Na podbój przychodni

Jutro, wraz z moją wierną towarzyszką, ruszamy na podbój przychodni i oddziałów szpitalnych. Nie pozostaje mi nic innego jak uznać to za rzecz, którą lubię najbardziej – za przygodę. Tak więc jutro czeka mnie przygoda, rozpoczynająca się o piątej czterdzieści siedem, gdy zabrzmi pierwszy dzwonek budzika. Potem może być tylko ciekawiej.

Będzie ciekawie, bo jak na razie czuję się bardzo dobrze i z każdym dniem – coraz lepiej. Ale wmawiają mi, że nie mam się z czego cieszyć, przynajmniej na razie, bo sytuacja jest zła. I owa intrygująca dychotomia jest gwarancją emocjonującej przygody. Uwielbiam badać sprzeczności!

Że mi wmawiają, to akurat mnie nie irytuje, a nawet jestem wdzięczny, bo wmawia mi nie byle kto! W związku z tym szczerze podejrzewam, że mają rację. Czuję się nobilitowany. Wynika więc z tego, że wyjścia nie mam, przygody nie uniknę.

Wieje na drodze z Krakowa

Dziś wieje, na drodze z Krakowa na północ. Wieje pewnie też na drogach z Krakowa w innych kierunkach, ale Wiesiek nie jest w stanie tego sprawdzić. Zresztą „dziś” będzie jeszcze tylko przez dwie godziny. Potem północ, a zaraz po północy, jutro. Całkiem możliwe, że jutro też będzie wiało.

Wiesiek zaciera ręce. Kiedy wieje, jest w innym świecie. Mentalnie. Wtedy Zośka, żona Wieśka, z trudnością może się z nim dogadać. Wiesiek chodzi zamyślony, uśmiecha się do siebie, a kiedy pyta go, o czym myśli, odpowiada „o niczym”. Przyparty do muru mówi „takie sobie, nawet trudno powiedzieć, głupoty, nic ciekawego, śmiałabyś się”. „To bym się pośmiała” mówi Zośka, ale już poirytowanym tonem i Wiesiek przestaje wierzyć, że naprawdę by się śmiała. Tym bardziej milczy. Ona odbiera milczenie jak obrazę, więc w sekundzie jest wściekła, lecz Wiesiek, milcząc, przynajmniej nie oddaje złem za złe. Przy okazji nie powie też czegoś, czego potem musiał żałował.

O przepraszaniu Wiesiek nie myślał, bo o wiele łatwiej jest milczeć, niż potem próbować przepraszać. Czasem przepraszanie jeszcze bardziej denerwuje osobę przepraszaną, co jest doprawdy dziwne, bo nic tak przecież nie potwierdza racji przepraszanego, jak przeprosiny. Najwyraźniej jednak jest w przeprosinach coś drażniącego, może to, że przepraszany powinien, przynajmniej w teorii, wybaczyć. Lecz on, tu: ona, czyli Zośka, kiedy jest wkurzona, nie przebacza, bo musiałaby wyhamować szybko swoje wkurzenie, a to jej nijak nie pasowało. Może gniew ma w sobie jakiś składnik „świętości”, gniew nie może minąć tak od razu, bo to by znaczyło, że nie bardzo był uzasadniony. A człowiek, który się gniewa, a nie ma racji, wychodzi na idiotę.

O tym myślał Wiesiek jadąc autem, gdy światła wydobywały z ciemności przemykające kształty drogi z Krakowa. Nikomu teraz nie przeszkadzała zamyślona twarz Wieśka, mógł więc poświęcać się temu, co przywiewał mu wiatr, zachodni, zdaje się. Tak, zachodni, bo kierownicę Wiesiek musiał trzymać mocniej lewą ręką, żeby mu auto schodziło na prawo, od tego wiatru.

Po drodze jest miejscowość Widoma. Trochę śmieszna nazwa, tak, jakby mieszkała tam kiedyś jakaś niewidoma. I w pewnym momencie stał się cud, że przejrzała na oczy. Po dwudziestej drugiej, nocą, wyłączają we wsi wszystkie światła na drodze, może sołtys wychodził z założenia, że i tak wszyscy widzą. A może na przekór policjantom, którzy chcieliby łapać na terenie zabudowanym, ale jak jest ciemno, to dają spokój.

