Po prostu dziecko nie lubi jajek

Na śniadanie są jajka. Na miękko. Domowy przepis wymaga, aby jajka wyjąć z lodówki i włożyć do rondelka do zimnej wody i razem podgrzewać. Niestety, teraz nie można ot tak sobie iść – do łazienki, ubikacji, do szafy z ubraniami lub deski do prasowania. Proces należy obserwować i zauważyć moment, w którym woda zaczyna się gotować. Wtedy ustawiamy na minutniku dwie minuty. Kiedy odezwie się dzwonek, jajka należy niezwłocznie zdjąć z ognia i ochłodzić, wylewając z rondelka gorącą wodę i zastępując ją zimną.

Dziś, obok jaj kurzych, w rondelku znalazło się kilka przepiórczych. Ot taki pomysł, na urozmaicenie lub może wykwintność, albo z uwagi na szczególne walory smakowe. Sześcioletni syn zamierza jeść i tak coś innego, ma swoje dania. Lecz po negocjacjach z matką godzi się, że spróbuje przepiórczego jajka. Niemniej jednak kiedy ma dojść do degustacji, syn zaprzecza i podważa warunki wcześniejszej umowy. Wiemy jednak, że jest człowiekiem raczej słownym, więc jego protest jest skazany na niepowodzenie, skoro już wcześniej się zgodził.

Ale i tak z trudnością udaje się go namówić, ponieważ każdy krok mający prowadzić do smakowania jest przez niego opóźniany. Sytuacja staje się napięta, w końcu zgadzamy się obopólnie, że spróbuje tylko połowę przepiórczego jajka. Małe jajko ugotowało się na całej objętości, więc nie ma problemu go podzielić. Dzieciak z wahaniem i ociąganiem w końcu bierze do ust malutki kawałek białka z jeszcze mniejszym żółtkiem w środku. Obserwuję całą sytuację będąc za jego plecami, zaś matka jest z drugiej strony. W pewnym momencie słyszę jakby krztuszenie się, chłopcem coś wstrząsa i jestem pewien, że za chwilę zwymiotuje. Czekam co będzie, bo pobiec do łazienki po miskę i zdążyć nie mam już szansy. Lecz dzielny dzieciak rzuca się do kubka z wodą, szybko popija i to go uspokaja. Patrzę na jego ręce w krótkich rękawkach, małe włoski stoją na baczność. Nie wierzę i przesuwam dłonią – skóra jest jak papier ścierny.

– Ale czy to jajko smakuje inaczej niż kurze? – pytam. Biorę kawałek i próbuję, ale nie czuję różnicy. Nic szczególnego.
– Beni, przecież smak jest taki sam. O co chodzi?
– Chodzi o to, że kurzego jajka on też nie tknie – odpowiada matka.
– Aha…

Na kręgielni fot. Piotr Kubic

Dzieci wprawiają w przerażenie

W moich dzieciach widzę siebie jak w lustrze. Nie jeden raz, widzę ciągle. A czasem zdarzają się momenty, gdy widzę nadzwyczaj wyraźnie.

Jeśli ktoś by sądził, że to dla mnie szczególna radość, to wyjaśnię: przeważnie są to bardzo trudne momenty, wręcz przerażające. Po pierwsze – doznaję olśnienia: bo ja to znam! Na drugim miejscu jest zdziwienie – znam to od dawna, od lat! Nawet, jeśli nie do końca zdawałem sobie sprawy, nie dostrzegałem, albo zapomniałem, albo bagatelizowałem – teraz właśnie to, właśnie te problemy stają wobec mnie. I jeśli w przypadku samego siebie mogłem je jakoś banalizować, to w przypadku mojego dziecka żadną miarą nie mogę, nie jestem w stanie tego zrobić.

Gdyby był to obcy człowiek, to bym mu nagadał, potem i odszedł i dał sobie spokój. Ale tu – nie mogę. Przecież nie zostawię, nie ucieknę od dziecka! Stoi naprzeciwko mnie, wpatrzone, wściekłe, smutne, płaczące, nie rozumiejące, chcące czegoś – a ja mam, muszę, właśnie teraz, w tej chwili, podjąć najlepszą decyzję.

