0,6 sekundy

Nasza rodzina jedzie polną drogą, zjeżdżamy w dół i nabieramy prędkości, gdyż zaraz musimy pokonać podjazd. Odwracam głowę w lewo i widzę, jak syn pruje do przodu, ale od razu wiem, że nie wie, co robi, i choć wygląda na szczęśliwego i zafascynowanego, to nie panuje nad sytuacją. To jakoś od razu widać, w ułamku sekundy, w jednym rzucie oka, po postawie, jaką przyjął, w sposobie, jakim trzyma kierownicę, w zachwianiach roweru na nierównościach. W ciągu pół sekundy zaczynam się wewnątrz modlić, żeby przejechał jeszcze pięć metrów, a dalej już będzie dobrze. Wiem o tym, bo znam tę drogę, bo widzę jego takim, jakim go widzę.

Ale pół sekundy to za mało, by jego mózg zdał sobie sprawę z tego, co się dzieje. Bo mózg orientuje się w sytuacji po czasie 0,6 sekundy, takie jest opóźnienie układu nerwowego. To, że nikt z nas nie odczuwa tego opóźnienia wynika z interpolacji czasowej, której dokonuje sam mózg. Pstrykając palcami nie odczuwamy opóźnienia między wykonaniem: „pstrykam”, a widokiem pstrykających palców i dźwiękiem pstryknięcia, bo mózg dodaje odpowiednie opóźnienie tam, gdzie trzeba, abyśmy nie dostrzegli rozbieżności w czasie.

To, że jesteśmy w stanie grać w pingponga, w ogóle – reagować na bodźce w czasie krótszym niż 0,6 sekundy – wynika tylko z przeżytych wcześniej doświadczeń. Mózg wie, co się za chwilę stanie, jeśli wcześniej coś takiego przeżył. Ale mój syn nie przeżył jeszcze upadku na szutrowej drodze, gdy podcięciu ulega przednie koło. I właśnie teraz widzę ten jego pierwszy raz… Rower kładzie się na bok i przyciska Beniamina, w pędzie, do drogi. Chłopak szoruje lewym bokiem po kurzu i drobnych kamieniach, na samym końcu o ziemię uderza głowa, jej lewy bok. Kask przydaje się na coś.

Chłopak podnosi się błyskawicznie i z wrzaskiem, a ja wiem, że raczej nic poważnego mu nie jest. Wiem też, że za chwilę jeszcze bardziej przerazi go pojawiająca się krew. Co czuję? Rośnie we mnie wściekłość. Tak samo, jak u mojego ojca, czterdzieści lat temu. Wściekłość dlatego, że nie potrafię zapłakać…? Że nie wiem, co zrobić z tą potworną niezgodą na to, co się stało…? Ale przecież nie mogę obwinić chłopaka, bo on nie miał szansy, bo miał mniej, niż pół sekundy…

Pejzaż pagórkowaty, wyprawa rodzinna, fot. Piotr Kubic

PS. Pozbierał się i pojechaliśmy dalej. Krwi nawet nie było…

Rozmowy rodzinne

Beniamin:

– Tata, kiedy będziemy grać w piłkę??
– Nie teraz – odpowiadam – teraz robię zdjęcie.
– To kiedy będziemy grać?
– Jak dojdę do ściany. To znaczy…. Muszę sprawdzić wszystkie pomysły i wszystkie wątpliwości, jakie mi przyszły do głowy. Kiedy nie będę wiedział, co dalej robić, wtedy zagramy.
– Tata, ale to będziesz robił całe dnie, bo ty jesteś taki mądry – jęknął z rozczarowaniem.
– Właśnie nie. Zaraz mi się skończy natchnienie.

– Tata, traktuj to, co powiedział Beni, jako komplement – zaproponowała Sara.
– A! Dziękuję! Świetna rozmowa, muszę ją opisać na blogu.

Na to Beni:
– Ojej, szkoda, że powiedziałem ten komplement…
– Nie nie, bardzo dobrze, świetnie! – odparłem szybko – Tylko muszę zapisać teraz, bo zaraz zapomnę.
– To zapomnij! Bo kiedy będziemy grać??
– Oj, już zapomniałem… Przypomnijcie mi! Jak to było? – rzuciłem w stronę dzieci, otwierając komputer.
– Ja ci nie powiem – zdecydował Beni.
– Ja chyba też zapomniałam… – zamyśliła się Sara.
– I to będzie bardzo dobre ćwiczenie literackie! – zdecydowałem. Wyciągnąłem ręce nad klawiaturę i zacząłem pisać…

Dzieci czytają

„Potrafię!”

Dziecko potrafi. Nie zabraniajcie mu.