Gdy wieje tak mocno powietrze staje się przezroczyste. Na horyzoncie, albo blisko horyzontu, którego przecież nie widać, bo jest ciemno, migają ogniki. Wiesiek wyobraża sobie, że niejeden z nich stoi na rozwidleniu dróg. Że podchodzi do samotnej lampy w środku pól, przysiada u jej podstawy, sterczy tak przez pół godziny i słucha wiatru. Potem wybiera inny ognik na horyzoncie, zmierza do niego, i odnajduje lampę, tym razem na skraju lasu. Tutaj szum jest przeraźliwy. Wiesiek, jadąc autem, wyobrażał sobie tę przeraźliwość. I to, że las w lecie szumi inaczej niż w zimie. A świeże, wiosenne liście szumią delikatniej niż te wyschnięte, jesienne.

Nienawidzę

Niewiele jest rzeczy, których nienawidzę. Zwykle to kwestia chwili – gdy coś mnie trafi, nienawidzę, ale to dosłownie minuty, potem przechodzi. Ale teraz wygląda groźnie. Może to jednak trwała, ukryta nienawiść, tłamszona i uspokajana, ale jednak prawidzwa?

Miałem zatytułować ten tekst „nienawiść”, ale od razu przyszło mi do głowy, że „nienawidzę” będzie brzmiało lepiej, bardziej bezpośrednio, konkretnie, dosadnie. I przysporzy mi więcej czytelników. „Nienawiść” – to brzmi jak rozprawa moralno-filozoficzna, kto chciałby taką czytać? Zaś „nienawidzę” – to zwiastuje konkret, kawał życia, może nawet poleje się krew.

Otóż – nienawidzę mojej drogi do pracy. Już dziś myślę o jutrzejszym dniu ze wstrętem. Nie chodzi o pracę, tylko o samą drogę. Koszmar. Paskudztwo.

Drepczę na przystanek. Patrzę, jak odjeżdża bus, a kierowca nie reaguje na moje machanie ręką. Nie reaguje, bo busy zatrzymują się tylko na przystankach, a ja właśnie się spóźniłem. Dlatego nie próbuję już machać dłonią, patrzę bezsilnie, jak mnie mija. Myślę, że kierowcy przecież mnie znają, jeżdżę często, mogliby się zatrzymać i bez machania. A ja, w rewanżu, po uiszczeniu opłaty, nie czekałbym na wydanie biletu.

Ale kierowcy nie są tak domyślni. Może tylko niepewnie zerkają na mnie zza kierownicy, kiedy idę ulicą, czy nie zacznę machać. Waham się. Jeśli machnę niepewnie, wyjdę na idiotę. Jeśli machnę wyraźnie, a bus nie stanie, będę jeszcze większym idiotą. Dlatego idę dalej, bus mija mnie, pięćdziesiąt metrów dalej czeka na mnie pusty przystanek.

Wiem, że za dwadzieścia minut przyjedzie trzydziestoletni mercedes. Znam jego twarde zawieszenie. Można zapomnieć o czytaniu podczas jazdy. Po czterdziestu kilometrach, będę głębokimi haustami wciągał powietrze i łapał równowagę, stając na płycie dworca. A zanim dojadę, czeka mnie jeszcze ryneczek w miasteczku, po drodze, wybrukowany byle jak kostką. Przeklęta moda skrzyżowała się tu z małomiasteczkowym bylejactwem. Stary mercedes podskakuje i kołysze się jak na sztormowych falach.

Przez czterdzieści kilometrów wyobrażam sobie, że w plecaku mam kanapki i mapę Tatr. I nie jadę do pracy, tylko na żleby i turnie. Myśl ta wynagradza mi po części udręki transportu. Ach, mógłbym jechać w przeciwną stronę. Na Mazury na przykład. Wtedy w plecaku miałbym patent żeglarski i nieco więcej forsy, na wynajęcie łódki. Za przybrudzonymi szybami przesuwają się pagórki Wyżyny Krakowsko–Częstochowskiej. Gdyby choć po nich rowerem pojeździć. Co tam rowerem, mógłby być tylko plecak i koc. Co czterysta metrów przystanek i kontemplacja. Wszystko, tylko nie droga starym busem, ta sama codziennie.

Hedonizm, czy tylko?

