Wstrętna Cola Zero

Mama kupuje Coca Colę Light, bo jest cukrzykiem jak ja. Dziś patrzę – a do każdej Light dodali Colę Zero.

Czasem idę do McDonalda, przyznam się do tej słabości. Ale w zestawach dają tam już Colę Zero, a jeśli poprosi się o Light, to dostaje się tylko puszkę 0,33l, a nie kubek 0,5l.

Powiem jasno – Coca Cola Zero to perfumowana, zgazowana czarna woda. Nie ma nic wspólnego ze smakiem Coca Coli. Skoro wciskają nam takie popłuczyny, to podejrzewam, że jej produkcja kosztuje jeszcze mniej, niż starej Coca Coli, więc zysk mógłby być większy. Bo jak to inaczej wytłumaczyć?

Pytam – mamo, te butelki Coli Zero to za darmo? To wylewamy do zlewu!

Czytam sobie

W przerwach "na posiłek itp." czytam sobie "Księcia" Machiavellego, bo jakoś ominęła mnie ta lektura "w czasie właściwym" – czyli w szkole. Od dawna słyszałem opinie, że Machiavelli to był taki paskudny pan, który uczył, jak w polityce stosować najbardziej plugawe metody. Otóż czytam i stwierdzam, że ta opinia była wielce niesprawiedliwa. Machiavelli tylko opisał to, co swoją wielką umiejętnością obserwacji i analizy zauważył. Dlatego nie jeden raz daje do zrozumienia, że jeśli ktoś chce być człowiekiem szlachetnym, prawdomównym, kochającym itd. to będzie to zaszczytna postawa, lecz niestety bez szans na przetrwanie w roli przywódcy.

Ach… te sformułowania wprost. Na przykład rozdział osiemnasty rozpoczyna się od słów:

XVIII
W jaki sposób powinni książęta dotrzymywać wiary

Każdy rozumie, że byłoby rzeczą dla księcia chwalebną dotrzymywać wiary i postępować w życiu szczerze, a nie podstępnie. Jednak doświadczenie naszych czasów uczy, że tacy książęta dokonali wielkich rzeczy, którzy mało przywiązywali wagi do dotrzymywania wiary, i którzy chytrze potrafili usidłać mózgi ludzkie, a w końcu wzięli przewagę nad tymi, którzy zaufali ich lojalności.

I co tu więcej pisać…

Prawda jednak

Książka Jerzego Stuhra została przeze mnie połknięta, i kiedy pisałem o objawieniu w natknięciu się na nią, to miałem na myśli ten moment – bardzo właściwy – kiedy była mi potrzebna. Znalazłem w niej jedne wątki, do których sam dochodziłem, inne – które zacząłem podejrzewać, i jeszcze inne – dla mnie odkrywcze. Ale przede wszystkim pomogła mi na drodze do zrozumienia aktora. Bo nie mam wątpliwości, że jest to ktoś inny od tak wielu pozostałych ludzi, których znałem do niedawna.

W tej drodze Pan Jerzy pomaga znacząco, ponieważ pisze zupełnie szczerze. Tego jestem pewien.

Prawda bycia, a nie kreowania na ekranie, była dla mnie fascynująca. Jak ją osiągnąć? (…) Nie przestać być sobą, ani ciut ładniejszym, mądrzejszym, atrakcyjniejszym. Oby mnie tutaj nie dopadł Megalomanio albo narcystyczna zawodowa choroba. Z pasją zacząłem oglądać filmy dokumentalne Kieślowskiego, Marcela Łozińskiego, Kosińskiego, Karabasza. Od amatorów w nich występujących – stop! nie występujących, będących na ekranie – nauczyłem się prawdy bycia. Ja, zawodowy aktor, od amatorów! Tysiąc razy bardziej niż wszyscy Kmicice, Wołodyjowscy, Wokulscy wzruszał mnie Grala z filmu "Życiorys" Krzysztofa; jego "Nocny portier" porażał bardziej niż Azja Tuhajbejowicz czy Janosik.