Beniamin mały jak mróweczka, przed chwilą zjechał pierwszy raz z przerażającego go stoku. Teraz stoi i woła – tata, jedź!

Poruszające mnie wrażenie gdy obserwuję, jak moje dziecko przełamuje strach. Brak mi słów, którymi mógłbym to opisać. Gdyby opowiedzieć o tym wprost, stałoby się trywialne i oczywiste. Ale przecież takie nie jest dla tego małego człowieka, który to przeżywa.

To niesamowite kiedy widzę, jak otwierają się klapki na oczach dziecka i zaczyna dostrzegać więcej i więcej. Jak obserwacje układają mu się w sensowne całości, jak wszelkim wysiłkiem próbuje znaleźć rozwiązanie w sytuacji, gdy ogarnia je panika. A potem jest dumne i szczęśliwe, że się udało.

Ogarnia mnie wściekłość, kiedy czasem widzę, jak dorośli próbują pozbawić dzieci właśnie tych przeżyć. Jak chcieliby wszystko dziecku przygotować, podać na tacy, włożyć do ust, pogryźć i połknąć za niego. Wszystko wytłumaczyć, przed wszystkim przestrzec, we wszystkim poinstruować. Ponoć dla jego własnego dobra dziecka, a tak naprawdę – wychowując kalekę.

Bezcenny jest moment dezorientacji, zagubienia, bezradności, ściskającego za gardło strachu, w którym udaje się znaleźć drobną niteczkę, której można się chwycić i która doprowadza do wyjścia.

Po prostu dziecko nie lubi jajek

Na śniadanie są jajka. Na miękko. Domowy przepis wymaga, aby jajka wyjąć z lodówki i włożyć do rondelka do zimnej wody i razem podgrzewać. Niestety, teraz nie można ot tak sobie iść – do łazienki, ubikacji, do szafy z ubraniami lub deski do prasowania. Proces należy obserwować i zauważyć moment, w którym woda zaczyna się gotować. Wtedy ustawiamy na minutniku dwie minuty. Kiedy odezwie się dzwonek, jajka należy niezwłocznie zdjąć z ognia i ochłodzić, wylewając z rondelka gorącą wodę i zastępując ją zimną.

Dziś, obok jaj kurzych, w rondelku znalazło się kilka przepiórczych. Ot taki pomysł, na urozmaicenie lub może wykwintność, albo z uwagi na szczególne walory smakowe. Sześcioletni syn zamierza jeść i tak coś innego, ma swoje dania. Lecz po negocjacjach z matką godzi się, że spróbuje przepiórczego jajka. Niemniej jednak kiedy ma dojść do degustacji, syn zaprzecza i podważa warunki wcześniejszej umowy. Wiemy jednak, że jest człowiekiem raczej słownym, więc jego protest jest skazany na niepowodzenie, skoro już wcześniej się zgodził.

Ale i tak z trudnością udaje się go namówić, ponieważ każdy krok mający prowadzić do smakowania jest przez niego opóźniany. Sytuacja staje się napięta, w końcu zgadzamy się obopólnie, że spróbuje tylko połowę przepiórczego jajka. Małe jajko ugotowało się na całej objętości, więc nie ma problemu go podzielić. Dzieciak z wahaniem i ociąganiem w końcu bierze do ust malutki kawałek białka z jeszcze mniejszym żółtkiem w środku. Obserwuję całą sytuację będąc za jego plecami, zaś matka jest z drugiej strony. W pewnym momencie słyszę jakby krztuszenie się, chłopcem coś wstrząsa i jestem pewien, że za chwilę zwymiotuje. Czekam co będzie, bo pobiec do łazienki po miskę i zdążyć nie mam już szansy. Lecz dzielny dzieciak rzuca się do kubka z wodą, szybko popija i to go uspokaja. Patrzę na jego ręce w krótkich rękawkach, małe włoski stoją na baczność. Nie wierzę i przesuwam dłonią – skóra jest jak papier ścierny.

– Ale czy to jajko smakuje inaczej niż kurze? – pytam. Biorę kawałek i próbuję, ale nie czuję różnicy. Nic szczególnego.
– Beni, przecież smak jest taki sam. O co chodzi?
– Chodzi o to, że kurzego jajka on też nie tknie – odpowiada matka.
– Aha…

Na kręgielni fot. Piotr Kubic

Dzieci i przerażenie cd.

Dziś dziewięcioletnia córka, po raz pierwszy i z powodzeniem, ubrała sukienkę swojej matki. Nie tak dla zabawy, po prostu przejęła od niej tę sztukę garderoby.

