Jestem chory

Chorowałem dziś z moim synem, którzy przekaszlał prawie pół nocy a potem pół dnia. Spośród różnych specyfików wreszcie jeden syrop go uspokoił. Mnie boli wszystko jak przy przeziębieniu i zmuszam ciało, żeby coś zrobiło i się uśmiechało. Jutro urodziny dzieci – podwójne, bo jedno urodziło się 8 a drugie 10 czerwca.

No to by było na tyle… Oczywiście jest sterta maili z ciekawymi zajęciami (m.in. zdjęcia symboliczne do kolejnego kalendarza), pełne werwy i energii ich autorów, ale mnie ta energia nie może przeniknąć…

No dobrze, usypiam więc.

Zdjęcia ze spektaklu

Machnąłem dziś kolejne zdjęcia z kolejnego spektaklu. Możecie je zobaczyć tutaj:

Mam poczucie dobrze zrobionej roboty. Zdjęcia oddają atmosferę i charakter przedstawienia. Jeśli są czasem chaotyczne, nieuporządkowane, krzywe itp. to właśnie tak ma być, to nie jest przypadek ani fuszerka. Zresztą i tak były wybierane pod kątem marketingowym, czyli "są ładne", no bo powinny takie być…

Co na nich widać? Że brać aktorska rzuciła się w przepaść bez asekuracji. I to jest fajne. "My w finale", Teatr Bagatela, reżyseria Iwona Jera.

Takie sobie narzekanie

Napiszę, co mnie wkurza. To, że ktoś, kto mi zleca robotę, nie zastanowi się dobrze, i każde "robić". Ja robię. Za pół godziny dochodzi do wniosku, że lepiej będzie inaczej, więc robimy jeszcze raz. Za godzinę przychodzi trzecia osoba i mówi – ale przecież jeszcze trzeba to, a tamtego się tak nie da, a rewelacyjnie byłoby, gdyby… I robimy po raz trzeci.

Pół biedy, jeśli chodzi np. o ułożenie bibelotów na półeczce. Gorzej, jeśli czyjąś decyzją uruchamia się cały mechanizm, angażuje łańcuszek ludzi, kontrahentów; zaopatrzeniowcy zaczynają jeździć po mieście i rozpaczliwie szukać materiałów, inżynierowie projektować, kompozytorzy już nucą nowe motywy, a reżyserzy już  mają wizje i je przeżywają. No ale przecież można to wszystko znów zmienić, i to w pięć minut!

Lecz pozostają tego efekty – chaos i wypaleni ludzie, którzy po raz kolejny nie będą się już angażować.

Coś zdziałać

Jedną z najtrudniejszych rzeczy przy pracy w "wolnym zawodzie" jest konsekwencja. Zajmowanie się dziedziną noszącą znamiona "sztuki" może wydawać się czymś w rodzaju "przyjemnego marzenia", "czekania na wenę", "pracy w zachwycie" itp. Ale takie myślenie to marzycielstwo, które nie przyniesie efektów. Trudne jest to, że trzeba samemu sobie wyznaczyć cele, a potem dążyć do ich realizacji. Podczas gdy nade mną nie ma szefa ani innego bata, no chyba, że głód albo widmo komornika zacznie zaglądać w oczy.

Po oraz kolejny rozmyślam o tym, że tak wiele pomysłów przychodzi do głowy i jak to byłoby pięknie, gdyby je zrealizować. I już przeżywa się te zwycięstwa i sukcesy, w wyobraźni, i idzie coraz dalej i dalej, ale tylko w wyobraźni. Twórczość to np. wcale nie "takie sobie pisanie bloga" – na temat, jaki się właśnie chce i kiedy się chce. Twórczość to przyjęcie planu np. na dwa lata, i realizacja go punkt po punkcie, czy się chce czy się nie chce, czy pada deszcz czy słoneczko zachęca do leżenia na plaży.

Kierownik

Kluczową sprawą na stanowisku menadżera jest świadomość płynącego czasu. Ależ! To jest kluczowa sprawa na każdym stanowisku. Lecz w przypadku kierownika, który jako swoich "narzędzi" używa ludzi, dość łatwo przeoczyć nieubłagane zjawisko polegające na tym, że człowiek, na wykonanie polecenia, potrzebuje czasu. I że ten czas jest uzależniony od wielu czynników – nie tylko od jego chęci do pracy, zaangażowania, zdolności, umiejętności i wiedzy.

No i można odnieść wrażenie, że kierownik, skoro uważa, że wydał polecenie, to uważa, że ma to być zrobione od razu, zaraz, już teraz. A ponieważ tego czegoś po prostu nie da się zrobić "na już", kierownik jest zdenerwowany, zawiedziony, i często zły na pracownika. To tak, jakby mieć pretensje do tokarki, ze w ciągu godziny nie chce wytoczyć tysiąca śrub kolejowych, albo do ciężarówki, że nie przejedzie przez Kraków w ciągu piętnastu minut.

