Finałowe odliczanie

Pamiętam – założyłem tego bloga zaraz po tym, jak zobaczyłem naszego kilkucentrymetrowego dzieciaka na ekranie monitora. Dzisiaj zegar zaczął przyspieszać… zawiozłem Ioanę do szpitala, wstępny termin zabiegu to piątek. Wszystko jest OK… wyjeżdżajac sprzed domu pomyślałem – czy to możliwe, że za kilka dni będziemy wracać do niego w trójkę…

Idę na odwiedziny jeszcze dziś wieczorem. Podobno nudno tam 😉 więc zaniosę coś "na rozrywkę". Później – cała noc pracy, wrócę nad ranem. Ale pewnie nie na tyle późno, żeby zaglądnąć do Ioany zaraz po pracy.

To ciekawe, ale jak spokojnie wypada mi na razie to czekanie.

„Działania zabronione”

Na wstępie zaznaczam – jeśli ktoś w ogóle czyta ten tekst – że pisząc w drugiej osobie liczby pojedynczej mam na myśli nie Was, ewentualnych bądź przypadkowych Czytelników, ale samego siebie. Przemawianie do siebie poprzez "Ty" to jeden ze sposobów prowadzenia dialogu z samym sobą. Jeśli już do niego dochodzi, to nie jest źle – znaczy, że udaje się choć trochę zdystansować do siebie 😉 A dystans do samego siebie to jak wysunięcie peryskopu z łodzi podwodnej ponad powierzchnię wody, w celu zorientowania się w sytuacji. To jedna z najcenniejszych rzeczy, jakie znam w stosunkach z samym sobą.

Fizycy zajmujący się badaniem cząstek elementarnych, poszukują tzw. działań zabronionych. Działanie zabronione to zjawisko, które nie powinno się zdarzyć według obowiązujących aktualnie teorii. A jednak czasem działanie zabronione zostanie zaobserwowane. Np. z jednej cząstki powstanie inna, która według teorii nie powinna powstać. Odkrycie działania zabronionego to krok naprzód, krok do podważenia dotychczas wyznawanych teorii, krok do poszerzenia wiedzy, lepszego poznania naszego świata.

Jeśli robisz w życiu rzeczy szalone, to poszukujesz takich "działań zabronionych". Robisz coś wbrew radom przyjaciół, znajomych, rodziny. Wcale nie zachęcam do czystego szaleństwa. Ale zachęcam do "szaleństwa kontrolowanego".

Szaleństwo kontrolowane to szaleństwo na bezpiecznym terenie, jak na przykład ślizganie się samochodem w środku wielkiego placu. Szaleństwo kontrolowane to również szaleństwo osiągane "krok po kroku". Robiąc jeden krok sprawdzasz, jakie na nowym terenie panują zasady, gdzie jest on niebezpieczny, a gdzie można postawić nogę bez obawy o załamanie się gruntu.

Tak więc w podejmowaniu "działań zabronionych" chodzi o to, żeby próbować robić rzeczy, które w umysłach Twoich bliskich jawią się jako idiotyczne, bezsensowne, i również oczywiście – niebezpieczne. Nie chodzi w tym wszystkim o działanie na przekór dla zasady, ale o działanie, które poprowadzi Cię do większej wiedzy, umiejętności i świadomości. Z czasem stwierdzisz, że niektóre z rzeczy, które ogóie uważane są za głupotę, są bardzo ciekawe i rozwijające. Np. chodzenie po cienkiej linie również podlega zasadom fizyki i wcale nie jest czystym szaleństwem. Jeśli tylko potrafisz ocenić, wyczuć i zachować margines błędu.

Jeszcze jedno – nie chwal się swoimi szaleństwami. Ze wszystkich poszukiwań "działań zabronionych" to właśnie pycha przynosi najawięcej szkody i sprowadza nieszczęście. Powstrzymaj swój język i chęć zaimponowania. Inni i tak nie zrozumieją, w najlepszym przypadku wezmą Cię za wariata albo szpanera. Lepiej jest czekać na swoje pięć minut, w których tak po prostu, ni stąd ni zowąd, komuś pomożesz, załatwisz sprawę wydającą się niemożliwą do załatwienia, albo wybrniesz z sytuacji, która wydaje się bez wyjścia. I to wystarczy 🙂

Dzieci gwiazd

To nie fantastyka naukowa. Na początku Wszechświata istniał tylko wodór i hel. Naukowcy znają tylko jeden sposób, w którym mogą powstawać w naturze pozostałe, cięższe pierwiastki. Są to reakcje zachodzące we wnętrzu gwiazd. Gdy większe z nich umierają, wybuchają jako supernowe, rozsiewając w przestrzeni kosmicznej pierwiastki chemiczne bardziej skomplikowane niż wodór i hel. Właśnie z tej materii powstają nowe gwiazdy i, jak wiele na to wskazuje, planety.