Lecz to jeszcze nie wszystko. Otóż zaczynam rozumieć przyczyny moich własnych niepowodzeń. Wszystko staje się powoli jasne! Dlaczego studiowałem dwa razy, dlaczego nie grałem w drużynie klasowej, dlaczego to, dlaczego tamto – rzeczywistość odkrywa się przede mną. I mógłbym powiedzieć dziecku, że to głupie, kiedy się boi, na co ma nadzieję, na co czeka, czego się spodziewa, ale wtedy dokładnie to samo musiałbym powiedzieć sobie.

Czy dość dobrze opisałem dramat tej sytuacji?

Domyślam się, co wy, rodzice, moglibyście teraz powiedzieć: skoro już to wiesz, to zrób wszystko, żeby dziecko nie powtórzyło twoich błędów. Możesz je wychować, nauczyć, poprowadzić, ochronić, nawet zmusić. 

Cha cha (przepraszam) ale to naiwność. Bo czyż moi rodzice mnie nie wychowywali, nie uczyli? Oczywiście, że tak. Czy to coś pomogło? Sęk w tym, że tego nie da się za bardzo stwierdzić. Co więcej – dość łatwo można przesadzić z ochroną, opiekuńczością, zakazami, nakazami i zmuszaniem. I zamiast pomóc, wychowa się człowieka niesamodzielnego, z kompleksami, uprzedzeniami, zalęknionego albo agresywnego.

Co robić…?

Miejsca zastępcze

Podróżuję sporadycznie, nie mam czasu, nie mogę. Inne, nieznane miejsca są jak paliwo, po tankowaniu którego jest tak lekko i beztrosko. Gdy brak paliwa trzeba brać to, co jest. Znaleźć takie miejsca, które choć bliskie i znane, będą jak te dalekie.

Po pracy jadę do domu busem. Nieczęsto uda się z kimś porozmawiać, ludzie są zmęczeni. Jeśli już, to chętne do rozmowy są raczej kobiety i to nie te najmłodsze. Nie te, które pochłonięte są prowadzeniem domu i problemami z dziećmi. Te, które mają już za dużo czasu i nie za bardzo z kim pogadać.

W busie, za oknami, szczególnie późną wiosną oraz jesienią, przesuwają się chmury. Obserwowanie ich to czasem najlepsza rozrywka. Szczególnie, gdy pogoda jest zmienna, wtedy kłębią się najbardziej. Szyby w niektórych wozach są przyciemniane, a wtedy niebo nabiera niezwykłego nastroju.

Na chmury nie patrzą pasażerowie. Skąd wiem? Z rozmowy. Usiadła obok mnie i zanim wyjechaliśmy z miasta, rzuciłem uwagę o szczególnym dziś zachmurzeniu. Nie od razu zrozumiała, że nie chodzi mi, tak po prostu, o stan pogody. Potem przegadaliśmy o chmurach i tematach pobocznych godzinę, zanim wysiadłem.

Miejsca zastępcze fot. Piotr Kubic

Dla chmur warto znaleźć miejsce jak to, gdzie niebo jest jak wielki, odkryty ekran trójwymiarowego kina. Widać na nim całą fabułę, skąd przychodzą i dokąd pędzą. Sytuacja zmienia się nieustannie, akcja posuwa się do przodu, tylko pozornie leniwa, opieszała. Niestety, zdążam dopiero na filmowy epilog, tuż przed zgaśnięciem wielkiego projektora.

Listy nienapisane

Gdybym wiedział, że pozostało mi miesiąc, dwa tygodnie życia, to czym bym się zajął?

Przyjaciel odparł, że zająłby się medytacją. Ja, bez większego namysłu, że pisałbym listy. Medytacja – po co mi ona? Jeśli po śmierci będę miał jeszcze możliwość życia, to sądzę, że wtedy miałbym mnóstwo czasu na medytację. Zaś medytować po to, aby do śmierci się przygotować, to niepotrzebne.

Zaś to, co można zrobić, stojąc jedną nogą na progu innego świata (cokolwiek bo to nie znaczyło) to przekazać ludziom, których się poznało, kilka myśli z ostatniego etapu tego życia. Wierzę, że im dalej w życiu, a szczególnie – im bliżej śmierci, tym więcej czegoś trudno uchwytnego, opisywalnego, a co jest bardzo ważne.  

Lecz najważniejszym powodem pisania listów byłoby podtrzymanie znajomość, upewnienie o przyjaźni, o tym, że pamiętam, wspominam, że ciągle jestem, nawet jeśli za chwilę mnie nie będzie.