Niestety mówię to też do siebie, bo sam jestem jakimś tam kierownikiem, choćby  najniższym z możliwych. Lecz to jest właśnie cały majstersztyk – na ile wcześniej zacząć przedsięwzięcie, aby zakończyć je na czas, bez rwania włosów z głowy na finiszu, i jeszcze z zachowaniem marginesu na nieprzewidziane trudności?

Kiedy kiedy

Z wiosennego szukania… "Szukam drogi, tropię czas". Rośniemy jak drzewa, może raczej stoimy, czekając na wiosnę, kiedy nas ulistni? W rozświetlonym słońcem lesie nie mogę otworzyć oczu – niedospane, czy raczej uparte, nie chcą patrzeć. Zamiast nich obrazy rzuca nostalgia, i pamięć o sanatorium w Jarnołtówku, gdzie mając jedenaście lat spędziłem dwa miesiące. Wiosenne zapachy wilgotnego, ale już nie zimowego powietrza. Las jeszcze bez liści, spacery wzdłuż rzeki. Ach, mnóstwo wspomnień – duża jadalnia, stoliki na cztery osoby – 8-klasista, 6-klasista, 4-klasista i malec z 2 klasy. Tak nas sadzano, żeby był większy spokój. Prysznice w grupach starszaków i tych młodszych. Poobiednie leżenie na salach, obowiązkowe, nudne i tak trudne do zniesienia. Zajęcia w klasach sześcioosobowych i popołudniowe "odrabianki lekcji" – kiedy spędzeni do ławek szkolnych bardziej rozrabialiśmy z dziewczynami niż uczyliśmy się. No i nocne straszenie, ukryte porachunki między "bandami", jak to zwykle bywa – w szatni. Zabiegi – inhalacje, naświetlania. Gry planszowe i w piłkę. I pamiętam – zanim odkryłem, gdzie jest pianino, chodziłem po korytarzach w rytm nuconych po cichu melodii. Ale to wszystko – nostalgia…

Wczoraj przez cały dzień zmaganie z czymś…. Nie wiem. Ot z nadkwasotą żołądka spowodowaną nerwami, jak to się mówi. Tyle wiem, że na to nie ma lekarstwa, że najlepsze lekarstwo, to przeczekać. Kiedy sama myśl o ekranie komputera wzbudza nudności, które jednakowoż szybko mijają, gdy już się zacznie na niego patrzeć i coś na nim robić… Najgorsze jest to, co najlepsze – wejście w kanał, tunel, uskrzydlenie czasem jakby było przeklęte… Bo wydobyć się z niego bez szarpnięć i zadrapań – przeważnie nie umiem. Jeszcze.

Jutro, w zasadzie już dziś – rusza kolejny tydzień.

O jednym momencie

W pracy nadszedł dziś taki moment, w którym opuścili mnie wszyscy, którzy czegoś ode mnie chcieli. Wreszcie mogę spokojnie zająć się pracą, podczas której można swobodnie oddychać, nie ścigać się z niczyją myślą. Empaci mają takie problemy, że czują ambicję szefa, który chce więcej i szybciej, i ciągle jest z czegoś niezadowolony. A część szefów traktuje pracowników jak podręczne narzędzia – niczym klucze (francuskie lub szwedzkie), które można w każdej chwili wziąć do ręki i otwierać nimi butelki z wodą mineralną. Po czym stwierdzają, że otwarcie butelki z wodą mineralną nie było dobrym pomysłem i żeby klucz (francuski lub szwedzki) tę butelkę z powrotem zamknął, a otworzył butelkę np. z winem, albo szampanem. Jak już klucz (francuski lub szwedzki) zamknie tę otwartą butelkę z wodą mineralną, to już jego problem, ale to "po prostu ma zostać zrobione", "koniecznie dzisiaj", bo "tak nie może zostać", to "jest nieprofesjonalne" i tak dalej… I "na przyszłość" będziemy otwierać "tylko butelki z szampanem", a klucz (francuski lub szwedzki) myśli sobie po cichu, co pocznie, gdy i te trzeba będzie potem zamykać. I czy chodzi tu o to, żeby naprawdę coś zrobić, czy żeby się (szefa) wykazać, czy żeby się zwolnić, bo szef ma już inny klucz w zapasie i tylko czeka, aż się zwolni miejsce – dla młodszego i sprawniejszego, który w tylcu ma wmontowaną zatyczkę do wszelkiej maści butelek.