"Prawie wszystkie pierwiastki w Twoim ciele zostały wyprodukowane gdzieś w supernowych (…). Wapń w Twoich kościach, żelazo we krwi, węgiel w tkankach powstały gdzieś we wnętrzu gwiazd". (James Trefil, 1001 spotkań z nauką, Świat Książki, Warszawa 1997)

Tak wiele łączy nas z gwiazdami. Choć wydają się odległe, to jednak w ich skali my, ludzie, żyjemy między nimi. Tak wiele nas łączy i to całkiem wprost.

Czekanie na gościa

Przygotowania do przyjęcia gościa, który jeszcze nigdy do nas nie zawitał, są zawsze szczególne. Zwłaszcza, kiedy chodzi o gościa, na którego opinii nam zależy i kiedy chcemy, żeby naprawdę się dobrze czuł. I zwłaszcza, kiedy jest to gość, którego jeszcze nie widzieliśmy.

Wczoraj czułem się tak, jak podczas takich przygotowań. Składając łóżeczko, umieszczając je w pokoju, odpakowywując materacyk i kładąc go w środku. Gdy dzisiaj budziłem się rano, to w miejscu dawnej ławy zobaczyłem jasne drewno szczebelków…

Bo jeśli chodzi o tego gościa, to z pewnością zależy mi na tym, żeby się dobrze czuł,  jak i na jego opinii również 🙂

Tonę w liściach :-)

Przedwczoraj, spojrzawszy na termometr i odczytawszy niecałe 18 stopni pomyślałem, że znów zimno. Ale po wyjściu na zewnątrz poczułem tę wilgoć… która zwiastuje prawdziwie dojrzałe wiosenne zapachy i coś nowego, niezwykłego. Tak, to od niej drzewa rozpoczęły rozwijać się na całego. Do tej pory – nieśmiałe, niezdecydowane, tylko nieliczne z nich "wyrwały" się do przodu, pokazując się w całej zielonej szacie. Ale od wczoraj – to prawdziwa eksplozja zieleni.

Pewnie znacie to uczucie, kiedy poznaje się nowego człowieka… Normalny to czy sztywniak? Swój czy szpaner i zosiasamosia? Kiedy się w końcu okazuje, że można się z nim dogadać, znajomość rozkwita na całego.

Tak jest właśnie z wiosną, gdy drzewa niepewne, czy warto już zainwestować, czy lepiej trochę poczekać, wstrzymują pąki na wpół otwarte. Za to teraz, gdy idę ulicą przy moim domu, w szpalerze lip, zieleń owija się wokół mnie, liście wydają się ocierać i głaskać niewidzialne, sięgające wysoko ręce i dłonie, którymi chciałbym rozczesać falujące na wietrze najdrobniejsze gałązki.

Psychodeliczna zieleń, prowokuje do euforii, nad którą próżno się zastanawiać i ją hamować… Tak jak nagłą i niewytłumaczalna jest histeria dziewczyny wskakującej na stół na widok pomykającej myszki, tak wiosna wstrzykuje nam do żył zestaw hormonów, i tak dobrze… 🙂

Czy moja też taka będzie?

Dziś na obiad wyskoczyłem do Żaczka. Krakowscy studenci z AGH albo Rolniczej znają tę legendarną jadłodajnię, z całkiem przyzwoitym jedzeniem jak na bar mleczny. Kiedy odbierałem talerz z okienka, do lokalu wtoczyła się fala młodzieży, na oko – dzisiejsze gimnazjum. Trójka z nich, dziewczyny, zajęły miejsce przy stoliku, obok tego, które ja zatrzymałem. Miałem więc już niecodzienne, jak na Żaczka, towarzystwo.

Uśmiechałem się słuchając tych "młodych" tekstów – zupy nie będę jadła, nie jestem głodna. A w ogóle – czy dobra ta pomidorowa? Dobra – powiedziałem, jednak z najlepszych jak na krakowskie bary mleczne. Zjadła – kilka łyżek, podobnie jak koleżanka z drugiej strony stolika. We dwójkę posmarowały zupą talerz trzeciej koleżanki, żeby wyglądał na "używany". Czas oczekiwania na drugie danie wypełniło dzwonienie przez telefon komórkowy, zdjęcia oraz wpatrywanie się w widok za oknem.