Pisanie listów tuż przed śmiercią miałoby jeszcze ten komfort, że byłbym zwolniony od kontynuacji korespondencji. Nie dlatego, że nie lubię kontynuacji (przeciwnie), lecz dlatego, że korespondując z choćby kilkoma osobami na kontynuację zaczyna zwyczajnie brakować czasu.

pejzaż, fot. Piotr Kubic

Oczywiście rozważania o pisaniu listów lub planowaniem czegokolwiek przed śmiercią są hipotetyczne. Doświadczenie uczy, że albo na realizację tych planów nie ma czasu, bo umiera się w ułamku sekundy, albo sił lub zaniku pamięci i władz umysłowych, ogłupiającego bólu tudzież substancji go uśmierzających.

A już czystą fantazją jest taka wizja: wychodzę z domu i idę przed siebie. Znajduję takie oto miejsce, jak na powyższym zdjęciu, kładę się przy miedzy i umieram. Czy będzie to spokojne, czy w dreszczach, mniejsza z tym. Wcześniej oczywiście żegnam się z rodziną, żeby nie szukali mnie gorączkowo i nie przeżywali rozterek. Powiedziałbym dzieciom, że nauczyły się już wystarczająco duże, żeby sobie jakoś poradzić w życiu, a żonie, że od tej pory nie będzie musiała znosić moich dziwactw.

Tak jednak najprawdopodobniej nie będzie. Przecież już teraz obserwuję, co dzieje się np. w domu pomocy społecznej. Gdybym trafił do takiego i nawet udałoby mi się uciec, to ktoś odpowiedziałby za moją wolność umierania. Jakaś pielęgniarka dostałaby naganę, że nie upilnowała. Portier, że przegapił, że nie domknął bramy, że nie popatrzył na monitor pokazujący obraz z kamer monitoringu. Jakiś pracownik opieki, mający na utrzymaniu rodzinę, straciłby pracę, która i tak jest nisko płatna. Nie, tak nie mógłbym postąpić.

Pozostaje więc umieranie zwykłe, jak wszystkich innych. W ogóle wydaje się, że z wiekiem coraz mniej zostaje wyborów i tylko zmierzamy tam, gdzie nam przeznaczone.

Twoo – nie klikać!

W czerwcu zacząłem dostawać emaile od znajomych, którzy ponoć zostawili mi gdzieś wiadomość. Wystarczy tylko kliknąć, żeby ją zweryfikować. Co ciekawe, byli to znajomi nie z Polski, a wiadomość była dostępna w ponad trzydziestu językach. Lecz nauczyłem się już wcześniej nie nabierać na tego typu emaile.

Trzy dni temu otrzymałem kolejny email:

Witamy na Twoo!

Witaj Piotr! Jesteś teraz użytkownikiem Twoo

 

Zaniepokoiłem się poważnie, ponieważ nie mam pojęcia, co to jest Twoo, a jestem pewien, że nie zakładałem tam konta.

Co wiem na pewno – nie wolno klikać na żaden link, który jest zamieszczony w takim mailu! Choć zachęca on do kliknięcia różnymi hasłami, czasem może wymieniać moich znajomych i podawać różne, dotyczące mnie szczegóły. Na przykład:

Otrzymałeś tę wiadomość, ponieważ posiadasz konto zarejestrowane jako Piotr [tutaj jest mój mail!] na Twoo. Zrezygnuj [link]

Nie wolno klikać na „zrezygnuj”! Nie klikać nigdzie! Każde kliknięcie może mieć trudne do przewidzenia skutki.

Wpisuję w google zdanie „co to jest twoo” i otrzymuję listę wyników. Część z nich zawiera w swoim adresie adres „www.twoo.com” – te konsekwentnie omijam. Znajduję link, który zawiera w sobie www.komputerswiat.pl – tę stronę znam i wiem, że jest godna zaufania. Zaczynam czytać i dowiaduję się, co to jest Twoo. Artykuł nosi tytuł

Masz profil na Twoo.com? Nie? Nie szkodzi. I tak cię dopadną!