Spokojnie…

…uczę się pracować. To coś nowego. Radość dotychczas wynikała z ekscytacji. Ale z nią (znów kobieta?) dłużej już nie mogę, mnie wykańcza. Z drugiej strony, skoro nie jestem w stanie robić czegoś (sensownie), czego nie lubię, to poszerzam zbiór lubianych stanów. Kolejnym jest spokój. Oczywiście, nierzadko wyrywa się z piersi płomień uniesienia, cóż zrobić. Lecz objawia się i coś innego – zastanawiające zadowolenie z obserwacji, jak sprawy sukcesywnie idą do przodu. Jakby to nie były moje sprawy i jakbym to nie ja je popychał, a w sumie jest obojętne, kto to robi. Nadszedł czas chłodzenia afektu, niech urzekają się nim młodsi.

Nos do góry – życie z komputerem

Problem z moim komputerem Mac wygląda na wyjaśniony. Komputerowy Sherlock Holmes, były agent sieci komputerowej w firmie B. tropiący nie działające drukarki sieciowe, znikające zasoby serwerowe, zaplątany w zwoje czteroparowego kabla ethernet piątej kategorii, jednocześnie instruujący sekretarki i księgowe, że klikanie lewym klawiszem myszki różni się od klikania prawym klawiszem myszki, nieugięty i konsekwentny wywiadowca Piotr K. zauważył wieczorem, że jego komputer nie chce usnąć… "Nie chce usnąć wieczorem? Pracoholik?" pomyślał detektyw, który nie daje się maszynom nabierać na takie numery. Wdusił więc i przytrzymał bezlitośnie klawisz "power", by nie dającemu się okiełznać Macowi wydrzeć duszę odciąwszy zasilanie. "To tylko na chwilę, wybaczysz mi, prawda?" szeptał czule oprawca. I jednakowoż, z ledwością wyczekując tych kilka sekund, które instrukcja obsługi bezwarunkowo nakazuje, nacisnął "moc" (ang. "power"), tym razem delikatnym ruchem, drżącym palcem, z dyskretnym, lecz wyczekującym spojrzeniem, ni to od niechcenia, ni to z boku, trochę zezując, trochę patrząc jakby poza siebie…

Poszło, wszystko działa!

Sherlock nie poprzestaje jednak na praktyce, potrzebna mu teoria. Otóż wczorajszego dnia stało się to tak. Beztroski komputerman pracował aż stan baterii doszedł do 0% i zamiast poczekać, aż komputer zamknie się sam z powodu wyczerpania akumulatora, to zamknął laptopa, dając tym samym drugi sygnał do zaśnięcia. Te dwa zdarzenia splotły się jakoś w niewyjaśniony sposób w czeluściach elektroniczno-programowych, co doprowadziło do wyłączania się, jeden po drugim, portów USB, oraz uniemożliwiło zaśniecie maszyny. Przeładowanie systemu, które wykonał użytkownik, nie pomogło, problem zniknął dopiero po wyłączeniu zasilania.

Oczywiście to tylko teoria, ale czym byłby świat bez teorii…

Wieczór w pracy

Wieczór w realizatorce. Szerokie okno prowadzi na widownię. Jestem ostatnim widzę, siedzę najdalej. Proste wyposażenie pomieszczenia – krzesło – a reszta, to sprzęt audio. Mikser, odtwarzacze, kolumny odsłuchowe. Pod podłogą – zestaw wzmacniaczy. Z podłogi wychodzi pęk kabli, wiele z nich jest wetkniętych w odpowiednie, ściśle określone gniazda. Przychodzą z dołu, ze sceny, przesyłając sygnały. Ja nimi kieruję, reguluję, potem posyłam do wzmacniaczy, a one, wzmacniając sygnał tysiące razy, wysyłają go po grubych kablach z powrotem na scenę.

Spektaklu praktycznie nie oglądam. Wystarczy sam dźwięk płynących słów – kwestii wypowiadanych tam, w dole. To po nich dowiaduję się w jakim tempie dzisiaj idzie przedstawienie, w jakim nastroju są artyści. Gdy następuję niespodziewana cisza albo nagła zmiana rytmu – wtedy podnoszę głowę, ciekawy tego, co niespodziewanie zaszło i dlaczego. To zupełnie inny świat niż ten, który widzi i odczuwa widz. To dlatego, gdy ktoś mnie pyta, co polecam w moim teatrze, to do niedawna zupełnie nie wiedziałem, co powiedzieć. Teraz wiem – mam przygotowane dwie, trzy wypowiedzi, standardowe.

Przechodząc dzisiaj korytarzem, po spektaklu, wspomniałem czasy, w którym miał on dla mnie magię. Moje pierwsze przedstawienia pozostaną na zawsze w pamięci. I to, teatr szybciutko pustoszał po spektaklu, wszyscy uciekali z niego aż się kurzyło. A ja nie, bo mój pociąg odjeżdżał 22:40. To mi zostało do dziś – nie umiem się spieszyć…. Składam sprzęt na scenie i słucham, jak stękają stygnące reflektory.