Po sobie ślad

Pisze, żeby zostawić po sobie ślad. Jest tuż przed północą, za chwilę zamierza położyć się i zasnąć. Nie jest pewien, czy się obudzi, kiedy, i w jakiej rzeczywistości. Możliwe, że tych kilka słów będzie ostatnim jego śladem. A jeśli ktoś je przeczyta, tym samym potwierdzi istnienie piszącego, jego istnienie, w momencie, gdy pisał.

To bardzo ważne. Dlatego pisanie jest aktem znaczącym. Człowiek w końcu rozleci się, rozłoży, zniknie, ale słowa, które napisał, wydobył z siebie, sformułował i ułożył w ciąg znaków, pozostaną. Dlatego to tak ważne. Człowiek nie jest kimś dlatego, że żyje czy żył, ale dlatego, że coś po sobie pozostawił. Pozostawił świadomie, bo chciał, bo pomyślał, coś poczuł.

Wprawki z dokumentu

Nagrałem materiał wideo o powstaniu „Wolnej przestrzeni” – nowego miejsca, gdzie mogą spotykać się ludzie, którzy nie znaleźli zrozumienia w społeczności, w której dotychczas działali, funkcjonowali. Powstanie „Wolnej przestrzeni” wiąże się z nadziejami, oczekiwaniami, otwarciem nowej drogi – są tu uczucia fascynacji, ekscytacji, wolności, ulgi, wytchnienia, uspokojenia… Ale jednocześnie jest obecne napięcie – czy miejsce zacznie żyć swoim życiem, jak powstanie „Wolnej przestrzeni” zostanie odebrane przez pozostałą część społeczności – czy reszta odczyta to jako separację, odrzucenie dotychczasowych więzi, bunt, dezaprobatę, rebelię.

Przeglądam nagrany materiał. Jak na reportaż, mogłoby coś być. Jak na film dokumentalny – to prawie nic, jeszcze nic. Istota problemu ujawnia się w wywiadach – w tym, co mówią do kamery różne postaci. Do wywiadów dodatkiem mogą być ujęcia z pierwszych zajęć w „Wolnej przestrzeni” – próba zespołu muzycznego, chóru, zajęcia z dziećmi, dyskusja nad tekstem jednego z psalmów.

W momencie, kiedy piszę te słowa, zdaję sobie sprawę, że nie mam opinii drugiej strony – tych, którzy nie byliby zadowoleni z powstania „Wolnej przestrzeni”. Materiał może nadaje się na reportaż, ale nie na dokument, który analizowałby głębiej sytuację.

Z drugiej strony – korzenie problemu sięgają głęboko – u ludzi i w historię co najmniej kilkudziesięcioletnią. Tak więc, tak czy inaczej, gdzieś musiałbym się w tej analizie, w sięganiu do głębi, zatrzymać.

Uczucie, które mam – niewiedzy. Mam materiał, przeglądam go, sortuję, układam, próbuję wyciągać najważniejsze wątki, pojedyncze zdania, które zbliżają się do sedna. Ale czuję, że sam niewiele wiem, może nawet – że nic nie wiem. To przerażające, bo człowieku, co z tego, że opanowałeś jakoś kamerę, jesteś świadomy dziesiątków parametrów, nad którymi powinieneś panować, że jakoś umiesz kadrować, prowadzić go, oświetlić scenę, wiesz jak sensownie nagrać dźwięk, i tak dalej i dalej. Ale chciałbyś być jeszcze reżyserem, który nadaje temu wszystkiemu sens, bez którego cała ta drobiazgowa robota będzie tylko wprawką, zabawą… A innej drogi nie ma, jak stawić czoło własnej niewiedzy i przerażeniu. A nawet zaprzyjaźnić się z tymi uczuciami, powiedzieć sobie – one będą i będą.

Spadł śnieg

I utrzymuje się już trzeci dzień! Cud prawdziwy! Nawet skrzypi pod stopami, ale lekko, nie tak, jak przy większych mrozach. Za to trzeszczą zamarznięte kałuże, cienkie tafelki pokrywające kostkę brukową, gdzieniegdzie pod drzewami, w cieniu, gdzie rzadko zagląda zimowe, i tak liche słońce.