Czytam i jestem oburzony. Nie znoszę praktyk, które stosuje Twoo. Wiem, że już się nie lubimy i nie chcę więcej oglądać Twoo. Jednego jestem raczej pewien – nie grozi mi nic wielkiego, jeśli wejdę na ich stronę. Ale – uwaga – nie poprzez link z maili, które dostałem! Wpisuję w przeglądarce internetowej adres www.twoo.com. Otwiera się strona zachęcająca mnie do rejestracji. Obok formularza – ikonki App Store, Windows Store, Google play, Cosmopolitan, wp.pl, MTV. Jest wielki licznik, który pokazuje, jak szybko rejestrują się inni użytkownicy.Mogę się też zarejestrować przez Facebook’a, a hasło obok głosi:

Nie martw się, nie opublikujemy nic na Twojej tablicy

Czuję doskonale, że te ikonki i linki są po to, abym zyskał zaufanie do strony i zrobił następny krok. Nic z tego! Już mi wystarczy. Wasza polityka zdobywania klientów jest dla mnie nie do przyjęcia.

Gdy we własnym dziecku odkrywa się żywioł…

Wieczorami, porankami, ojciec gra na pianinie a córka śpiewa. Z biegiem czasu ojciec zdaje sobie sprawę, że obcuje z żywiołem. Oczywiście należy wziąć pod uwagę, że jest to jego własna córka, więc całkiem możliwe, że wrażenie żywiołu jest przesadzone. Albo nad wyraz wzmocnione przez więzy pokrewieństwa. Mówiąc prościej – większość ojców czuje, że ich dzieci mają w sobie coś szczególnego, to normalne.


fot. Dariusz Siwek

Biorąc więc poprawkę na ten typowy rodzicielski odruch przyjmijmy zarazem, że jakiś żywioł tkwi jednak w córce. Ojciec jest tego świadomy, lecz jednocześnie pojawia się w nim wspomnienie jego własnego dzieciństwa. Bo dopiero po latach okazało się, że jego własny żywioł nie był niczyim wymysłem ani przesadą. Że gdyby znalazł się ktoś, kto potrafiłby z tym żywiołem się uporać, ojciec robiłby coś innego, niż dziś robi. Nie tyle, że żałuje swojego życia, ale myśli czasem, że jest jak wyścigowy samochód, w którym nikt nigdy nie nacisnął gazu do końca.

Ojca dopada więc lekkie przerażenie, bo wie, że powinien raczej zrobić z jego córką to, czego nie potrafił (bo nie miał szansy potrafić) zrobić jego ojciec z nim. Jego ojciec nie miał pojęcia, jak to się robi, co trzeba robić. Ale syn (a obecny ojciec córki) już to wie, więc tym gorzej dla niego.

Napiszmy jeszcze pokrótce, na czym polega ów nieokiełznany jeszcze żywioł. Otóż na tym, że ktoś, kto go posiada, zdradza nadzwyczaj wyraźnie jego istnienie, ale robi to mimochodem, zupełnie sobie z tego nie zdając sprawy. Nie jest jego świadomy i to jest piękne, ale dramatyczne zarazem. Bo oto powstaje pytanie – co dalej? Właśnie takie pytanie zadaje sobie ojciec.

Bo żywioł prędzej czy później da znać o sobie. Żywiołu nie można powstrzymać, żywioł trawi, wzbiera, wreszcie pochłaniaja to, co stanie mu na drodze. Jedyne wyjście wobec żywiołu, to dać mu ujście. A ku temu prowadzi daleka droga…

Droga do ukierunkowania żywiołu jest dluga. Wcale nie jest tak, że ktoś posiadający w sobie żywioł, musi koniecznie zdać sobie z tego sprawę. Wiele lat mija, a ktoś inny – rodzic, opiekun, nauczyciel – żmudnie i z samozaparciem walczy w kwestii żywiołu. Słyszano plotkę, że ojciec Adama Makowicza zamykał go, jako młodego chłopaka, na klucz, żeby ćwiczył na pianinie. Lata mijają, a liczy się kształtowanie odruchów, nawyków dnia codziennego, codziennej pracy według konsekwentnego programu. Jeśli ich nie będzie, żywioł pozostanie nieokiełznany. Nie tak mało można spotkać marzycieli, którzy kończą życie i ciągle tylko marzą o tym, że mogliby robić to, o czym marzą. I nic więcej.

