróciłem na chwilę do moich lat nastoletnich, w których fascynacja nauką pchała mnie do fantastyki. Nie znosiłem fantazy – tych bajek, w których nie było nic naukowego. Za to opisy fizycznych zjawisk, dopiero co odkrytych, a w fantastyce już dawno wykorzystanych w nowych wynalazkach i broniach, opisy nieznanych i przez to cudownych fenomenów, przyciągały moją wyobraźnię, mając obok lektury – jedyny dostępny mi wtedy "naukowy" podręcznik, który mógł rzucić nikłe światło na owe tajemnicze cuda – słownik wyrazów obcych.

Mając tak w pamięci, być może po lekturze Eden, że w anihilacji powstają mezony, zapytałem o nie o wiele starszego przyjaciela. Odpowiedzią, że o tym będę się uczył na studiach, tyle zaostrzył mój apetyt, co rozczarował.

Właśnie wróciłem to tych kilku kart, z których pochodzi cytat, i wiem, że nie muszę się wstydzić tego, co czytałem. Choć wtedy przelatywałem błyskawicznym wzrokiem nad owymi rozważaniami, łowiąc paragrafy posuwające akcję do przodu, to teraz właśnie te introspektywne, w których myśl przewija się w kunsztowny sposób, z niezliczonymi odblaskami skojarzeń, porównań, z wewnętrznym, własnym, wewnętrznym dramatyzmem, są moją dumą.

Kunszt twórcy objawia się w wielopoziomowości dzieła, które tworzy. To jak budowa okresowa w muzyce, i w literaturze istnieje mistrzostwo w połączeniu dwóch wyrazów ze sobą po to, aby w końcu zbudować zdanie. W połączeniu zdań, by otrzymać myśl. W połączeniu myśli, by stworzyć ciąg napięć i ich rozładowań. Za każdym razem, gdy tworzy się kolejna składowa dzieła o szerszym zasięgu, dostrzec w niej można ich własne wzajemne zależności, celowość. To jak spoglądać na fraktal w coraz to większym powiększeniu i stwierdzać, że choć badamy coraz to mniejsze cegiełki, to każda z nich jest zbudowana z kunsztownym rozmysłem.

I nie tylko w treści, które dzieła przekazują, ale i w aurze, atmosferze, jak i w sposobie, w którym owa treść i aura jest budowana, tkwi mistrzostwo. Misternie tkana sieć nie tylko zdarzeń "zewnętrznych", ale również wewnętrznych przemian bohaterów, zazębiają się ze sobą, tworząc ostateczny kształt, coś jakby fabułę, tyle że obejmującą nie tylko akcję powiększoną o to, co przedtem i potem, ale całość dzieła, ze wszystkimi jego ekspresjami i niedopowiedzeniami.

Na koniec jeszcze jeden cytat. To nic, że dotyczy starości, nie to jest najważniejsze, ale celność, skrótowość i giętkość wypowiedzi, której nie można wydedukować – mistrz może ją tylko wydać z siebie jednym tchem, tak po prostu.

Starzejemy się bowiem jak dzieci, to znaczy odmawiając zgody na to, na co zgoda nasza jest z góry niepotrzebna (…)

Stanisław Lem "Opowieści o pilocie Pirxie" – Ananke