Ale słońce nie takie liche nawet. Przejaśnia się, konary, pnie, gałęzie drzew dostają od promieni kontrastu, zwłaszcza, że jeszcze przyprószone śniegiem.

Śnieg zasługuje na uwagę, jest hitem, przyćmiewając dyskusje nad nowym facebookiem oraz nad sposobem prowadzenia kazań ewangelicznych. Śnieg może być też modlitwą, o której opowiadał mówca, jakiego poprzednio wspominałem. Skoro sam przyznał, że modlitwa nie wymaga słów, tylko uczucia serca, to właśnie to uczucie towarzyszące stąpaniu po lekko zmrożonym śniegu może być chyba modlitwą?

Nie zapytam mówcy, nie tylko dlatego, że już odjechał i może gdzieś daleko znów mówi kazanie o modlitwie. Nie zapytam, bo czuję, że nie zrozumiałby mojego pytania, a na jego sprecyzowanie nie miałbym czasu. Bo mówca przerywa po dwóch zdaniach, które od kogoś usłyszał i przejmuje inicjatywę. Mówca również w rozmowie ma zwyczaj budowania zdań wielokrotnie złożonych i prowadzenia wątku, który nie kończy się po minucie, co sprawia, że i jego rozmowy stają się wykładem, kazaniem.

Mówca i w rozmowie czasem zadaje pytanie, które jednak ma skierować rozmowę na jego tory myślenia, czyli jest pytaniem retorycznym. Mówca to głosiciel prawdy, którą ma sformułowaną. Wszystko jest wyjaśnione, nie ma miejsca, potrzeby, na prawdziwe pytania i wątpliwości, a zresztą wątpliwości uważa za niebezpieczne.

Mówca przyzwyczaił się do mówienia, a słuchanie wywołuje u niego zakłopotanie i niepewność, bo musiałby wejść w sposób myślenia rozmówcy, który często jest inny, niż jego. A on nie wie, co z tym zrobić, bo sądzi, że mówca powinien mieć gotową odpowiedź na każde pytania, że okazanie wahania, zastanowienia, jest słabością, a przyznanie – nie wiem – to porażka.

Ale śnieg! Miał być śnieg przecież, tak, jak w tytule. Wyglądam za okno – jest! W nocnym świetle ulicznych lamp, bieli się. Dumny. Może sobie na to pozwolić. Nie tak, jak człowiek, który rozsądniej, żeby był w tej kwestii ostrożny…

Kazanie

Słucham kazania na temat modlitwy. Minęło dwadzieścia minut, a ciągle słyszę przykłady złych modlitw – jak inni chrześcijanie źle się modlą.

Mówca przyjął strategię definiowania przez negację, przeciwieństwo. Słucham więc na razie o różnych złych modlitwach. Można się zdołować. Ewentualnie na odwrót – można pomyśleć, że sami modlimy się lepiej niż inni. Ale ta druga możliwość jest szyta zbyt grubymi nićmi, po prostu mało prawdopodobne, żebym akurat ja był jakiś lepszy od innych. Ale jestem przekonany, że mówca też nie twierdzi, że jest lepszy od innych. Z trzeciej jednak strony – to co mówi, bez wątpienia prowadzi do takiego wniosku, że jesteśmy lepsi, on i ja. Nieumiejętność wyrażania się czy ukryte w podświadomości poczucie wyższości?

Mówca kreuje świat, tworzy teorie, wskazuje problemy i je rozwiązuje, przeżywa radości, smutki, dramaty, maluje obrazy, przeprowadza historie, a jednak – to wszystko może powodować np. wzruszenie ramion słuchaczy, bo nie odbierają tego, nie rozumieją, nie czują tego, co on mówi. To jest problem kazań – siłą rzeczy muszą uogólniać, będąc skierowane do słuchaczy jako przekazy jednokierunkowe. Mówca może łatwo oderwać się od rzeczywistości. 