Ojciec, słuchając jak serce córki przeciska się w śpiewie przez jej gardło i usta, i wychodzi na zewnątrz w postaci modulacji głosu, w crescendo, staccato, w szepcie i matowym przydźwięku cichych głosek, ten ojciec zdaje sobie choć trochę sprawę z tego, co słyszy, w przeciwieństwie do  małej dziewczynki. I ten ojciec wie, że coś powinien z tym zrobić, i że nie jest to praca na pięć minut, na tydzień, na miesiąc, ale na lata. I gdybyśmy byli pospieszni, prymitywni i prostaccy, to patrząc na biednego ojca pomyślelibyśmy, że to zadanie go przeraża. Ale ponieważ tacy nie jesteśmy, przeczuwamy, że ojciec, który sam był dzieckiem, i dalej nim pozostał, choć już nim nie jest, myśli intensywnie, i na pewno coś wymyśli – żeby pokonać swoje przerażenie.

Ostatnia noc

Hotel usypia powoli pod jasnym światłem księżyca, który wspina się właśnie na przeciwległą górę. Nikt już nie rozmawia na balkonach, ciągnących się wzdłuż długiej, liczącej ponad sto metrów, wklęsłej ściany zewnętrznej. Jeszcze czasem dochodzą nagłe dźwięki spłuczek lub zatrzaskiwanych gdzieś drzwi. I ludzkie głosy, chyba z góry, może dlatego z góry, bo dolne piętra hotelu są pogrążone w połowie w stromym, górskim stoku, który tłumi dźwięki.

Dobiegło końca dziesięć dni, jutro wyjazd. Kto inny będzie snuł się korytarzami. Może ktoś zajmie te same sale konferencyjne. Ale raczej nie będzie w nich śpiewał. Niepotrzebna stanie się sieć kabli, założona na ten tydzień, oplatająca trzy większe sale, prowadząca do rzutników i głośników. Sale czwarta i piąta służyły dzieciom i młodzieży, były tam zajęcia plastyczne, muzyczne i zabawy. W szóstej, będącej kiedy indziej barem, stworzono tymczasowe biuro, stanęły w nim komputery, a kontuar z kranem do nalewania piwa zamieniono na biurko księgowej i kasjerki.

Skąd się bierze czar miejsc, które potem dręczą dobrymi wspomnieniami?

Człowiek przywykły już do ustalonego porządku dnia, do kierowania nim według własnego uznania, został wrzucony w środek tłumu żyjącego życiem grupy. Cóż z tego, że tylko na kilka dni. Nie zdążył wśród nich się odnaleźć, do nich przyzwyczaić, a już się skończyły. Wpadł w inny porządek, raczej pomiędzy setki twarzy, pełnych zainteresowania, uśmiechniętych w jego stronę, gotowych odpowiedzieć na gest, lub które same wychodzą naprzeciw. Człowiek ten łatwiej mógłby znieść nieprzerwany potok ludzi, gdyby byli mu obojętni. Lecz nie są. Dopada go więc fala, której nawet nie próbuje powstrzymać, chce tylko trochę się przed nią schronić, zasłonić spokojem. Szczęścia można mieć zbyt wiele. Zbyt wiele szczęścia męczy, czasem bardzo. Szczęście trzeba umieć znieść, podobnie jak nieszczęście, brak pomyślności, kłopoty. Ze szczęściem trzeba sobie umieć radzić, w przeciwnym razie pochłonie nas całkowicie, ubezwłasnowolni, i sprawi, że będziemy zdani na jego łaskę. A to raczej nie kończy się dobrze.

To ostatnia noc i jutro na korytarzach, w salach, głuchym dźwiękiem odezwie się pustka. Zaglądając do jednej z nich zobaczymy tylko krzesła ustawione w równych rzędach, martwe, obce, choć te same, co wczoraj. Ściany nie odbiją gwaru głosów, tablice pozbawione zostaną nieaktualnych ogłoszeń – planów dnia, zawiadomień o próbach i tematach spotkań. I choć trudno było się odnaleźć wśród setek ludzi, to nie łatwiej znieść tę martwotę. Najlepiej nie zaglądać w żadne z tych miejsc, uciec z samego rana, zapakować samochód, oddać klucz na recepcji i nie myśląc na razie wiele, odjechać, tą samą drogą, którą przybyliśmy.

Wzmacniacze

Życie bez dziecka

– Czy życie z dzieckiem jest inne, niż życie bez dziecka?
– A czy życie z dwójką dzieci jest inne, niż z jednym?