J. Stuhr, "Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce", Czytelnik, W-wa 1992, s 224


Skoro lubię głupie żarty, to dlaczego na przykład w programie rozrywkowym, w farsie czy komedii mem udawać, że fuj, że nie przystoi, bo jestem artystą, bo jestem powołany i tak dalej; lubię głupio żartować i będę to robił, jeżeli będzie po temu okazja, również na scenie czy w filmie, bo nienawidzę udawać, że jestem kim innym, jeśli mogę nie udawać kogo innego, a mogę robić, i będę robił tylko to, co lubię!


 

 s. 148


Wyobraź sobie, Czytelniku, że oglądasz siebie z tyłu. Gdy idziesz, na przykład. Widziałeś to kiedyś? (…) poproś, żonę, żeby cię nakręciła z tyłu, jak idziesz kaczkowato, łysiejący, w pomiętych portkach, ogólnie sflaczały. (…) Takim jesteś Ty! Takim cie widzimy my wszyscy i taki twój obraz istnieje naprawdę. I taki jesteś dla nas ciekawszy, prawdziwszy niż wtedy, kiedy starasz się być kimś innym…


s. 227


Te fragmenty są dla mnie bardzo cenne, bo utwierdzają wiarę w sens prawdy, szczególnie w teatrze czy w filmie. Panie Jurku, dziękuję!

„…kiedy byłem artystą…”

…od tamtych lat po dziś dzień, kiedy piszę te słowa, gros mojej pracy polega na bezustannym zastanawianiu się, co wy myślicie, czy odgaduję wasze myśli, marzenia, czy zrozumiecie, zaakceptujecie moją propozycję. Czasem myślę po prostu, jak was zaskoczyć coraz to nowym pomysłem, nową konfiguracją mych umiejętności. Zawsze wam, o was, dla was. Oto całe moje życie – być z wami, pośród was. Czasem w tej chęci służenia ci, Widzu, przesadzałem. Widząc tylko ciebie, zapominałem o sztuce, upajałem się twoją reakcją, aplauzem. Megalomanio święcił wtedy swe tryumfy. Ale czasem też udawało mi się wzruszyć cię, wzruszyć choćby na moment, na kilka sekund może, i to były rzadkie chwile, kiedy byłem artystą. 

J. Stuhr, "Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce", Czytelnik, W-wa 1992, str 143

Świadomym

ŚWIADOMOŚĆ – to najtrudniejsze i najpiękniejsze zadanie do realizacji w życiu. Być świadomym swego każdego scenicznego działania, gestu nawet, być świadomym każdego wyboru artystycznego, moralnego, obywatelskiego, być świadomym tego, co się chce ludziom przekazać i po co. Mawiał do nas, studentów, wspomniany już wcześniej rektor Fulde: "Proszę państwa, bo my możemy Hamleta nago, na strychu, przy świeczce wystawić, ino po co?"

Tamże, s. 83

„Błazeńskie schorzenie”

To spotkanie nosiło wszelkie znamiona objawienia. Szukałem kolejnej wystawy Miesiąca Fotografii, kiedy wszedłem do bramy i pomieszczenia z książkami na półkach. Zapytałem o galerię. Wychodząc – zdałem sobie sprawę, że to antykwariat. No… to mam chwilę czasu. Gdzie fotografia? Tutaj? A film? Obok. Łatwo czytać na grzbietach, dobrze poukładane. Wyciągam jedną – Stuhr. Pisze o sobie. Otworzyłem i zacząłem przebiegać akapity.

…już teraz zwracam uwagę na to, co najgroźniejsze w byciu aktorem, co ja nazywam "błazeńskim schorzeniem". "Błazeńskie schorzenie" zasadza się na tym, że jeśli pewien typ zachowania i stworzonej przez aktora osobowości został zaakceptowany i polubiony przez publiczność, aktor zaczyna z próżności, dla własnej wygody, aby być dalej lubianym, przenosić ten typ zachowania na życie. I tu zaczyna się błazeństwo – choroba. Młodzi adepci aktorstwa, uważajcie, połykając szlachetnego bakcyla teatru, połykacie go z wirusem próżności. Zacznijcie z nim walczyć już teraz! Ulotkę tej treści proponuję rozdawać w czasie egzaminów wstępnych do szkół teatralnych.