Wyjściem z sytuacji jest odnoszenie się do tego, co wzięte z życia. Kiedy opowiadamy historię, która się zdarzyła, trudno się pomylić. Pomylić się można, gdy zaczyna się tworzyć interpretacje tego, co się zdarzyło, a pomylić się całkiem już łatwo, gdy zaczynamy oceniać to, co się zdarzyło.

Chcesz pomóc, ale nie tak łatwo

Wyobraź sobie, że chcesz pomóc. Masz trochę gotówki, albo trochę czasu i sił. I pomysł. Chcesz zrobić coś dla kogoś, zastanawiasz się – dla kogo. Znajdujesz wreszcie człowieka, grupę ludzi, miejsce, instytucję… Odbiorcy mogą być różni, ale sprawdziłeś najlepiej jak umiałeś i uwierzyłeś w to, że Twój dar, zaangażowanie, czas, siły, nie pójdą na marne.

Ja bym ci radził – nie opowiadaj o tym innym. Wiem, że może pomyślisz, że ktoś jeszcze by się przyłączył do ciebie, ktoś, kto też chce pomóc, albo twoja działalność będzie inspiracją dla innych. Tak, to możliwe. Ale możliwy i prawdopodobny jest inny scenariusz – znajdą się ludzie, którzy dowiodą, że źle wybrałeś. Że powinieneś dać nie temu, któremu dałeś, albo nie to, co dałeś. Albo że nie należało tak po prostu dać, tylko pod pewnymi warunkami. Albo dać nie teraz, ale potem. Słowem – że to powinno się zrobić trochę inaczej, albo bardzo inaczej, albo w ogóle nie robić.

Co ciekawe, ci ludzie będą przekonani, że działają w pełni życzliwości serca, będą udowadniać, że działają z troski o ciebie, albo o obdarowanych. W imię poczucia obowiązku i objawiania prawdy podetną ci skrzydła, zachwieją twoją wiarą w sens twojego daru. Będą chcieli, żebyś działał według ich schematu, przekonania, wyobrażenia. Będą posuwać się w argumentacji, dodadzą argumenty emocji – że są zasmuceni, jest im przykro, może nawet, że zostali zgorszeni. Czekać cię będzie trudna próba mimo prostego faktu, że twój dar możesz dać komu chcesz i masz do tego pełne prawo.

Gdzie te pryncypia

Ludzka małość… nie ma jak się przed nią bronić. Do pewnego stopnia można działać pozytywnym wpływem, przekonywać, brać na swoje barki. Powyżej pewnego nasilenia tej małości – trzeba się oderwać, bo małość wciąga i pogrąża. Małość narzuca swój mały sposób myślenia i co jest trudne – nie dać się sprowokować, nie stracić z horyzontu pryncypiów, nie wejść w gierki, politykę, wyobrażenia.

Przykłady:

  • kiedy nadrzędnym celem staje się to, by ktoś nie poczuł się urażony,
  • gdy hołduje się spokojowi za cenę dopuszczania i powielania mistyfikacji,
  • kiedy ludzie zaczynają nieobliczanie domyślać się, co kryje się za prostymi słowami, oświadczeniami innych, gdy zaczynają podejrzewać, gdy teorie w ich głowach rosną do gwiazd
  • gdy dochodzi do szantażu przewidywanym, rzekomym zgorszeniem „tych najmniejszych”
  • gdy jeśli komuś się powiedzie, to ktoś inny czuje się gorszy,
  • gdy ktoś zrobi coś dobrego jednemu, a nie drugiemu,
  • gdy nie można powiedzieć: „nie wiem”, „przypuszczam”, „wydaje mi się”, bo zwroty te są kojarzone ze słabością.

Ludzka kondycja moralna nie jest opisywana teorią względności. Można ją zmierzyć, a przynajmniej – porównać między dwoma ludźmi. Dość z poprawnością polityczną, że niby wszyscy jesteśmy tacy sami. Nie jesteśmy.