Mieszkanie wypełnia atmosfera ciszy. Wieczorem nie było kłótni „kto pierwszy do łazienki”, nie było sprzeczek w dziecięcym pokoju. Nikt nie gonił nikogo przez przedpokój. Ojciec nie musiał opanowywać nerwów, mógł odpocząć po dniu pracy. Matka zajęła się tym, czym rzadko się zajmowała, choć zawsze chciała.

Stołu w kuchni nikt nie spieszy się sprzątać. Naczynia czekają w kolejce na zmycie. Wieczorem nie czyta się do snu, a w nocy nie przykrywa małych śpiących. Rano nie trzeba przygotowywać ubrań.

Brak bezustannych pytań, na które należało szybko odnajdywać odpowiedzi. Nie ma tego oporu, sprzeciwu, którego ciągle dostarczają dzieci, z którym każdy rodzic przyzwyczaja się żyć i jakoś sobie radzić. Nie trzeba nikogo przekonywać, przełamywać jego niechęci, ani tłumaczyć spraw oczywistych.

Dzieci, choć mają dopiero dziewięć i sześć lat, wyjechały na tydzień z domu. Ustalony od kilku lat harmonogram dnia, wypracowane mechanizmy, pożyteczne przyzwyczajenia, nawet odruchy, pracowicie wyuczone po to, by codziennie funkcjonować, przestały być potrzebne. Teraz trafiają w pustkę, jak ten półprzytomny, nocny spacer do dziecięcych łóżek, by przykryć malców i przymknąć okno.

Tort, urodziny dzieci, fot. Piotr Kubic

Lepię siebie z waszej gliny

Moja osobowość to zlepek różnych postaci. Nie wstydzę się tego, a nawet mógłbym wymienić poszczególnym osobom, co od nich zmałpowałem. Zmałpowałem oczywiście w zakresie moich możliwości, bo nie jestem omnibusem.

abstrakcja, kolor fot. Piotr Kubic

Na przykład wspominam Edwarda, którego już nie ma, a który zawsze się uśmiechał, prawie zawsze, bo przestał, gdy, jak się potem okazało, miał już tylko kilka tygodni do końca. Od co najmniej dwóch innych osób skopiowałem głośny śmiech, ale beztroski, nie wyśmiewający nikogo. Co prawda czasem wychodzi mi całkiem inny śmiech, ten mój, który nie jest dobrze odbierany przez otoczenie. Ale to coraz rzadziej, bo coraz rzadziej mam zły humor.

Pamiętam, jak Tereska powiedziała mi, że ma dość patrzenia na niezadowoloną gębę. Było to wtedy, kiedy w naszym obejściu pojawił się pewien Amerykanin, który, jak to Amerykanin, z łatwością przyjmował błogi wyraz twarzy. Postanowiłem, że ja też będę próbował wyglądać błogo, i od czasu do czasu chyba się to udaje.

Od pewnej długowłosej blondynki przejąłem pilnowanie swoich spraw. Moje sprawy są najważniejsze, tak sobie mówię, przynajmniej od czasu do czasu, szczególnie wtedy, gdy próbuję na siłę uszczęśliwiać innych. Albo kiedy inni próbują uszczęśliwić mnie nadmiarem tylko swoich problemów. Nauczyłem się, bo można, po prostu wstać, powiedzieć „to już idę”, i naprawdę pójść.

Pamiętam, że kiedyś zadziwiała mnie u innych umiejętność milczenia, w momentach, w których mówienie nie byłoby im na rękę. Milczenie jest świetne wtedy, gdy trzeba komuś dopiec. Podobno jest to domena kobiet, ale to nieprawda. Mężczyzna też to potrafi, wystarczy, że podglądnie kobietę i przejmie ten sposób załatwiania spraw. Prawdę mówiąc, milczenie ciągle mi jeszcze słabo wychodzi, ale ćwiczę i mam już niejakie osiągnięcia. 

Pamiętam zdawałoby się niewiele znaczące wydarzenie. Mój daleki kuzyn, a może nie kuzyn, magister, a nawet o mało co doktorant na szanownej niekiedy uczelni krajowej, stoi na przyczepie, w środku wsi, w gospodarstwie, i nagłymi, energicznymi, niemal wściekłymi ruchami wbija widły w stertę siana, po czym unosi je wraz z wyschłą zieleniną wysoko nad głowę i przerzuca przez górne, małe wrota dużej stodoły. Ponieważ zawsze znałem go jako flegmatycznego myśliciela, wtenczas ukazał mi się z stanowczo innej strony. Nauczyłem się od niego, że czasem nie ma co dywagować, trzeba czym prędzej wbijać i przerzucać.