J. Stuhr, "Sercowa choroba, czyli moje życie w sztuce", Czytelnik, W-wa 1992, str 27

Hm… Ciekawe.

Może tragizuję…

Jestem słomianym wdowcem, znowu. W Rumunii cała rodzina, włącznie z moimi rodzicami, więc pół domu – puste. Zawsze mogę zaglądnąć do drugiej połówki, do "wujostwa" 😉

Byłem dziś w szkole, odwołano ostatnie zajęcia. Siedzę w domu, obrabiam zdjęcia, telewizor mam w tle. Zwykle nie oglądam w ogóle i chyba dlatego przeraża mnie ta ilość reklam. A konkretniej – ich nachalność, prymitywizm. Nie chodzi tu o słabą jakość techniczną, ale odwoływanie się do najniższych instynktów. Włosy 5 razy silniejsze, 3 razy bardziej lśniące i 20 procent mniej wypadające. Samochody – nieskazitelnie rajskie. Proszki – to już standard, ciągle to samo. Zmarszczki – 30 procent mniej w 2 tygodnie. Mieszkania, domy – idealne, jakie chcesz. Uśmiechnięte kobiety, całe rodziny, dzieci. Elegancja, dostojność i oczywiście – szczęście. I tu jest istota kłamstwa, które wtłaczane jest nam dość wprost.

Dla tej propagandy nie ma w telewizji praktycznie żadnej duchowej przeciwwagi. Czasem tylko szczątkowe dotknięcie tematu człowieczeństwa, istoty szczęścia, więzi międzyludzkich, przyjaźni. To jest dla mnie przerażające. Na kogo by wyrosły moje dzieci, gdyby uczyły się tylko na telewizji… Zresztą – to nie tylko telewizja, ale pewien wszechobecny styl życia. I w konsekwencji – czy jesteśmy w stanie tę przeciwwagę stworzyć…

Rozmowa nagrywana!

– Witamy w firmie LG, w trosce o najwyższą jakość rozmów rozmowy mogą być nagrywane. Jeśli nie wyrażacie państwo zgody, prosimy o przerwanie połączeni.


– Dzień dobry, w czym mogę panu pomóc?
– Dzień dobry, czy ja również mogę nagrywać rozmowę, skoro państwo możecie mnie nagrywać?
– Nie, ja nie wyrażam takiej zgody.
– Ale przecież to jest nieuczciwe, dlaczego wy możecie a ja nie mogę?
– Proszę pana, jeśli chce pan nagrywać, to ta rozmowa się nie odbędzie.
– Rozumiem. W takim razie nie mam wyjścia…

——————

– Dzień dobry, nazywam się … …, dzwonię do pana z firmy Polkomtel.
– Dzień dobry.
– Dzwonię ponieważ posiadamy szczególną ofertę, ale zanim ją panu przedstawię chciałabym uprzedzić, że ta rozmowa jest nagrywana.
– W takim razie dziękuję.
– To znaczy, że nie chce pan wysłuchać szczególnie korzystnej oferty, którą przygotowaliśmy dla pana?
– Nie życzę sobie, aby ta rozmowa była nagrywana.
– Rejestrujemy rozmowy w trosce o dobro naszych klientów.
– Sądzę, że rejestrują państwo rozmowy w trosce o własne dobro.
– W takim razie chce pan wysłuchać oferty telefonu Motorola za 1 zł…
– Do widzenia.