Coś mnie tknęło i powoli uświadamiam sobie, co historia z sukienką oznacza. Zresztą już wcześniej miałem niejakie przebłyski, pewnego dnia wieszając pranie wyciągnięte z pralki. A raczej zbierając je, kiedy już wyschło. Wiadomo, że podczas zbierania segreguje się ciuchy, w zależności od tego, do kogo należą. No i tamtego dnia przestało być dla mnie jasne, do kogo należą damskie majtki, które właśnie napotkałem na suszarce…

Coś zmienia się i to diametralnie. Zmienia się co dzień, może co miesiąc, ale na tyle powoli, że zdajemy się tego nie dostrzegać. Ale sytuacja nie stoi w miejscu. Nie pyta nas o zdanie, czy chcielibyśmy zmiany wolniej czy szybciej. Nie mamy nic do powiedzenia…

Życie bez dziecka

– Czy życie z dzieckiem jest inne, niż życie bez dziecka?
– A czy życie z dwójką dzieci jest inne, niż z jednym?

Mieszkanie wypełnia atmosfera ciszy. Wieczorem nie było kłótni „kto pierwszy do łazienki”, nie było sprzeczek w dziecięcym pokoju. Nikt nie gonił nikogo przez przedpokój. Ojciec nie musiał opanowywać nerwów, mógł odpocząć po dniu pracy. Matka zajęła się tym, czym rzadko się zajmowała, choć zawsze chciała.

Stołu w kuchni nikt nie spieszy się sprzątać. Naczynia czekają w kolejce na zmycie. Wieczorem nie czyta się do snu, a w nocy nie przykrywa małych śpiących. Rano nie trzeba przygotowywać ubrań.

Brak bezustannych pytań, na które należało szybko odnajdywać odpowiedzi. Nie ma tego oporu, sprzeciwu, którego ciągle dostarczają dzieci, z którym każdy rodzic przyzwyczaja się żyć i jakoś sobie radzić. Nie trzeba nikogo przekonywać, przełamywać jego niechęci, ani tłumaczyć spraw oczywistych.

Dzieci, choć mają dopiero dziewięć i sześć lat, wyjechały na tydzień z domu. Ustalony od kilku lat harmonogram dnia, wypracowane mechanizmy, pożyteczne przyzwyczajenia, nawet odruchy, pracowicie wyuczone po to, by codziennie funkcjonować, przestały być potrzebne. Teraz trafiają w pustkę, jak ten półprzytomny, nocny spacer do dziecięcych łóżek, by przykryć malców i przymknąć okno.

Tort, urodziny dzieci, fot. Piotr Kubic

Dzieci nocą

Podchodzę do łóżka mojego syna, gładzę go po głowie, miękkich, krótkich włosach. On się odwraca do mnie, otwiera oczy, choć sam o tym nie wie, i zaczyna mi tłumaczyć, jak się przelewa woda. Nie widzi mnie i nie będzie pamiętał. Gdy kładzie się z powrotem wiem, że jego mózg układa sobie właśnie to, co przeżył podczas dnia. Gdzieś tam porządkuje dramatyczne wspomnienie, gdy wyjmowaliśmy mu z dłoni dwie drzazgi. Czy zapamięta ulgę, jaka po tym nastąpiła?

W snach wielokrotnie do mnie strzelano, spadałem z wysokich skał, ulegałem nagłym i strasznym nieszczęściom, i choć zawsze wiedziałem, że za chwilę nastąpią, to nigdy nie mogłem ich uniknąć. Jednak z biegiem lat zauważyłem, że te rozstrzelania i upadki nigdy nie kończyły się moją całkowitą śmiercią. Nauczyłem się, że trzeba jakoś przeżyć ból kuli rozdzierającej pierś, a potem jest już dobrze. Ciekawe, czy to dlatego, że gdy byłem dzieckiem, ktoś przychodził do mojego łóżka w nocy i gładził mnie po głowie…

Czwórka dzieci

Dzieci, cała czwórka, oddychają miarowo, nieprzytomne, na dwupoziomowym łóżku. Do naszej pary dołączyła druga para (tak na weekend tylko), mniej więcej w tym samym wieku, co nasza. Mamy dwie dziewczynki i dwóch chłopców. Wszyscy mieszczą się w wieku od sześciu do dziewięciu lat. 

Z dziewczynkami łatwiej się dogadać, chłopcy zaś nakręcają się nawzajem w szaleństwach, i to właśnie wtedy, kiedy ktoś dorosły chce im coś zakomunikować. Musieliśmy więc zacząć od opanowania towarzystwa. Zwłaszcza, że teren zabaw zaczął wychodzić poza pokój dzieci, w krótkim czasie objął kuchnię, drugi pokój oraz małą sypialnię rodziców. „Teren zabaw” łatwo poznać po tym, że nie da się przez niego przedrzeć, nie depcząc jakiejś zabawki, oraz żadna z rzeczy, które zwykle mają tam miejsce, nie jest na swoim miejscu. W zabawie biorą udział nawet zasłony i firanki, przewieszone i splątane w sposób, którego żaden dorosły nie byłby w stanie wymyślić ani wykonać.