Wróciliśmy z podróży marzeń. Spełniły się wszystkie. Teraz pozostaje pytanie – co z tego? Czy chodzi wyłącznie o dostarczenie sobie przyjemności (tzn. hedonizm), nawet w postaci jak najbardziej kulturalnej, intelektualnej, prawowitej i pożądanej? Kiedy chodzi o np. przyjemność związaną z byciem, patrzeniem, odczuwaniem niekłamanego piękna przyrody, co porusza, wzbudza refleksje, nawet trudne do wymówienia?

Czy podróżowanie ma na celu dostarczanie sobie przyjemności? Czym różni się taka przyjemność od np. kupowania kolejnych gadżetów? Ktoś powie – podróżowanie jest kształcące – ale można mieć wątpliwości, czy zawsze. Czy rzeczywiście stajemy się mądrzejsi? Wzrasta jakaś nasza wartość? A może po prostu oglądamy, te niesamowite żleby, granie, szczyty, zbocza górskie, i to wszystko? Może niewiele z tego zostaje, podobnie jak po konsumpcji loda – co najwyżej wspomnienie, że w tamtej lodziarni kręcą lepiej niż w innej.

Trasa Transfogarska

Na szlaku

Z wędrówki. Obraz powraca w wyobraźni jako wspomnienie, wiele dni po tym, jak pojawił się tam, za zakrętem. To była długa prosta na stromym, zalesionym zboczu. Las rzedł, zastąpiła go wysoka trawa i młode drzewka. Stare, wysokie, które rosły wzdłuż drogi, zostały ścięte na różnych wysokościach, jakby drwal przykładał piłę według własnej, nieprzewidywalnej fantazji. Pozostały kikuty pni. Panorama, jaka się za nimi rozciąga, nasuwa pewien wniosek – drzewa zostały złożone w ofierze, na rzecz widoku z doliną i górami w tle.

Droga na Klimczok, fot. Piotr Kubic

Idzie burza

Ciemność. Na zachodzie błyska się. W błyskach, na małą chwilkę, w jasności, stają długie, rozległe pagórki i pola. Na nich małe domki, malutkie w porównaniu do kilkusetmetrowych, rozżarzonych na małą chwilkę promieni, jak rozpalonych do białości drutów wychylających się pionowo z nieba. Burza idzie zachodnią stroną, kroczy zwałem pagórków z południa na północ.

Wiesiek, otworzył szeroko okno i wychyla się z pierwszego piętra w ciemność, chce być bliżej błyskawic choćby o metr, sięgnąć wzrokiem w ciemności ponad parterowym budynkiem, ponad drzewami na ogrodzie. Wiesiek w wyobraźni odrywa się od parapetu i leci przed siebie, mija wysokie topole na zakręcie, gdzie kończy się asfaltowa droga i wznosi się wyżej, żeby stamtąd obserwować burzowe preludium. Podgrywa mu wiatr na liściach najwyższych drzew, lipcowa uwertura nie ma podobnych sobie w innej porze roku.

Pierwszy świt

Przez ścianę snu docierają niewyraźne odgłosy. Czy to przechodzący wczasowicze, idą przez las w stronę plaży, akurat obok naszego domku. Tak wcześnie? Może chcą wrócić przed południowym skwarem? Klapki na leśnym runie? Lekki wiatr w konarach i igłach wysokich sosen? Czy szum morza? Czyżby było tak blisko? W chłodnym, porannym powietrzu czai się, jak skryta, zapowiedź gorącego, dusznego dnia.

A może to szelest tego wielkiego drzewa na podwórzu, na północy Polski, którego nazwy bezskutecznie szukać w pamięci. Jeszcze chłodne powietrze przeciska się lufcikami dwóch dużych okien. Zapach niedawno wyremontowanego pokoju i nowych półek na książki. Spokój, odcięcie od świata.

Powoli wyłania się obraz białych ścian, białego sufitu. Po przeciwległej stronie uchylone okno. Za nim kamienica i ciepłe słońce. Stamtąd dobiega gwar młodych, pewnie studentów. Budzę się, jestem w moim nowym pokoju w pracy, w centrum Krakowa. Ściany pachną jeszcze świeżą farbą. Wokół małej leżanki nierozpakowane jeszcze pakunki, w trakcie przenosin.