————–

– Proszę pani, jeśli ktokolwiek nagrywa tę rozmowę, i jeśli ktokolwiek będzie jej słuchał, i będzie chciał zrobić cokolwiek dla dobra waszej firmy, nie mówiąc już o moim, to niech mnie posłucha. Mam dość waszych skomplikowanych promocji, w których sami się nie orientujecie, dość naciągania, dość drobnych druczków, regulaminów do wglądu na www, i waszego oczekiwania, że powiem TAK, które później odtworzycie mi z taśmy w sądzie. Nie chcę, bo nie wierzę, nie mam zaufania, bo zniszczyliście je wcześniej wy sami.

Geniuszu, przebrnij przez maturę

W radiu słuchałem rozmowy z przewodniczącym krajowej komisji maturalnej – przewodniczący czy jak się nazywa to stanowisko, wszystko jedno. Najciekawszy fragment rozmowy brzmiał mniej więcej:
– Drodzy państwo, nie spodziewajcie się, że egzamin maturalny wyłowi geniuszy.
– Jak to, dlaczego? – zdziwił się prowadzący.
– Jest to po prostu niemożliwe w tej skali egzaminu.
– To nie można stworzyć takiego egzaminu, żeby najwybitniejsi i najzdolniejsi otrzymali najlepsze wyniki?
 – Nie można przy tej ilości uczniów do przeegzaminowania. Wszystko, co staramy się robić, to aby ci najwybitniejsi nie otrzymali niższych ocen niż pozostali. I myślę, że w tym roku to nam się nie najgorzej udaje.

Pomijając już samą maturę – fascynujące jest to, że są jeszcze ludzie, którzy przyznają niedoskonałość rzeczy, które sam tworzą i za co są odpowiedzialni. W szkole uczono mnie, ze nie ma rozwiązań idealnych, że położenie punktu ciężkości na jeden aspekt spowoduje zaniedbanie innego. Tak przecież bardzo często bywa w życiu i my wszyscy o tym wiemy. A mimo wszystko tak często słuchamy bezkrytycznie, bez słowa protestu, "propagandy sukcesu" 😉

Duma i inspiracje

Tak sobie żartowałem, że powinienem przestać pisać bloga, a tymczasem biję rekordy, to już trzeci wpis dzisiaj. Tak, ta niekonsekwencja będzie miała swoją konsekwencję.

Już dawno miałem napisać – coś, o czym warto.

Babcia kupiła Sarze książeczkę – historie biblijne – na wyprzedaży – za jakieś pięć złotych czy coś takiego. Rzut oka i… Fascynująca perspektywa! Izraelici pod górą Synaj. Przerzucam strony – Izraelici przechodzą przez morze – widok, który wywołuje dreszcz. Widziałem nie tak mało rysunków tego momentu, ale w tym jest doniosłość chwili, strach, nadzieja, przywództwo, małość człowieka i wielkość tego, którego nie widać. Oglądam dalej – rysunki fascynujące, z rozmachem, choć w małej książeczce, przemyślane, zakomponowane nieruchome obrazy, które ożywają w oczach. Szukam nazwy rysownika. No tak. Marek Szyszko.

Justyna Kowalczyk. Niewiele mogę powiedzieć konkretnego o jej sukcesie, spotkałem go gdzieś mimochodem, na stronach przerzucanych przy okazji gazet. Wystarczyło.

Tomasz Wiech, reporter, znany mi głównie ze zdjęć w krakowskiej Wyborczej, zdobywca jednej z nagród World Press Photo. Jego zdjęcia, zwłaszcza te ostatnie (niekoniecznie te z dziennika), mają w sobie mniej z teatralności, a więcej z ludzkich uczuć.

Ci ludzie ucieszyli mnie bardzo. W ogólnym bałaganie, dżungli panującej wokół, organizacyjnej, politycznej beznadziei, wszechobecnym "ratuj się kto może", "wszystkie chwyty dozwolone"… Dziś znów przejechałem kilka ulic w centrum na rowerze, i znów nie mogłem się opędzić od myśli, że nazywanie "ścieżkami rowerowymi" tego, co tam jest, to produkt jakiejś paranoi. No dobrze, ale miało być o dumie i inspiracji, więc…  Są jednak ludzie, którzy robią coś dobrze! To fantastyczne! Po prostu  – fantastyczne.