W ogóle świat wokół nas jest pełen gotowych rozwiązań. Nie ma się co silić na oryginalność. Podobno Marylin Monroe tak wspominała swoją pierwszą rolę: nie miałam pojęcia, co mam robić, ale podglądałam koleżanki. Wydaje mi się, że nie tak wielu ludzi chciałoby się przyznać, co ściągnęli od innych. Ale ja mogę. Nie boję się tego powiedzieć, wraz ze słowem: dziękuję.

W tę samą strunę

Nie mogę usnąć. A to dlatego, że dzisiaj uczestniczyłem w dwóch próbach w fabryce, w której pracuję. Jeśli się nie mylę, to dopiero dziś spektakl został złożony w całości, bez przerw. To, co tu napiszę, jest subiektywne, a z pewnością jestem pod wpływem chwili. Ale czy teatr jest od tego, by wyzwalać obiektywizm?

Określenia, które mi się nasuwają, to same pozytywy. Na scenie popłynęły strumienie emocji bez żadnej skuchy – udawania, symulowania. To, co się tam działo, to świetne wzajemne zrozumienie i wyczucie scenicznej załogi w służbie tematu.

Fantastyczny pomysł, by aktorzy grali na instrumentach, nie został pogrzebany w praktyce. Odnaleziono formę, w której bardzo dobrze sprawdzają się instrumentaliści, którzy przecież nie są muzykami. To, że nie grają idealnie, świetnie pasuje do formy przedstawienia, nic mnie w tym nie uwiera, nie razi. Muzyka żyje wraz ze spektaklem, towarzyszy akcji, a instrumenty, niektóre dość duże (jak kontrabas czy wiolonczela), nie przeszkadzają na scenie, przeciwnie, zostały zręcznie wplecione w obrazek.

Niesamowicie wzruszający jest moment, gdy syn grając na kontrabasie (Adam Szarek) dialoguje poprzez dźwięki z martwym już ojcem, leżącym na łóżku i snującym dźwięki na wiolonczeli (Marcel Wiercichowski). Inna scena – bezsenność dziecka i nocny strach, którego rolę bierze na siebie Wojtek Leonowicz. Pojawia się on w mroku, ponad scenografią, nad łóżeczkiem, grając na trąbce z tłumikiem. Takich posmaków jest więcej, bo cały spektakl oparty jest na starannie konstruowanych nastrojach, o ściśle określonym zakresie i równowadze.

Wojciech Leonowicz i Adam Szarek,

Zawsze czuję radość, kiedy w nowych postaciach, w stworzonych od zera rolach, zobaczę znanych mi ludzi, tym razem – Adama Szarka, Marcela Wiercichowskiego. Wojtek Leonowicz, w drugoplanowej roli gra dokładnie tyle, ile trzeba; wystarczy rzucić okiem, by dostrzec tę dystynkcję i oszczędność. Anna Rokita, jedyna kobieta, ma w roli matki i gospodyni domowej dużo do zrobienia, a przy tym jeszcze świetnie śpiewa. 

Dowiedziałem się też, że Przemysław Branny całkiem dobrze radzi sobie na akordeonie i jazzuje na fortepianie, Patryk Kośnicki sprawnie używa perkusji, mając za partnera, w sekcji rytmicznej, Tomasza Lipińskiego na banjo. Ci dwaj ostatni pokazują zresztą aktorski pazur w dramatycznej, rodzinnej scenie dzielenia arbuza.

Co bardzo cieszy – nie dostrzegłem żadnych śladów farsy. Spektakl ma sporo momentów humorystycznych, wzbudzających uśmiech, ale zostały one zrealizowane bez środków, po jakie automatycznie sięga aktor, który na co dzień gra w farsie. I to też jest fantastyczne.  

Spektakl, przez poetykę, skojarzenia, nastroje, trafia do moich wspomnień, wrażeń i obserwacji związanych z życiem rodzinnym, stosunkiem człowieka do człowieka oraz tematem przemijania i śmierci. Cóż, zdarza się, że ktoś uderzy w strunę, która u mnie rezonuje. Wydaje się, że tym razem zrobiła to reżyserka.

Wrażenia z próby spektaklu Artura Pałygi Ojcze nasz w reżyserii Małgorzaty Bogajewskiej, Teatr Bagatela, Kraków.