Wiem, że moje pisanie wygląda może na „wywyższanie się”. Ale jest taki moment, w którym trzeba powiedzieć wreszcie wprost, za cenę oskarżeń o brak pokory, niezrozumienia. Po prostu: dość. Pomagać trzeba „maluczkim”, ale nie tym, którzy twierdzą, że wiedzą co robią. Sensem życia nie jest trwanie w męczącym zwarciu z tymi, którzy mają, powiedzmy oględnie, inny styl. W innym miejscu, wobec innych ludzi, można zrobić o wiele więcej, będą zadowoleni, ucieszą się, wiele zyskają.

Symbioza pasterza i owiec

Napiszę o czymś, co mi się wydaje i wcale nie musi być słuszne.

Obserwuję specyficzne połączenie pasterza duchowego oraz owiec, które się wokół niego gromadzą. Ciekawe jest to, że najwyraźniej (najwyraźniej dla mnie, takie mam wrażenie), pasterz i owce nawzajem siebie potrzebują. Nie ot tak sobie – konkretnie pasterz potrzebuje takich, jak owce. A owce – chcą mieć dokładnie kogoś takiego, jak pasterz.

Pasterz prowadzi, co sprowadza się do wygłaszania tez, nauk, obserwacji. Pasterz lubi wygłaszać, czuje się wtedy we własnym żywiole. Obserwuje świat, dokonuje analizy, syntezuje zasady, co przejawia się w wygłaszaniu tez.

Owcą zostaje się wtedy, gdy głos pasterza zachwyci. Gdy jego głoszenie zostanie potwierdzone wystarczającą ilość razy. Potem zaczyna się okres stabilizacji, w której głos pasterza jest akceptowany mimochodem, prawie automatycznie. Wtedy pasterz musiałby zrobić coś bardzo odbiegającego od jego dotychczasowego stylu, aby u owiec zapaliło się pomarańczowe światło.

Trwa stabilizacja. Pasterz wygłasza, w zamian zbiera pozytywne oddźwięki od owiec. Obie strony dostają to, co lubią – pasterz: potwierdzenie, że jego działalność ma sens, że wiele innym daje; owce: mają przygotowany pokarm, do którego przywykły, który dostają regularnie, co je uspokaja, daje poczucie stabilności, pewności, spokoju.

Tworzy się towarzystwo wzajemnego poklepywania po plecach. Obu stronom zaczyna być tak dobrze, że z niepokojem, niesmakiem odbierane jest to, że ktoś po plecach nie klepie. Pasterz ma rację, bo owce potrzebują kogoś, kto ma rację. Pasterz, który strzeli gafę, musi trwać na stanowisku, bo inaczej przestałby być w oczach owiec pasterzem. Zresztą same owce bronią wizerunku pasterza, bo bez niego wzrasta u nich poczucie osamotnienia, dezorientacji.

W ten sposób układ ten zaczyna dryfować w kierunku nadanym przez proste potrzeby obu stron – akceptacji oraz bezpieczeństwa. Słuszność, prawda, stają na dalszej pozycji.

Podział na kler i laików jakoś tkwi w człowieku. Ale do czasu. To się zmienia, bo laicy albo przestają wierzyć w kler, albo sami zaczynają mieć aspiracje bycia klerem. Oczywiście to nie jest takie proste, być pasterzem. Jednocześnie chyba coraz mniej osób chce należeć do owiec, co wywołuje niezadowolenie pasterzy.

Ucz się ucz

Społeczność religijna, która mówi o tym, że przez całe życie „jesteśmy w szkole”, uczymy się. Lecz rozwój oznacza zmianę – zmianę w człowieku, który jest częścią tej społeczności. Ten człowiek, ucząc się, rozwijając, zmienia się, czasem bardzo, i w kierunku, którego społeczność nie przewiduje.

W rozwoju jest coś, co może być przerażające. Kiedy byłem dzieckiem mój ojciec powiedział: „za dużo myślisz”. Jego diagnoza najpierw mnie wystraszyła, potem wydała się nie do przyjęcia. Dziś wiem, że bał się czegoś – za dużo myśląc zostaniesz człowieku postawiony na marginesie, orzeknięty dziwnym, nawet niebezpiecznym. Zostaniesz sam.

