NIK, szpitale i Bee Gees

Wkładałem właśnie bułki do opiekacza, kiedy spiker radiowy w tonie sensacyjno-radosnym opowiedział, jak Najwyższa Izba Kontroli stwierdziła mnóstwo nieprawidłowości we wszystkich placówkach opieki zdrowotnej, które kontrolowała. No tak, kantują w szpitalach na potęgę, zresztą tak samo, jak wszędzie.

Zżymam się na to. Niby tylko informacja, ale w kontekście przeciętnego człowieka – to jasne oskarżenie, a nawet i osąd. Ale przecież NIK kontroluje w kontekście przestrzegania przepisów prawa, a nie w kontekście sprawiedliwości w ogóle. A te dwie rzeczy to dwie różne sprawy.

Zdemoralizowanie państwa, społeczeństwa, polega nie tylko na tym, że obywatele nie przestrzegają prawa, ale również na tym, co gorsze (!), że samo prawo jest źle stanowione. Czy może coś demoralizować skuteczniej, niż nieprzemyślane, prymitywne, działające na szkodę ludzi prawo? Przykłady tego mamy wciąż na każdym kroku.

Tak więc nietrudno przypuszczać, że sporo nieprawidłowości w owych szpitalach mogło wynikać nawet wprost z dążenia do ratowania zdrowia i życia ludzi – zgodnie ze zdrowym rozsądkiem i rzeczywistością, ale wbrew głupim przepisom. Uff…

Grają teraz Bee Gees, i cofam się myślą do liceum, i do Darka, który posiadał może wszystkie nagrania tej grupy. Widzę upalne lato, bloki małomiasteczkowego osiedla wybudowanego na "XXX-lecie PRL". Czuję zapach rozgrzanego asfaltu, który pokrywał szkolne boisko do koszykówki. I my – gramy w tym zapachu, a ja, tam na tym asfalcie, słyszę w głowie Bee Gees.

Żaden biznes

Dziś odwiedziliśmy Sławka i Bogusię, oraz ich sześciomiesięcznego Pawełka. Oboje ich pamiętam z czasów, gdy wzrostem sięgali mi do pasa. Dziś są ludźmi, którzy inspirują mnie swoimi przemyśleniami. Ale co najważniejsze, w ich obecności czuję się bezpiecznie. Bo wiem, że żaden gest z ich strony, ani uśmiech, zainteresowanie, ani przede wszystkim zaproszenie, nie wiąże się z żadnym biznesem. Że za chwilę, ani jutro ani za tydzień nie padnie zdanie "czy mógłbyś coś dla mnie zrobić". Słowa, które zniszczyłyby przekonanie, że liczę się dla nich ja jako człowiek, z moimi uczuciami, myślami, osobowością. A nie jako maszynka do wykonywania zadań, która po wykorzystaniu zostaje odstawiona do kąta. Oczywiście do następnej okazji.

Zastanawiam się jak to możliwe, że ludzie, których oceniam na ponadprzeciętnie inteligentnych, stosują czasem tak grubymi nićmi szyte sposoby. Proste pochlebstwa, szantażyk, metoda "znikającej marchewki". Albo "na litość". Ile razy będzie skuteczna ta sama "litość"? A może to elementy "cichej gry", w rodzaju: ty wiesz i ja wiem, ja wiem że ty wiesz, ty wiesz że ja wiem…? Chyba jednak przeceniam. W reżyserii liczy się efekt, mniej ważne jakimi metodami osiągnięty.

To zgorzkniałe, wiem. Dlatego kończę już 😉

Wojny…

Dziś przechoruję w domu, o ile nie wezwie mnie pilny telefon.

Jednym okiem oglądam Planete, National Geographic i tym podobne kanały. Lądowanie w Normandii. Budowa Wału Atlantyckiego. Wał Atlantycki zwraca moją uwagę – kadry filmowe ukazują gigantyczne przedsięwzięcie – ogromne dźwigi, bunkry, działa, mnóstwo sprzętu nie tylko wojennego, zasieki, zaminowane wody. W ziemi zakopano ponad cztery miliony min. Zaglądam do Wikipedii. Ów Wał to "3862 kilometrów umocnień wzdłuż zachodnich wybrzeży Europy". Hitler rozpoczął prace w roku 1942, pod koniec 1943 roku rozszerzono umocnienia poza główne porty. Na początku 1944 roku dowódcą Wału został Rommel.