Nie, wcale nie ironizuję. Raczej chodzi mi o beztroskę z tamtych czasów, które jeszcze choć trochę pamiętam. Chodzi mi też o tę myśl – czy ja doczekam takiego momentu, czy moja córka też taka będzie – jak one – dorastające, jeszcze beztroskie, ale już mające swoje zdanie, jeszcze dziewczyny, ale mające już coś z kobiet…. Z problemami, z którymi już za chwilę będą musiały się szybko uporać, bo przyjdą następne, o wiele ciekawsze i znaczące. Chyba będę już wtedy bardzo stary. Ha, ha!!!!

Chyba nigdy się nie zestarzeję. Zejdę do grobu nieodpowiedzialny. Może dane mi będzie umrzeć w górach – po prostu zamarznąć 😉 Mężczyźni są zawsze dziećmi (podobno), jak twierdzą przynajmniej niektóre kobiety. Ale wracając do córki – ma jeszcze miesiąc, żeby zobaczyć nowy dla niej świat. Już wygląda na to, że jest uparta i ma własne zdanie, bo nie chce się ustawić tak, jak piszą w podręcznikach. Ciekawe, jak to rokuje? :-)))))

Życie to najpiękniejsza podróż przez nieznane. Czasem wydaje się, że cokolwiek nas spotka, nie zachwieje to całej wiary w jego sens. Pod warunkiem, że istnieje coś jeszcze, co wybiega poza to istnienie tu i teraz.

Nie lękaj się, bo Ja jestem z tobą; nie trwóż się, bom Ja twoim Bogiem. Umacniam cię, jeszcze i wspomagam, podtrzymuję cię moją prawicą sprawiedliwą. Iz 41:8

Późno już…

A w zasadzie to już wcześnie. Nie chcę spać. Mam wrażenie, że czegoś nie przeżyłem dzisiaj. Oprócz zmagania się z zamówieniem, umową, systemem operacyjnym, kablami itd.

Dzień zakończyć przeżyciem… Może sięgnąć jeszcze po książkę przed snem… Jutro będzie dobrze… To nic, że znów trzeba jechać daleko do pracy, że szybko trzeba wracać. To nic, że znów jakieś nowe, nieprzewidziane problemy. To wszystko jest małe i nieważne. Ważne oczy, które czekają na powrót. I spokojny wieczór…

Spotkać się z niedźwiedzicą

Raczej spotkać niedźwiedzicę, co straciła małe, niżeli głupiego z jego głupotą. Prz 17:12

Rozpoczynając wiek nastoletni, natknąłem się na tę sentencję. Rozśmieszyła mnie opisana w niej sytuacja, gdyż od razu wyobraziłem sobie niedźwiedzicę szarżującą na jakiegoś biednego wędrowca w lesie. Ale, jak sugeruje starożytny mędrzec, owa niedźwiedzica to jeszcze nic w porównaniu z 'rozwścieczonym’ albo 'rozkręconym’ głupcem. Cóż on mógłby zrobić? Wolałem głupca, niż niedźwiedzicę. Tak, śmiałem się, kręcąc z niedowierzaniem głową.

Jakieś dziesięć lat później, wędrując samotnie w górach, przypomniałem sobie to zdanie. Gdy wokół martwa zima wśród stojących bezszelestnie drzew, a dzień zamyka się nadchodzącą złowrogo mgłą, niewiele potrzeba, żeby wyobrazić sobie grozę sytuacji – sunącego przez zaspy jakiegoś strasznego zwierza, przed którym trudno byłoby uciec, nie marząc nawet o wołaniu pomocy. (Telefony komórkowe, przypominam, wtedy były w sferze marzeń.) Groza nad grozy, choć są pewne sposoby ocalenia życia, o ile dopisze zimna krew oczywiście.

Minęło znów może dziesięć lat i… No właśnie. Ci z Was, którzy trochę już z życia widzieli, domyślają się, co chcę teraz napisać…

Otóż… Właściwie nie wiem… Jeśli jeszcze chodzi o głupca samego sobie, głupca na boku. Ale czasem stoi on na Twojej drodze życia. Musisz coś od niego chcieć, musisz coś załatwić. Czasem jest tak, że od niego zależy dziesięc kolejnych lat Twojego życia. Czasem masz go obok siebie i musisz z nim współpracować.