Nauka i rozwój przynoszą odkrycia, która bywają straszne, w pierwszym momencie. Że jest inaczej, niż wyznaje grupa. Że doktryny są nierzadko ogromie uproszczone, że świętość rozumie się jako zerwanie kontaktu z rzeczywistością. Że natchniony język to ten archaiczny, pompatyczny, wyniosły, sztuczny, pretensjonalny. Że ważniejszy jest spokój niż prawda.

To są trudne odkrycia. A człowiek nie chce porzucić samej wiary, bo tutaj nie ma wątpliwości – ona jest czymś oczywistym. Czymś oczywistym jest też walka o dobrą relację ludźmi (czyli o to, co górnolotnie nazywa się miłością). Wraz z tymi odkryciami coraz więcej czasu trzeba poświęcić na godzenie przeciwności, przede wszystkim w sobie, żeby potem zrobić to na zewnątrz.

Wiara i wrażliwość

Na początek zastrzegam – co napiszę dalej, będzie o mnie, a nie o innych. Dla każdego jest dobre trochę coś innego, choć oczywiście jako ludzie spotykamy się w pewnych potrzebach (np. jedzenia, snu).

Tyle lat trzeba było, żebym się przekonał, że moje dawanie świadectwa wiary nie polega na mówieniu o Jezusie, na częstym wyliczaniu, co On dla mnie zrobił, na cytowaniu wersetów Biblii do każdej sytuacji życia. Byłem uczony, że życie dzieli się na świeckie i religijne, a człowiek religijny powinien mieć jak najmniej wspólnego z życiem świeckim. Mój opór przeciwko śpiewaniu na ulicy utworów religijnych wynikał ponoć ze wstydu – tak mi mówiono – a wiary człowiek nie powinien się wstydzić. Co wiem teraz – to jest nie do końca tak, jak słyszałem. W ogóle często bywa, że słyszę coś, ale po dokładniejszych moich badaniach okazuje się, że sedno tkwi trochę w innym miejscu.

Tak więc wcale nie musi chodzić o wstyd czy o strach, jeśli ktoś nie wymienia publicznie Boga i swojej wiary. Chodzi raczej o świadomość, że wiara nie jest taka prosta, ale jeszcze bardziej o to, że prawdziwa wiara jest czymś osobistym, intymnym. 

Sprawy nieba zostały ukazane prostaczkom (tak powiedział Jezus), ale to nie musi oznaczać, że człowiek ma zostać w tym stanie do końca życia. Słowa „niech wasze słowa będą tak-tak, nie-nie” nie mają spowodować, że ignoruję, nie dostrzegam skomplikowania sytuacji. A życie jest skomplikowane. 

Trudno o tym pisać ogólnie, najlepiej byłoby na przykładach, takich, jak ten: https://youtu.be/NhFvXCVqkhM?t=1m50s (od 1 minuty 50 sekundy). Muzyka bez słów, więc ktoś powie, że jest świecka (w dodatku – jazz). U mnie wyciska łzy i jest oczywiste, że opowiada o Bogu. Ale inni stwierdzą, że absolutnie nie. Więc jak jest naprawdę?

„Pasja” – niezwykły spektakl

Wczoraj byłem na premierze spektaklu, w którym widzowie są tak blisko aktorów, że nie sposób nie ulec akcji. Nie ma podziału na scenę i widownię. Tematem jest ewangeliczna opowieść o Jezusie, a w niej nieodłączną rolę odgrywają tłumy. Widzowie, którzy przyszli na spektakl, stają się jego niezbędnym elementem. Co więcej, mogą nawet dotknąć postaci Jezusa, ocierają się o apostołów lub uczonych w Piśmie, stają z nimi twarzą w twarz. Na tym spektaklu nie można nie poddać się emocjom.

Pasja w reż. Kathleen Ann Thompson, fot. Piotr Kubic

Reżyseria: Kathleen Ann Thompson, produkcja: Stowarzyszenie Sztukmisja. Więcej zdjęć na blogu fotograficznym