W dwa lata gigantyczna fortyfikacja została stworzona na tyle, że otrzymała dowódcę, czyli zaczęła funkcjonować.

Stopklatka. Znów – coś dotarło do mojej świadomości.

Nasze autostrady… Nasze Euro 2012… Nowe osiedla bez dróg dojazdowych… Brak miejc w przedszkolach… Znajoma sprzedaje działkę już drugi rok, do urzędu ciągle trzeba coś donieść…

Wojny nam trzeba? Wojny?

Gdzie wahadło…

Zacząłem szukać małego plecaka, do którego mógłbym schować aparat fotograficzny. Potrzebowałem czegoś małego i taniego. Raczej żadnego z tych drogich, markowych, które wielu od razu zdradzają, że kryją drogi sprzęt.

Znalazłem zwykłego szmaciaka za 49 zł. Mógłby być, ale cienki materiał i pojedyncze ścianki zmuszałyby mnie do owijania aparatu w coś jeszcze – by zabezpieczyć przed uderzeniami. Więcej jest plecaczków za 70-80 zł, jedne proste, inne – już z wieloma kieszeniami, klamrami i paskami. Poszedłem do sklepu fotograficznego – najtańszy plecak to 250 zł. Drogi i za duży – potrzebuję miejsce najwyżej na jeden dodatkowy obiektyw, ewentualnie lampę błyskową. No i oczywiście – na słodycze, jak dla diabetyka.

Wreszcie wziąłem na cel hipermarket i plecak za… 85 zł. Z wyściełanymi ściankami, ruchomymi przegródkami, kieszeniami, paskami, klamrami… Wszystko, co trzeba. Oglądając go zastanawiałem się, jak to możliwe, że taki produkt kosztuje tak niewiele. Wyprodukowany w Chinach, wiadomo, ale mimo wszystko – mnóstwo elementów, dużo ludzkiej pracy, do tego transport… W takich momentach przypomina mi się piosenka – Nikt na kredyt nie ma szans / przyjdzie kiedyś płacić nam / za stracone głupio dni / za spełnione wszystkie sny. Czuję, że w tym, co nas otacza, musi istnieć równowaga, a jeśli zostaje ona naruszona, to po jakimś czasie wahadło przesunie się w przeciwną stronę, aby ją odzyskać. Kupując produkt, który już na pierwszy rzut oka wart jest około dwa razy więcej, niż kosztuje, mam wrażenie, że popełniam nieuczciwość, która kiedyś do mnie wróci.

Ostatnio częściej zauważam ogromne dysproporcje w cenach różnych produktów. Metalowa opaska zaciskowa (kawałek blaszki ze śrubką) – 2,50 zł, prosty obiad w barze mlecznym (pomidorowa + kluski z serem) – 4 zł. Litr benzyny – 3,5 zł. Piwo bezalkoholowe 0,33l – 2,30 zł, ale to samo piwo kupiłem kiedyś na stacji benzynowej za 1 zł. Są rzeczy, których produkcja kosztuje może 70 groszy (coś, co studiowałem, potrafię ocenić), zaś sprzedawane jest za pięciokrotną i więcej kwotę. Oczywiście, to prawa rynku, ale od czasu do czasu napotykam na takie różnice, że mają w sobie coś niepokojącego.

Zastanawiam się, czy nie żyję na kredyt pewnych ludzi, którzy może mieszkają daleko, ale któregoś dnia przyjdą – do mnie albo do moich dzieci – żeby odebrać dług.

Cóż, kupcem też nie mógłbym być… 😉

Lekarz wydolny… jeszcze?

Kilka dni temu napisałem: "Wczoraj – w poczekalni naszej pani doktor, godzina 21:40. Pani doktor
od 8 rano bada małych pacjentów. Wieczorem przyjmuje w domu."
A oto słowa człowieka "z drugiej strony".