Ten sen to dobry zwiastun.

Zagram koncert!

Zapraszam na koncert, oto plakat:

Zaproszenie na koncert

Będzie okazja zmierzyć się ze sceną i widownią. Spodziewam się, że przynajmniej połowa osób, które przyjdą, występowały lub występują na scenie częściej lub rzadziej, niektórzy nawet utrzymują się z tego zajęcia. Jeśli więc kiedykolwiek cokolwiek powiedziałem, napisałem o scenie i robieniu czegoś na niej, teraz w jak największym stopniu będzie to dotyczyło mnie samego. Lekarzu, uzdrów sam siebie.

Ciekawe, że nie mogę przestać myśleć o tym jak o pewnego rodzaju próbie samobójczej, kamikaze. Ten styl myślenia wydaje mi się jedynym sensownym podejściem, moim ratunkiem. Wszystko wygląda inaczej, dopóki nie trzeba samemu tam stanąć, w świetle reflektora i wypełnić sobą czterdziestu minut. Paweł będzie śpiewał, ja będę grał. Sięgając najprostszej istoty sprawy – muszę ugrać te czterdzieści, pięćdziesiąt minut sam. Nie ma zespołu – perkusji, basu, gitary, nie ma chóru, nie ma się za kim skryć, gdy powinie się ręka, osłabnie koncentracja, kiedy zamaże się delikatna wizja tego, czego chcę, po co to robię, kiedy przestanę słuchać Pawła…

Byłoby pewnie łatwiej, gdyby moja codzienna praca była związana z graniem. Ale nie jest. Robię zdjęcia, realizuję dźwiękowo spektakle, nagrywam wideo, przeglądam oferty sprzętu, piszę zapotrzebowania, dokonuję rozpoznania rynku, zakupy, przyjmuję praktykantów, użeram się z firmą informatyczną, testuję portale analityki internetowej, wysyłam sprzęt do serwisu, wypalam płyty DVD ze spektaklami, robię trailery, robię zestawienia godzin pracy; przede wszystkim dojeżdżam do pracy, co zajmuje mi prawie trzy godziny dziennie. Gdzie tam jeszcze rodzinne problemy-nie problemy normalne, codzienne.

Nie narzekam, w żadnym przypadku, chcę tylko powiedzieć, że ja nie gram! Sukcesem jest grać choć godzinę dziennie, rzadkością – dwie godziny dziennie, jedna rano, druga wieczorem. A grania nie da się oszukać, mięśni dłoni nie wykształci się jadąc busem, a granie na pianie to też fizyczna robota, obok tej całej intelektualnej i emocjonalnej, którą trzeba odwalić.

W sytuacji kamikaze ratuje mnie Paweł – świadomość, że on skacze razem ze mną, że jest taki, jaki jest, że będzie dobrze, jeśli nie przestaniemy się odczuwać i jeśli nie poniesie nas ułańska fantazja i gorączka. Ten drugi człowiek – to kwestia kluczowa, podstawowa, esencjalna, bezdyskusyjna. Dzięki niemu zdecydowałem się zagrać.

Wędrowania

Wędrowania trzeba, którego nie będzie widać końca. Celu, którego nie można dogonić. Jak horyzont, który można podziwiać wyłącznie z daleka. Bezkresu — jakże to słowo rzadko można usłyszeć. Bezmiaru, otchłani, nieskończoności. Zapomnienia o tym, czego zaraz nie będzie. A co będzie, to się okaże. Tak po prostu, bez lęku, bez zbytniej nadziei i bez rozczarowania. 

Pejzaż fot. Sara Kubic

zdjęcie: Sara Kubic

Błogosławić pustkę

Pustkowie ciągnie się stąd aż do granic Sorblewa. Równoległe bruzdy o długości, której nie można stwierdzić, przecinają się z łagodniejszymi, szerszymi wgłębieniami, tworzącymi linie skręcające tutaj lekko na północny zachód. Myliłby się jednak ten, kto wziąłby je za wart zaufania drogowskaz. Opowieści świadczą o wędrowcach, którzy po tygodniach na pustkowiu, posuwając się wzdłuż tych miękkich i sprzyjających stawianiu kroków śladów, powrócili w to samo miejsce, rozpoznając odciski własnych stóp.