Wiedz, że jeśli trafisz na prawdziwego głupca, jesteś ugotowany. Nie ma dla Ciebie ratunku. Przykładem zbiorowej głupoty jest biurokracja, która ma chronić ludzi przed nimi samymi, ale potrafi zniszczyć ludzkie życie, szczęście, zdrowie. Może znacie przykłady spraw prostych i banalnych, które ogromnie ułatwiłyby życie, ale są niemożliwe do wykonania. Tragedią są np. ludzie, którzy z racji zajmowanego stanowiska powinni, ale nie spełniają wymagań. I tak dalej….

Wystarczy przykładów. Jeżeli tego doświadczyliście, to wiecie, o czym piszę.

Wybaczcie…

Przyznaję, założyłem tego bloga nieświadom tego, co tutaj się dzieje. To znaczy zupełnie nieświadom tego, że na blox.pl istnieje całe miasto, toczy się tutaj normalne codzienne życie jak w rodzinie. Zaglądnąłem tylko w niektóre piękne miejsca i zaczęło mnie ciągnąć do Was…

Moje pierwsze przyjaźnie internetowe to www.forum.akcjasos.pl – i forum o cukrzycy. Później – zdjęcia – www.trekearth.com www.treklens.com. Dni i tygodnie prawie że uzależnienia – poznawanie ludzi, próby ich odczucia – poprzez znaczki, które widzę na ekranie, formułowane zdania, myśli, avatary, poprzez zdjęcia. Po drugiej stronie – człowiek-zagadka, a zagadka to coś najbardziej intrygującego na świecie. Fascynacja to zagadka.

O tym blogu nie powiedziałem nikomu. Czasami mam ochotę coś napisać, ale fakt, że moi znajomi znają mój styl i wiedzą, czego się spodziewać, zniewala mnie. Z jednej strony tworzenie niejako "na zamówienie" przestaje być intrygujące (zwłaszcza, że na codzień muszę to robić), z drugiej – oczekiwania i konieczność sprostania im  niszczy tę delikatną myśl, subtelne i nowe uczucie, które przenika z niezbadanych do końca obszarów ludzkiej duszy do świadomości.

Piszę do Was – do moich wyobrażeń o tym, kim jesteście. Nawet, jeśli nie czyta tego nikt, to mi nie przeszkadza. A nawet ta świadomość czyni mnie wolnym w wyrażaniu swoich myśli. Tak, ten blog jest raczej dla mnie samego, egoistycznie założony, by wywnętrzniać swoje wyobrażenia przed istotami, które również żyją w mojej wyobraźni…

Dlatego wybaczcie – że pozostaję z boku… Chyba musi tak być, przynajmniej na razie…

Spóźniony weekend

Kończąc pracę o 21:50 w niedzielę wieczorem powiedziałem kolegom – miłego weekendu. Dla tych w teatrze, którzy pracują w zespole "obsługi sceny", weekendem jest przeważnie poniedziałek, dzień wolny od spektakli i prób. Trochę to dziwne i śmieszne, że kiedy inni mobilizują się do pracy narzekając na ten pierwszy dzień tygodnia, to ja właśnie wyleguję się, wyłączając na noc budzik i komórkę.

Wracam pamięcią do niedzielnego wieczora. Lubię tę atmosferę, kiedy widzowie już wyjdą, a ja mam jeszcze coś do zrobienia na scenie. Świecą się światła robocze, a reflektory, które palą się podczas spektaklu, odpoczywają i stygną, stękając. Czasem ciągle dziwi mnie jeszcze fakt, że dekoracja i cała scena, o ile spojrzy się na nią pod innym kątem niż z widowni, wcale nie kryje swojej mistyfikacji. Wszystko to oszustwo, 'zabawa’, stworzona tylko na te dwie godziny. W światłach scenicznych płótno zamienia się w kamień, w kolumny pałacu czy coś tam jeszcze. Zaś teraz, w zwykłym roboczym oświetleniu, odsłania całą prawdę o sobie. Bez świateł, muzyki i gry aktorskiej cały czar pryska. Zawiedzony był pewien mój znajomy, któremu pokazałem opustoszałą po spektaklu scenę. Powiedział mi, że wolałby zatrzymać w pamięci ten piękniejszy obraz…

A z drugiej strony mam wrażenie, że nawet wtedy tkwi – w tych deskach sceny i zakamarkach przejść bocznych – duch wszystkich tych co świetniejszych spektakli. Ale to wrażenie pojawia się, gdy naprawdę już wszyscy wyjdą, drzwi widowni zatrzasną szatniarze, a reflektory stękają coraz wolniej, stygnąc….