Znam to. W domu nie przyjmuję. Ale dyżuruję tu i tam. W
poniedziałki po południu jestem w przychodni państwowej, a w niedziele
często mam całodobowy ambulatoryjny dyżur. W poniedziałki rano jeszcze
"znęcam się" nad pacjentami w firmie prywatnej. Powstaje zaraz szereg
pytań:

a) ogólnych: czy ja w poniedziałek wieczorem po niedzielnym
dyżurze jestem wydolnym lekarzem? Czy pani doktor przyjmując wieczorem
jeszcze o 22 a pracując od rana z dziećmi (! – ważny detal), jest
jeszcze wydolnym lekarzem?

b) bardziej szczegółowych, osadzonych w kontekście:

– czy lepiej przyjmować "ile się da", ale dzięki temu w ogóle jest
jakikolwiek lekarz do którego można się dostać (zmęczony, może
popełniający błędy, ale właśnie- JAKIKOLWIEK obecny), czy uznać, że
trzymamy się standardów jakości – ale wtedy raz i drugi i tu i tam nie
dostanie się ktoś do ŻADNEGO lekarza, bo go nie będzie?

Pytanie aktualne zwłaszcza teraz. Kilka czynników: ogólny i
narastający niedobór lekarzy. Sezon infekcyjny – w tym choroby i
absencje lekarzy też! Co mam ja i moi koledzy wybrać? W domu też mam
chore dzieci – powinienem więcej pomagać żonie. Z drugiej strony,
obecnie tylko ja zarabiam. Z trzeciej strony – mam wielu pacjentów, a
kolegów lekarzy na zastępstwa mało albo wcale. Z czwartej strony, gdy
przemęczony popełnię błąd, to to iż przyjmowałem więcej pacjentów
będzie ŚWIADCZYĆ PRZECIWKO MNIE, niestety i prokurator, który równie
chętnie by mnie oskarżał o nieprzyjęcie kogoś, gdyby temu komuś
nieprzyjętemu coś się stanie, w razie błędu tak samo chętnie powie mi
iż właśnie przyjmowanie wszystkich było niewłaściwe i do błędu się
przyczyniło. (…)

Zdrowia WSZYSTKIM nieodmiennie życzę i pozdrawiam.

Bezlitośnie

Trafiłem dzisiaj na cytat, który jest potwierdzeniem moich ostatnich obserwacji i przemyśleń, ale mimo wszystko chciałbym go przytoczyć w nieco ironicznym kontekście. Jeden z fotografów, pod którego imieniem założono zresztą fundację wspierającą młode talenty, powiedział:


An artist must be ruthlessly selfish.
(Artysta musi być bezlitośnie egoistyczny)

W. Eugene Smith


Oczywiście, to zdanie powinno zostać poddane odpowiedniej interpretacji…  ;-)))

Brak kindersztuby

Słucham wiadomości i znów słyszę, jak jeden z wysokich polityków mówi o "braku  kindersztuby" drugiego wysokiego polityka. Zaiste, brakiem kindersztuby jest mówienie o tym, że komuś brak kindersztuby. Najwyraźniej jednak ta świadomość wymaga jakiejś zadziwiającej ponadprzeciętności, którą spotyka się nader rzadko ostatnio w polityce.

To niskie i smutne. Obraziłbym moje dzieci, gdybym powiedział, że to dziecinne.

Chyba słabością demokracji jest to, że przeciętność wybiera… przeciętność. Siłą rzeczy.

 

Jeszcze o „Przesunąć horyzont”

Martynie Wojciechowskiej trzeba oddać to, o czym nie wspomniałem w poprzedniej notce – chęć zdobycia Everestu to nie tylko chęć doświadczenia ogromnych wrażeń oraz zdobycia ekstremalnego trofeum. To może nawet bardziej – cel, do którego dążenie pozwoliło podnieść się po wypadku, przejść rehabilitację i zwyciężyć przede wszystkim siebie. W tym ma niewątpliwie rację, że stawianie sobie ogromnych wymagań i szalonych nawet celów sprawia, że dokonujemy rzeczy niewiarygodnych.

Jednak są i inne cele, mniej spektakularne i doceniane przez niewielkie grono znawców. A osiągnięcie ich wymaga skrytego wysiłku który w sumie przewyższa wysiłek przy zdobyciu Everestu. Dziewczyna, która potrafi w wieku dwudziestu paru lat perfekcyjnie zatańczyć w balecie, ma już za sobą ponad dziesięć lat niemal codziennej, ciężkiej fizycznej harówki i mnóstwa wyrzeczeń. I właśnie jej kariera dobiega końca.