Czwórka dzieci, w podobnym wieku, to nie to samo, co dwie pary. Prosta matematyka tu zawodzi, bo 2 + 2 nie równa się 4. Mam wrażenie, że to co najmniej 6, a może i 8. To chyba kwestia granicy, powyżej której nie da się traktować każdego oddzielnie, trzeba zastosować zasady kierowania tłumem.

Wprowadziliśmy chwile ciszy, w czasie których ustalamy, co chcemy i będziemy robić, w jakiej kolejności. Należało wymyślić metoda pacyfikowania tych, którzy w danym momencie są najbardziej niesubordynowani, dla dobra nas wszystkich. Inaczej – nie wyszlibyśmy nigdy na żaden spacer, nie zjedli obiadu, nawet nie oglądnęli bajki, bo każdy chciałby w danym momencie robić coś innego.

Wspominam czasem ten moment, w którym zdałem sobie sprawę, że czwórka dzieci to zupełnie nowa jakość i nowe wyzwanie. To było jak olśnienie, któremu, niestety, należało sprostać. I jak często w takich przypadkach – czuję, że tego nie da się sobie wyobrazić, dopóki sama sytuacja nie zaglądnie w oczy.

Głaskanie na dobranoc

Dzieci usypiają, a ja je głaszczę. Głaszczę po czym mogę, co wystaje poza kołdrę – po czole, policzkach, po ramieniu. Chwytam za dłoń. Pamiętam, tak głaskała mnie mama. A mamę głaskała pewnie jej mama. Czy tata głaskał, raczej nie sądzę.

Głaskanie na dobranoc ma w naszej rodzinie tradycję. Głaszczemy i już. Córka przyjęła to od razu ze zrozumieniem. Syn nie bardzo lubił, kiedy go głaskał ojciec, czyli ja. Ale nie miał nic przeciwko temu, żeby głaskała go mama. Lecz w końcu i do głaskania ojca się przyzwyczaił, choć przez pewien czas zachowywał się tak, jakby nie chciał być głaskany, ale jednak chciał. W sumie nie miał innego wyjścia, jak się przyzwyczaić, a nawet polubić. Tradycja to tradycja, u nas w rodzinie się głaszcze.

Teraz, po latach przyzwyczajania, dzieci akceptują głaskanie. Pierwszy usypia syn, to jego równy i zdecydowany oddech rozlega się w pokoju dzieci. A mimo tego, że już śpi, jego dłoń delikatnie odpowiada na głaskanie i zaciska się nawet na dłoni rodzica.

Córka usypia trudniej. Nie wiadomo do końca, czy głaskanie jej pomaga czy przeszkadza. Ale głaskana – tuli się, podnosi do góry barki, rozciąga usta w szerokim uśmiechu i roziskrza oczy. Rzeczywiście, to nie musi pomagać w zasypianiu.

Wreszcie śpią oboje. Mogę już nie głaskać, ale jeszcze przesuwam dłonią – na ich głowach wyczuwam włosy, na dłoniach wyczuwam różnice skóry – chłopak ma delikatniejszą, a córka twardszą. No dobrze, obowiązek spełniony. Kończę głaskanie na dzisiaj, wychodzę i przymykam drzwi.

Rodzic, typ „trudny”

miejscowość, 21 października 2013

Szanowna Pani

… ….

Piszę do Pani w związku z zadaniem domowym mojej córki, Sary. Temat zadania brzmiał: „Las, mój przyjaciel”.

Córka przekazała mi, że część wypracowania oceniła Pani jako niezgodną z tematem. Domyślam się, że chodzi o tę część, w której Sara wymienia to, co lubi w lesie.

Przyznam, że część ta powstała z mojej inspiracji. Uosobienie lasu jako przyjaciela zwróciło mnie w stronę dociekania, na czym polega przyjaźń. Otóż sednem przyjaźni nie są nakazy, zakazy i obowiązki. Podstawowym powodem są dobre uczucia, wynikające z fascynacji pewnymi cechami. To bardzo ważne, byśmy umieli wyrazić, co lubimy i co nam się podoba w przyjacielu. Sara właśnie to zrobiła w swoim zadaniu domowym. Dopiero konsekwencją tych dobrych uczuć jest chęć opieki, niesienia pomocy.

Uważam, że Sara nie tylko nie odeszła od tematu, ale sięgnęła do niego głębiej.

Pozdrawiam bardzo serdecznie

Piotr K.