Mezzo

Wygnany od rodziny z powodu przeziębienia, przeglądałem kanały telewizji. Planete, nawet TVN Turbo zaczął emitować dokumenty wcale nie o samochodach. Zniknął Discovery, ale w jego miejscu pojawiły się inne, dość podobne. Nie mogę na razie zrozumieć programów w rodzaju "potyczki konstruktorów", wydaje mi się bezsensowne niszczenie jeżdżących aut, przecinanie ich na pół, wysadzanie poduszek powietrznych i tak dalej po to, żeby zbudować jakieś dziwadło.

Lecz trafiłem w końcu na Mezzo i… nie oderwałem już wzroku. Balet. Na ile mogę ocenić – fantastycznie i perfekcyjnie zrealizowany. Zbliżenia pokazywały mimikę twarzy, a wszystko bezbłędne (na ile mogę ocenić) – gest, ruch. Pomyślałem o porównaniu – co łatwiej – zdobyć Everest czy tak zatańczyć. Porównanie niepoważne oczywiście, ale nasunęło mi się ponieważ czytałem "Przesunąć horyzont" Martyny Wojciechowskiej. Z drugiej strony – uczestniczyłem w próbach do niewielkiego przedstawienia, gdzie od czasu do czasu występowały tylko elementy tańca. W pamięci pozostał mi obraz ogromnego wysiłku tancerzy, który kontrastował z monotonią powtarzania w nieskończoność tych samych ruchów, kroków. Przez 6-7 godzin dziennie, z drobnymi przerwami.

W tym porównaniu zdobycie Everestu wydało mi się prymitywną sztuką. Może dlatego, że sama książka Martyny emanuje powierzchownością, jakby doświadczane emocje nie pozostawiały prawie żadnych refleksji, oprócz tych sloganowych. Po Martynie spodziewałem się trochę głębszych przemyśleń i subtelniejszego stylu w opisie swoich zmagań. Formę książki ratuje nieco zabieg przeplatania czasów i wątków, ale ze wstępu dowiaduję się, że samą redakcją i opracowaniem materiałów nie zajmowała się Martyna.

Mając przed sobą takie porównanie dwóch zmagań, dwóch ogromnych wysiłków fizycznych i samozaparcia – balet wydał mi się czymś iście niebiańskim, choć tworzony w godzinach, dniach, miesiącach i latach w zamkniętych ścianach sal do ćwiczeń.

O korupcji

Przeczytane w gazecie o korupcji w służbie zdrowia:

Jest w tym skomplikowanym zagadnieniu miejsce na autentyczną wdzięczność pacjenta, którą chce jakoś wyrazić, ale w podtekście, niemal zawsze, ukrywa się grube świństwo. Nawet jeśli po zakończeniu leczenia dajemy różę czy czekoladki, zawsze kołacze w podświadomości nadzieja, że "następnym razem" ten człowiek będzie dla nas życzliwy. A stąd już niewielki krok do czystej łapówki. Na przykład, za "przyspieszenie" operacji czy jakiegoś badania albo za "specjalną opiekę" ze strony zespołu medycznego. A to naprawdę skandal, bo osoba dająca łapówkę musi mieć świadomość, że te ułatwienia osiąga kosztem innych pacjentów.

Polska Gazeta Krakowska, 25 września 2008

Autorem tych słów jest pan Adam Sandauer, przewodniczący stowarzyszenia pacjentów "Primum Non Nocere".

Nazwa niewiele mi mówi, widocznie to stowarzyszenie jest jest dla mnie. Natomiast niepokoi mnie to, że pan Adam Sandauer znakomicie wie, co "prawie zawsze" kryje się za moim poczuciem wdzięczności i sposobem jego wyrażenia. W takim razie oświadczam, że mam ukrytych sporo świństw, i nie tylko grubych, ale i wielkich, ogromnych oraz wołających o pomstę do nieba.

Druga kwestia, o której dość rzadko słyszę, to dokładne określenie, co jest korupcją, a co nie. Moim zdaniem korupcja polega na uzależnieniu sposobu leczenia, badań, opieki itp. od przyjęcia korzyści majątkowej. Dlatego zachodzić ona może wyłącznie przed lub w trakcie leczenia. Natomiast po zakończeniu leczenia mówienie o przyjęciu łapówki jest nieporozumieniem. I tu chciałbym oświadczyć, że wtedy mogę lekarzowi, pielęgniarce, portierowi lub pani w kiosku oddać np. mój samochód, jeśli miałbym takie życzenie, i nikomu nic do tego (po zapłaceniu podatku od darowizny, oczywiście).